poniedziałek

Niewieczór.

Obudziłem się pierwszy, było chyba koło dziesiątej, dokładnie nie wiem, wnoszę to po kubkach stojących uchem na prawo. Krótkie, oględne spojrzenie zamieniło się w dokładną analizę powierzchni, struktury i geometrii, z gronem fachowców wokół i specjalistycznym sprzętem. Uśmiechała się przez sen, zawsze w podobny, naiwny wręcz sposób, jak dziecko, które nie może się powstrzymać bo właśnie zrobiło coś głupiego. Włosy w zupełnym chaosie dzieliły Jej twarz na tylko oczy i tylko usta, ukrywając nos i pyzate policzki, dzieląc mój świat na lewą i prawą stronę. Podniosłem się niezgrabnie z łóżka, starając się Jej nie obudzić, ale "tylko się przeciągnęła", mamrocząc coś przez sen o astronautach. Zszedłem na dół, witając się po kolei z każdym kolejnym stopniem. Lustro w łazience było bezużyteczne, bo któregoś dnia zaczęło pokazywać wszystko od tyłu, więc myłem zęby licząc pieprzyki na plecach.

Wróciłem na górę, było chyba koło dziewiątej, dokładnie nie wiem, wnoszę to po pijanym zegarku wiszącym na ścianie (czasem cofał albo mu się cofało). Wsunąłem nogę w poszewkę, (spaliśmy w poszewce, żeby nie zjadły nas potwory), potem drugą, tułów i tak dalej. Leżałem tak dłuższy czas, trzynaście oddechów, kiedy zaczęła się przebudzać. Zamknąłem szybko oczy ale nie mogłem powstrzymać naiwnego uśmiechu. Miałem wrażenie, że na mnie patrzyła, nie mogę mieć pewności bo udawałem, że śpię, Podniosła się z łóżka, zgrabnie, i zeszła na dół, witając się ze stopniami (całowały jej stopy). Myła zęby, licząc pewnie pieprzyki na plecach. Wiem, chociaż jej tego nie mówiłem, że z tyłu ma ich jakieś trzydzieści, licząc nawet te małe, a z przodu jakieś dwadzieścia, sześć na samych piersiach, dwadzieścia jeden licząc TAMTEN.

Po siedemdziesięciu trzech oddechach wróciła na górę i wsunęła się w poszewkę. Trzy pijane okrążenia zegara później odgrywaliśmy nasz poranny teatr, sztukę tylko dla nas, powolne przebudzanie się, dzień dobry, i scenę finałową, czyli pocałunek po spaniu, jak w tym filmie z tamtym aktorem i tą taką.

Nigdy nie rozmawialiśmy o kulisach.

sobota

85mm

Nie pamiętał kiedy zaczął gnić. Któregoś dnia po prostu odpadła mu ręka. Nie szukał przyczyny - znał ją doskonale.

Czekał na to.

Choroby, zakażenia, infekcje, to nie był ten rodzaj gnicia.

Gnił przez siebie, gnił, bo chciał zgnić. Samobójstwo, najdłuższe, najgorsze z możliwych, powolne rozpadanie się, utrata siebie kawałek po kawałku.

I gdy leżał na podłodze, patrząc na luźno leżący rękaw, postanowił, że pomoże sam sobie, że czekanie nie będzie wystarczającą karą.

Zaczął od stopy, mocno pociągnął, nie sądził, że pójdzie aż tak łatwo.

Rzucił ją w okolice okna, żałując trochę, że właściwie nie boli, że nie czuję tego tak, jak pragnął.

Złapał się za kolano i szarpnął.

Tym razem ból był przeszywający, zwinął się jak kociątko pragnące ogrzać samo siebie i posapał przez kilka minut.

Nie ma odwrotu.

Wcisnął palce pod żebra i pociągnął.

Czy słyszałeś kiedyś dźwięk rwanej kamizelki?

Nie miał już siły, ale był szczęśliwy.

Doczołgał się do kąta i powoli zamknął oczy, a jego świadomość znikała na zawsze w tempie rozpadania się jego mózgu.

piątek

Pojebało.

Szedł wolno, miarownie ocierając butem o but. Chodził tak zawsze, tak, że z napisów na wewnętrznej stronie butów zostało tylko ORT i SPO. Patrząc na oba na raz można domyślić się, jak brzmiało całe słowo. Powiedzmy, że padał deszcz, wręcz lało, a on biegł. Była też noc, było ciemno, był wieczór. Lampy oświetlały go pomarańczowym światłem a krople deszczu, widoczne tylko wtedy gdy przelatywały w jej pobliżu chłostały go po twarzy, trzymając jego umysł w trzeźwości. Grzmiało? Niee. Trzeźwość też jest raczej umowna bo wracał właśnie do domu, był pijany, wypił parę piw siedząc na boisku piłkarskim. Jednym słowem zrobił to, co powinien zrobić każdy mężczyzna, gdy dowie się, że jest niechciany. W deszcz przynajmniej nie latają komary - pomyślał i natychmiast wrócił do myślenia o wielu sprawach.
I jak już myślał, to naprawdę o wielu sprawach. Właściwie to wiadomo, że myślał o jednej, po prostu udawał, że myśli o czymś innym, żeby się czymś zająć. Bo tak naprawdę myślał
- CZY TE BUTY NIE SĄ ZA CIASNE?
I jednak zagrzmiało, właśnie wtedy.

czwartek

Moya

0:10
- Nuudzi mnie zawsze ten początek ale jest zbyt zajebisty, żeby go przewinąć.
0:20
- O czym to w ogóle?
- O czym tylko chcesz.
0:25
- Burczy mi tak czasem w brzuchu.
0:45
- Chyba mam dreszcze.
2:00
(kompletna cisza)
2:37
- Za mocno mi się już z Tobą kojarzy.
- No i dobrze.
3:42
- Gitara!
4:05
- Wyobrażasz to sobie na żywo?
4:50
- Zaraz walnie!
- Jeeeszczee.
4:58
- Już!
5:06
(zaczyna udawać perkusistę, waląc rękami o kolana)
- Głupiś?
5:44
- Chciałabym to włączyć, zakryć się poduszkami i tak leżeć żeby nikt mnie nie znalazł.
6:33
- Mam za dużo skojarzeń teraz, żeby powiedzieć o czym jest.
6:51
- Chciałbym to słyszeć jakbym umarł.
7:46
- Pierdolnięcie!
7:55
(słychać jakby mruczenie)
8:09
- Bolą mnie już ręcę.
- To przestań stukać, debilu.
8:27
- Ojaaaa!
- Ojaaaa!
9:11
- Nie lubię jak tu cichnie, zawsze się boję, że już się kończy.
9:18
- Ale nie!
9:41
- Jak jej słucham sam nie jest taka fajna.
10:11
- Gdzieś w tym momencie mogłabym zasypiać.
10:51 -Juuuż koniec?
- Jeszcze raz?

poniedziałek

piątek

Ja, pięćdziesięciolatek i wiatr.

Miejsce było niezwykłe, przynajmniej dla niego. Zewsząd trawa - najmocniej składająca się z trawy trawa świata, definicja idealnej rośliny. Otoczony drzewami (zawsze chciał znać ich gatunki aby lepiej o nich pisać), których liście przy silnym wietrze wyglądały jak łuski drewnianej ryby świecącej w wodzie każdym odcieniem zieleni. Całe to miejsce było zapadnięte w ziemi, jakby chciało schować się przed oczami ludzi albo przeciwnie, czekało na odnalezienie.
Jego myśli były grubym pięćdziesięciolatkiem przełączającym kanały na satelicie, który nie może zdecydować się co oglądać. Programy były różne, żaden jednak nie mógł przykuć jego uwagi na dłużej.
Telenowela o nastolatku, który nigdy nie czuł się tak zagubiony, film fabularny produkcji radzieckiej traktujący o bombach atomowych, sitcom, przy którym czasem nawet się uśmiechnął, program teologiczny "Ja i mój Pan" (a może to był program o psach, nie był pewny), oraz pornos.
Potrząsnął głową wyrzucając myśl o telewizorze z głowy, a kulkę która wypadła mu z ucha podniósł i rzucił na stok kulek - myśli bezużytecznych.
Zdrętwiał, jednak ostatnie co teraz chciał to wstać. Wracanie w kierunku domu kojarzy mu się z samotnością, taką, której teraz by nie wytrzymał.
Nie miał już o czym myśleć. Wstał i ruszył powoli, żeby spędzić tutaj chociaż trochę więcej czasu.
A wiatr był z nim.

sobota

Dla powodzian.

- Nie chcę mi się iść jutro do szkoły.
- Możesz udawać jakąś chorobę.
- Jaką?
- Odrę.

Jest dość SUCHO, jestem jakby WOREK Z PIASKIEM, bo wena ze mnie SPŁYNĘŁA. Brakuje mi uczucia, że robi mi się MOKRO od napisania czegoś. Właściwie to ZASCHŁO mi w mózgu, czekam na metaforyczny orzeźwiający DESZCZYK, aż ZALEJE mnie MORZE pomysłów, aż PĘKNĄ WAŁY TAMUJĄCE moją wyobraźnie.

Albo UTOPIĘ się w RZECE.

Jestem niedorzeczny.


I to tyle bo moja twórczość umarła, a ja nie mogę się na niczym skupić. Powrót w wakacje.

wtorek

18

Puzzle się zgubiły, misie wypłowiały. pół armii nie żyje, resoraki nie mają już kół.
Nie ma się gdzie schować, baba-jaga nie patrzy, nie zmieszczę się już pod stół.

W drodze z A do B jestem na Ą.

Moją listę rzeczy, które muszę zrobić w ciągu roku spalę zakopię porwę i przeżuję.

Kostka brukowa JEST jedną z wielu.

Mam 18 lat, blogi to błahostki.

Pieniądze są lepsze od życzeń.

A sobie życzę więcej dedykacji na przedmiotach niededykowanych (mi).

Mogę się przyzwyczaić do noszenia dowodu?

Dlaczego pożegnania zawsze są do dupy?

niedziela

Żaloba.

Nie chce mi się pisać
o prezydencie.
w ogóle.
stoję na zakręcie.
poleruję kulę.

Muzyka w radiu jakaś taka lepsza.

Pani za młoda, żeby to pamiętać, ale kiedyś, to od flag było czerwono. A dziś flagi z Chin, w barwach Monako.

Promocja ze sklepu, trzy flagi w cenie dwóch, żebyś mógł dwie powiesić za oknem, a jedną podcierać dupę po żałobie.

piątek

Poświęć moją lodówkę.

Grupa ludzi, jakaś setka, gdzie jeden z nich ma specjalne prawa (nadane mu przez paczkę żelków), stoi zawsze najwyżej i nosi pstrokaty strój ze złotymi cekinami. Ogólnie chodzi o to, że zbierają się na jakiejś górce i polewają oranżadą swoje lodówki, przywiezione na ozdobionych wcześniej taczkach, i idą do domu.

Głupota, nie?

I wyobraź sobie, że chrześcijanie robią to samo.

sobota

Stopy.

Słońce niemal zniknęło za krzywą linią anten, dachówek i kominów.

- Nigdy nie wiedziałaś, o co mi chodzi.
- Co?
Siedzenie ze stopami w powietrzu nie dawało już tej frajdy, co kiedyś.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Właściwie nigdy nie chciałem poruszyć tego tematu.
- Nie masz czasem wrażenia, że nie o to nam chodziło?
Moje stopy skuliły się do wewnątrz.
- Na razie mam wrażenie, że nie wiem, o co ci chodzi.
- Że zachłysnęliśmy się sobą, stwarzając w sobie przekonanie, że to jest to?
Jej nogi straciły całą swoją beztroskę.
- A nie jest?
Siedzieliśmy tak przez chwilę, obserwowanie słupa wysokiego napięcia wydało mi się fascynujące.
- Fascynujący ten słup, co? - Rzuciła trochę od niechcenia.
Czy to właśnie nie tego mam dość, że tak często wie o czym myślę, ale nie rozumie nic więcej?
Moje stopy poczuły wyjątkową chęć zabrania mnie stąd.
- Chciałabym wiedzieć, co ci siedzi w głowie.
- Robaki.
- Wyjątkowo paskudne.
- Wiedziałaś, że tak będzie.
- Nie pomyślałam o tym nawet raz.
- Cholera.
Zazwyczaj trafiałem.
- Nie trafiłeś. - Jej stopa otarła się zaczepnie o moją.
Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, wciąż nie mogłem oderwać od niego wzroku.
- Nawet patrzenie na słup kiedyś ci się znudzi.
Miała rację, to był najnudniejszy słup jaki kiedykolwiek widziałem. Gdyby kilka słupów zebrało się kiedyś na popołudniowej herbacie, ten zostałby uznany za wyjątkowego nudziarza i gbura.
Uśmiechnąłem się do siebie myśląc o tym wszystkim.
Nie zdziwiło jej to, przyzwyczaiła się.
Wstałem niepewnie, zdrętwiały mi stopy.
- Lepiej będzie jak nic nie powiem, co?
Tym razem zrozumiała.

Słońce zniknęło za krzywą linią anten, dachówek i kominów.

czwartek

Lubię o losie,

- Nie rozmawiam z Tobą, Tramwaju.

Piszę w dziewiątej osobiej osobie (rozpisanie pomaga)

Pisał o tym, jak jego bohater pisał, że jego bohater pisał, że pisanie bez sensu sprawia mu niemal taką frajdę, jak osobie piszącej o osobie, która pisze o osobie, która go w tym momencie opisuje. Czyli mi. Gdy mój bohater, piszący o piszącym piszącym o piszącym o frajdzie z pisania, zdał sobie sprawę, jak nieprzyjemnie będzie się to czytać, zaczął pisać tak, żeby piszący o piszącym piszącym o pisaniu, wymazał postać piszącego piszącego o piszącym piszącym o satysfakcji, innymi słowy, napisał, że nie istnieje. I zostałem ja, piszący o piszącym o niczym i ty, marnujący dwie lub więcej minut swojego życia. Cholera.

Teraz, póki piszę.

Z każdą literką odczuwał ulgę, jakby każdy klik gumki znajdującej się pod plastikowym kwadratem był małą spowiedzią do osoby, której rady zawsze są pomocne. Każde zgięcie palców to poczucie bycia lepszym człowiekiem, jakby każdy dotyk oznaczał jednego uratowanego szczeniaka. Każda spacja pomiędzy słowem to świadomość robienia czegoś trwałego, jakby całość wreszcie nabierała sensu.

Chemia.

Siedział na łóżku mając humor, który określał, nie określał, ale chciałby określać go jakoś pomysłowo. Siedząc z humorem nieokreślonym, próbował go chociaż zdefiniować. Mieszanina nastrojów jednorodna, (bo w końcu jesteśmy chemią i reakcją). Tak, że nie zdajesz sobie sprawy, jaki jest właściwie twój stosunek do świata - czuł zupełną samotność, brak emocjonalnego przywiązania do innego, uczucie "mi się nie uda" i inne rzeczy, których nie mógł wyrzucić z głowy, przy okazji będąc niebywale wesołym.

Powrotnie, przewrotnie.

Argumentem potwierdzającą Boskie skurwysyństwo jest fakt, że rzecz, której szukamy, odnajdzie się tylko w przypadku szukania innej rzeczy albo w momencie, gdy rzecz szukana dawno nie jest nam potrzebna/dawno o niej zapomnieliśmy.

A także fakt, że ludzie są stworzeni tak, że nie są zdolni do wspólnego funkcjonowania.

środa

O cholera.

Nie umarłem, ale było blisko.

Stary ja kontra nowy ja w starciu ostatecznym, co mogę nazwać okresem, który widzę jak

masz przed sobą pole, tylko pole, za sobą masz białą przestrzeń, więc nie pozostaje Ci nic innego jak iść nim. Niebo jest bezchmurne, wiatr nie istnieje, a Ty zwracasz uwagę tylko na ślady stóp odbite na trawie tak zielonej, że stanowi jej definicję. I to właśnie te ślady prawie Cię (w domyśle mnie) zabiły.

Odzyskałem kawałek siebie (może kciuk) ale nie wiem jak teraz będzie.

A wyszło z tego tyle, że na nowo m

- Ej, ten blog nie jest o tym.
- Cholera.

Typowy mężczyzna w typowym długim płaszczu szedł typową ciemną uliczką, w typowo deszczową pogodę, mając na głowie typowe problemy.

Jeszcze raz.

Dawno, dawno temu.

Jeszcze raz.

Siedział przy stole, gnąc kartkę papieru tak długo, aż zrobiła się miękka jak chusteczka higieniczna.

Jeszcze raz.

Nikt nie wiedział, kiedy nadejdzie koniec.

Jeszcze raz.

Houston, mamy problem.

Jeszcze raz.

,

Chciałem, żeby te schody ciągnęły się w nieskończoność.

Pierwsze.

Kocham ten stan, wrażenie, że poza przenoszeniem gór mogę postawić je na wierzchołku - w idealnej równowadze. Moment, w którym przez chwilę wszystko jest proste, ograniczenia nie istnieją, a mój umysł obejmuje Świat w większej perspektywie.

Złość.

Uczucie porównywalne do miłości, (może) lepsze, bo w żaden sposób nieograniczające. Wrażenie swoistego uskrzydlenia, upojenia adrenaliną wpompowaną w serce z siłą rozrywającą klatkę piersiową. Moment, w którym motylki ze strachu wracają do postaci larwy, i w swoich podgniłych już kokonach czekają, aż reakcja chemiczna wpływająca na mój mózg zobojętni się pod naporem Ciebie, dając im szansę ponownego gryzienia mnie w żołądek.

czwartek

Bestio, stój spokojnie.

- Napisz coś wesołego!
- Nie umiem.

A może jednak?

Szczęśliwi nie piszą dobrze.

A może jednak?

Nie mam słabych punktów.

A może jednak?

***

Jestem niczym nie zainteresowany do czasu najbliższego kryzysu emocjonalnego.

***

Jestem głupcem dlatego, że za dużo myślę.

(O, ironio!)

***

Mój umysł jest chaosem bitwy dwóch nieodróżniających się stron.

***

Zdjęcia nieba, kwiatów, drzew i robaków znudziły mi się.

***

Podszedłem z nią do stolika, przy którym stało tylko jedno Krzesło. Zapytałem kobiety obok, czy mogę wziąć jedno, bo przecież nie siedzi na wszystkich czterech.
- Przykro mi, czekam na kogoś.
Wziąłem Krzesło z Drugiego Końca Sali, a cały wieczór minąłby spokojnie, gdyby nie fakt, że Kobieta z Czterema Krzesłami ciągle była sama. Z tymi Czterema Krzesłami. Ona i Cztery Krzesła, z czego używane było jedno. Cały wieczór.

Gdy zbieraliśmy się do wyjścia, ona wciąż była sama. Pies Ogrodnika z Czterema Krzesłami, siedzący ciągle na tylko jednym Krześle.
- Mogłaś mi dać to krzesło - rzuciłem zasuwając za sobą To Przyniesione w Trudach z Końca Sali.

Damski płacz połączył się z trzaskiem zamykanych przeze mnie drzwi, w taki sposób, że ledwo go usłyszałem.

***

Bez ładu i składu bo znudził mi się ład i skład.

***

Ja - Bóg 1:0

***

Przydałby się ktoś mówiący "Jesteś tylko człowiekiem."

"Jesteś mięsem."

***
Jest wesoło?

niedziela

6 707 000 000 + 2?

Ten moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że nie masz na co narzekać.

Szedł ulicą nie myśląc tym razem o krokach, o spadaniu, o rytmie, o czymkolwiek. Właściwie, to nawet nie szedł. Właściwie, to nawet go tam nie było.
Był gdzie indziej.

Łał.

O nocy, czyli miał dość dnia, postanowił uciec w noc.

Mówiąc, "spacer w nocy dobrze mi zrobi", uznał, że spacer w nocy dobrze Mu zrobi. Ubrał się więc i przeszedł przez próg. A przecież przejście przez próg jest najtrudniejsze, różnica temperatur często powodowała u Niego natychmiastowy powrót do domu. Ale nie tym razem, bo w czasie gdy zwykle zdjął już buty mówiąc "pierdolę", tym razem szedł już ulicą, a Jego uwagę natychmiast przykuła rzecz, której normalnie nie zauważał. Zafascynował Go odgłos Jego kroków, które będąc jedynym dźwiękiem jaki słyszał, stały dla Niego Rytmem. Rytmem, który narzucił wszystkim i wszystkiemu, i nikt inny nie miał prawa go zmienić. Jego Rytm stworzony dla przyporządkowania sobie Całego Mrocznego Świata(jak zwykł nazywać w nocy swoją ulicę). Żeby dźwięk był bardziej klarowny starał się stawiać kroki tak, żeby nogawki spodni o siebie nie szurały, co musiało wyglądać dość śmieszne, bo poruszał się trochę jak kaczka. Kaczka narzucająca Rytm Całemu Mrocznemu Światu.

Ale nikt Go nie widział, przecież w nocy najlepsze jest to, że wszystko wokół Ciebie znika. Istnieje tylko świat najbliższy Tobie (Mroczny), czyli grunt pod stopami, latarnie i zalążki domów. Nic więcej, nic, co mogłoby rozproszyć Twoją uwagę, odgonić Myśl, która może odmienić Twoje życie.

Idąc i szukając Myśli, która może odmienić Jego życie usłyszał za sobą kroki, które starały się wyrównać z Jego krokami. Przyspieszył, kroki za nim również. Słyszał rytm (pisany małą literą), rytm, który wcale Mu się nie podobał, był to rytm narzucony, taki, który zburzył Jego Porządek i odgonił Myśl, która mogła odmienić Jego życie. Ale nie bał się, przecież jest mężczyzną. Mężczyzną chodzącym samemu w nocy.

Narzucającym Rytm.

Do czasu, aż nie usłyszał znajomego głosu, krzyczącego "Hej, poczekaj, gdzie tak pędzisz?", wtedy zaczął uciekać, bo ludzi, których znał bał się jak diabli.

sobota

Włoska Agencja Kosmiczna

Skończyła się naiwność, nie powiem już "a nie mówiłem*", skończył się płacz, nie powiem już "będzie dobrze**", skończyłem się ja, nie powiem już "przepraszam***", skończyły się pączki, nie powiem już, że, kurwa, "tęsknie****".

*(zawsze tak mówiłem)
**(nigdy tak nie mówiłem)
***(powiedziałem tak raz)
****(chciałbym tak powiedzieć)

Trafił szlag poetyckość.

środa

O spadaniu.

Znacie to uczucie, gdy podczas zasypiania śni wam się, że spadacie i nagle gwałtownie się budzicie? Ja spadałem już tak długo, że zacząłem odczuwać znużenie.

Początkowy strach, ciekawość, to wszystko zniknęło, pozostawiając mnie sam na sam z monotonią lotu i kilkoma pytaniami:
Dlaczego spadam? Kiedy spadnę? Czy ja umarłem?

Brawo, twoje życie było tak nudne, że nawet gdy umarłeś nic się nie dzieje.

Czy tak wygląda życie wieczne? Bo w niebie jestem zdecydowanie. To wszystko jest zdecydowanie zbyt dosłowne.

Po jakimś czasie nawet rozmowy z samym sobą i witanie się z mijanymi chmurami przestały mnie bawić. A były to jedyne rozrywki, jakie sobie wymyśliłem.

Kpiłem teraz z każdego człowieka, który kiedykolwiek marzył o lataniu.

- Nudno, co? - Kobiecy głos przerwał mi wsłuchiwanie się w monotonny świst powietrza.

Spadała w taki sposób, że włosy zasłaniały jej twarz.

- Kim jesteś?
- Spadochronem.
- Słucham?
Uśmiechnęła się i skierowała głowę w dół.
- Zobaczysz.

Znacie to uczucie, gdy podczas zasypiania śni wam się, że spadacie i nagle gwałtownie się budzicie?



Albo:


Znacie to uczucie, gdy podczas zasypiania śni wam się, że spadacie i nagle gwałtownie się budzicie? Ja się nie obudziłem i spadałem już tak długo, że zacząłem odczuwać znużenie.

Początkowy strach, ciekawość, to wszystko zniknęło, pozostawiając mnie sam na sam z monotonią lotu i kilkoma pytaniami:
Dlaczego spadam? Kiedy spadnę? Czy ja umarłem?

Brawo, twoje życie było tak nudne, że nawet gdy umarłeś nic się nie dzieje.

Czy tak wygląda życie wieczne? Bo w niebie jestem zdecydowanie. To wszystko jest stanowczo zbyt dosłowne.

Po jakimś czasie nawet rozmowy z samym sobą i witanie się z mijanymi chmurami przestały mnie bawić. A były to jedyne rozrywki, jakie sobie wymyśliłem.

Kpiłem teraz z każdego człowieka, który kiedykolwiek marzył o lataniu.

- Nudno, co? - Kobiecy głos przerwał mi wsłuchiwanie się w monotonny świst powietrza.

Spadała w taki sposób, że włosy zasłaniały jej twarz.

- Kim jesteś?
- Spadochronem.
- Słucham?
Uśmiechnęła się i oplotła mnie ramionami.
- Zobaczysz.

Znacie to uczucie, gdy podczas zasypiania śni wam się, że spadacie i nagle gwałtownie się budzicie?

sobota

Pan Hu związany paskiem. (i wprowadzenie postaci Mechanicznego Jezusa)

Pan Hu mi nie pomoże.

- Musiałem przez Ciebie odmówić flaszki.
- Przepraszam, tato.

- Wkurwiasz mnie wszystkim, co robisz.

- Jak tam w szkole?
- A do jakiej chodzę?
- Jesteś głodny?

Reakcja obronna mózgu w formie ogólnej znieczulicy.

Zamknąłem oczy, widząc siebie, w pokoju, piszącego z laptopem na kolanach. Brak mi wyobraźni.

Hu hu hu?


***


Siedział oparty o ścianę, patrząc na wiszący nad drzwiami krzyż.
- Cholernie niepodobny. Ale przynajmniej święcę w ciemnościach.
Ściągnął go ze ściany, oderwał się od krzyża i schował do kieszeni, z której bił teraz, zupełnie niemagiczny, fluorescencyjny blask.

wtorek

Jak kawałki mózgu, leżące wokół mnie

Trzymając rękę we własnym mózgu, drążąc w miękkiej, szarej, chociaż nie do końca, masie, szukałem czegoś odpowiedzialnego za Ciebie. Garściami wyciągałem wspomnienia, myśli i poglądy, mające teraz postać mięsa, leżącego wokół mnie.

Z każdym wyrwanym fragmentem czułem się coraz lepiej, myśli, które dręczyły mnie od dawna spoczywały teraz przede mną, bez możliwości zatrucia mi głowy ponownie.

Zanim dotarłem do Ciebie, niemal zapomniałem, kim jestem.

W końcu poczułem pod palcami coś, co w dotyku przypominało wysuszony owoc. Pulsował własnym życiem, jakby chciał zostać tu na zawsze. Po fali ciepła, która mnie przeszyła, identycznej jak ta, którą czuję za każdym razem, gdy Cię widzę, wiedziałem, że wystarczy jedno pociągnięcie, by się Ciebie pozbyć.

Zacząłem ciągnąć, mój osobisty zakazany owoc okazał się siedzieć we mnie głębiej, niż myślałem, jego korzenie rozchodziły się po całym moim ciele. Z każdym pociągnięciem przed oczami przelatywała mi każda chwila spędzona z Tobą. Moje ostatnie pożegnanie z myślami o Tobie. Od długopisu do

Wyrwałem z głowy ostatni fragment i nieprzytomnie rzuciłem go na ziemię.

Od tamtego dnia byłem szczęśliwy.

niedziela

O tym, co się nie zgodził na to.

Nie zgadzam się na to! - powiedział tak stanowczo, że gdyby stał obok, sam by sobie uwierzył.

Ale nie stał obok, był sobą, co ze względu na sytuację, na którą się nie zgadzał, mocno skomplikowało jego życie.

Próbując udawać, że problem nie istnieje, długo zastanawiał się nad tym, co by robił, gdyby miał taki problem.

Więc okłamując siebie, ciągle szukał rozwiązania.

Które przyszło mu do głowy nagle, ale nie chciał mówić głośno, żeby nikt nie pokrzyżował jego planów.

Nie wiem jednak, czy udało mu się problem rozwiązać.

Pewnie nie.

Mimo, że nikt nie lubi smutnych zakończeń.

sobota

Bóg istnieje (w naszych głowach).

Jeśli istniejesz, odezwij się.

Tak jak myślałem. Nie ma Cię.
Niektórzy mówią, że jesteś.
Że po prostu nie odpowiadasz.
Wątpię.
Chyba, że jesteś tchórzem.
Ale czego miałbyś się bać?
W końcu jesteś wszechmocny!
Gdybyś chciał, zabiłbyś mnie.
Tu i teraz.

Zresztą, nie wiem czemu próbuję z Tobą polemizować
To przecież tak, jakbym zakładał, że istnie...

O mój Boże.

Wszystkiego najlepszego.

- Skończyłem dzisiaj 17 lat.
- I jak się czujesz?
- Jak 60 letni stary pierdziel.

Kalorie z urodzinowego tortu skracają twoje życie o trzy minuty i trzydzieści siedem sekund.

- Dostałem kartkę na urodziny!
- Ta? Co napisali?
- Szybkiego powrotu do zdrowia.

W zależności od twojego podejścia do życia urodziny to dla Ciebie rok życia więcej, rok życia mniej, lub kolejny rok, którego nie odróżniasz od reszty.

Sto lat.

Stał na pustym polu. Ale tylko na chwilę, musi zaraz ruszyć. Jest tylko on, niebo i ziemia.

Nie musiał jeść, pić, czy spać, żył tylko swoim celem.

Czasem rozglądał się w lewo, prawo, i znów w lewo, nawyk, który pozostał mu z tamtych czasów.

Widział czasem ślady swoich własnych stóp, ale nie przejmował się tym zbytnio, lubił wyobrażać sobie, że nie należą do niego, i zaraz kogoś spotka.

Po siedmiu dniach doszedł na miejsce, wyznaczając sobie kolejny cel.

Potem był smutny.

Stał na pustym polu. Ale tylko na chwilę, musi zaraz ruszyć. Jest tylko on, niebo i ziemia.

środa

O mnie.

- Mogę prosić o autograf?
- Przecież nic w życiu nie zrobiłem.
- No właśnie.

O żukach i pobitych garach.

Prawdopodobnie dlatego, że lepiej tak, niż nie. Palce mówią pisząc za mnie, wysilając swoje mózgi stworzone z resztek paznokci, układając się w kolorowe zdania, które tak naprawdę są białe, bo taka jest czcionka, za co przepraszam ludzi ślepych, bo nie potrafię zrobić tak, żeby była wypukła. Może też trochę dlatego, że pisząc od rzeczy skupiam się na tym co ważne, chociaż tak naprawdę nie wiem, co jest ostatnio ważne, i nie wiem, czy wynika to z faktu, że nikt tego nie wie, czy z faktu, że nic nie jest ważne? Gdybym mógł nadać kształt moim myślom byłyby to żuki gnojarze toczące gówno w stronę nieba. Czy wena jest małym dzieckiem chowającym się w kącie, które musimy znaleźć albo pobite gary? Lepiej jest zrobić coś bez wcześniejszego przemyślenia czy myśleć o czymś tak długo i skrupulatnie, że w końcu tego nie zrobimy, ale będziemy znali konsekwencje każdej możliwej opcji? Z uwagi na dużą ilość pytań pora zakończyć, aby nie doprowadzić do przytłaczającej ilości trudnych odpowiedzi, które nic nie wyjaśnią.

poniedziałek

O Trzy Dwa Chuj.

Muszę nad sobą popracować.

Sposób w jaki marszczysz nos gdy się śmiejesz.

- Dawno nic nie napisałeś.
- Remont w głowie.

Zbyt osobiście?

Im ze mną gorzej tym ze mną lepiej.

- Dlaczego ludzie idący chodnikiem bawią się w małe walce i spychacze?
- Szkoda, że nie robią przy tym głośnego "Brum! Brum!", przynajmniej byłoby zabawnie.

- Co tak krótko?
- Na więcej cię nie stać.

Zaczynamy czy nie?

- Czy pogotowie energetyczne jadące na sygnale spieszy się aby ratować umierający prąd?

- Trzy, dwa...
- Odliczanie jest pedalskie.
- To jak mam robić?
- Zacznij od razu.

O tym, że próbuję porozmawiać z poduszką.

Z okazji zbliżającego się roku szkolnego życzę wszystkim uczącym się wakacji za dziesięć miesięcy.

Bo i tak będziecie mieć dość po miesiącu.

- Zastanawiałeś się kiedyś...
- Nie dzisiaj.

Jestem zmęczony.

A mnie męczysz.

- Co zrobiłeś w te wakacje?
- Przetrzymałem je.

- Co byś zrobił, gdyby ktoś ci powiedział, że jutro umrzesz?
- Umarłbym ze strachu.

Kiedy siedzenie w jednym miejscu zaczyna ci przeszkadzać obróć krzesło w drugą stronę.

- Dlaczego piszesz tak chaotycznie?

- Czym jest samotność?
- To jak siedzisz sam w pokoju myśląc nad tym, czy jak się mocno skupisz uda ci się porozmawiać z poduszką.

środa

O "tym", mniej o "tamtym" i o "owym" jeszcze trochę mniej.

Myśląc o tym, co chcę napisać wcale nie zastanawiam się nad tym, co chcę napisać i jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało rzeczywiście jest dziwne.
Bo to nie jest tak, że siadasz, mówiąc sobie "napiszę dziś o tym" i piszesz o tym, jakie "to" jest wspaniałe, w porównaniu do na przykład "tamtego", które już wcale takie wspaniałe nie jest. O "owym" nie wspominając.
I gdy tak myślisz o "tym", nie myśląc o "tamtym" wcale, zastanawiasz się w tej samej chwili (ale to tylko, gdy "myśleć" i "zastanawiać" jednocześnie nie sprawia problemów) czy to, o czym myślisz (jednocześnie się zastanawiając ale nie mieszajmy już, bo powstanie masło maślane, a za nie płaci się dwa razy więcej, na co nie stać nas z uwagi na kryzys literacki, autora oraz gospodarczy, świata, dotyczący autora również, ale w stopniu mniejszym) czy to, o czym myślisz (przypomnienie po długim nawiasie, przez który można całkiem zgubić wątek) czy to, o czym myślisz naprawdę ma sens.
Gdy po dłuższej (lub krótszej, ja nie oceniam) chwili namysłu uznasz swoje papierowe słowa za grafomanię włóż je do szuflady czekając na grafomanię w cenie lub ukryj je na strychu gdzie zostaną po latach odkryte i uznane za starą grafomanię, co będzie całkiem lepsze niż taka całkiem współczesna grafomania z bloga internetowego.

wtorek

Przyłóż język.

IV.

Idąc przez miasto nawet rodowity Nowojorczyk czasem zastanawia się, "Gdzie ja kurwa jestem?". Tu po prostu wszystko wygląda identycznie. Pierdolona lodowa kraina z jej własną, morderczą wersją złej królowej śniegu.

Nawet dzieci przestały lubić zimę, a Coca-Cola na Święta zmieniła maskotkę z Mikołaja na surfującego, opalonego homoseksualistę. Żeby się dobrze kojarzyło.

Minąłem starszą kobietę, szarpiącą się z jakimś nastolatkiem. To pierwsza kradzież jaką widzę od półtora roku. Minąłem ich spokojnie i skręciłem za róg. Usłyszałem krzyk, więc pewnie udało mu się wyrwać jej torebkę. Biegł w moją stronę, kierował się do metra.
Dlaczego nie zareagowałem? Bo w taką pogodę każda ucieczka kończy się tak samo.

Schody do metra były oblodzone.

Spadając z samej góry zapewnił sobie kalectwo do końca życia.

Ktoś zadzwonił po policję, ktoś inny po karetkę. Ja obserwowałem starszą panią, która powoli zeszła po schodach i podniosła swoja torebkę.

Skala przestępczości w ostatnich latach spadła o 40%. Kradzieże stały się cięższe do zorganizowania, ucieczki wiążą się z dużym ryzykiem, a przestępcy są po prostu zbyt leniwi i wolą handlować dragami albo pobić kilka dziwek od czasu do czasu. Dla zabawy.

Niektórzy mówią, że to dar od Boga. Że w takich warunkach ludzie jednoczą się i działają wspólnie. Co ja myślę? Myślę, że przestępczość, po raz pierwszy w historii ludzkości, stała się po prostu nieopłacalna.

Wróciłem do domu. W lodówce mam tylko piwo i dwa plastry sera. Nie upiję się jednym piwem. Nie najem się dwoma plastrami sera. Dzisiejszy dzień zapowiada się wybornie.

Dzień minął mi na oglądaniu telewizji. Bardzo modne stały się filmy katastroficzne. Tak w ramach poprawiania humoru społeczeństwu. W końcu, mogło być gorzej.

Miałem dość. Powoli godzę się z jej śmiercią. Zemsta coraz mniej mnie interesuje. Przerażało mnie to, przecież sobie obiecałem.

Ale jestem realistą, Językoznawca jest sprytniejszy ode mnie i całej policji razem wziętej.

Wyrzuciłem wszystkie akta do kosza.

Jutro składam rezygnację.

Za oknem ktoś przewrócił kubły.
- Puść mnie, kurwa! - Znowu biją jakąś dziwkę za oknem.

Coś we mnie drgnęło. Wybiegłem z mieszkania.

Czwarte piętro.

Trzecie.

Drugie.

Pierwsze.

Parter.

Dlaczego mieszkam tak wysoko?

Leżała na ziemi z czymś metalowym w ustach. Ktoś powoli oddalał się od ciała.

Nie jestem kretynem, nie krzyknąłem "Stój!". Cicho szedłem za nim.

Ręce trzęsły mi się z zimna, nie zdążyłem wziąć płaszcza.

A może to był gniew?

Nie wytrzymałem. Zacząłem biec. Śnieg był mocno zmrożony, zacząłem hałasować.

Językoznawca odwrócił się, ale było za późno. Skoczyłem na niego. Obaj upadliśmy na ziemię. Zaczęliśmy się szamotać.

Wtedy zobaczyłem jego twarz. Była zaskakująco zadbana. Spodziewałem się... właściwie sam nie wiem czego się spodziewałem. Miał czarne włosy, był starannie ogolony, a przede wszystkim, wyraźnie zaskoczony wizytą.

Nie miałem więcej czasu na przyglądanie się, jego prawy sierpowy właśnie wylądował na mojej twarzy.

Wstał, zaczął kopać mnie w brzuch. Miałem dość, ale moje wkurwienie osiągnęło szczyt. Złapałem go za stopę i wykrzywiłem najmocniej jak mogłem. Pierwszy raz w życiu trzask łamanych kości sprawił mi przyjemność.

- Kuuurwaaa. - Upadł na ziemię i zaczął wyć z bólu.

Nie miałem siły wstać. Podszedłem do niego na czworaka i na ślepo okładałem po twarzy. Nie obchodziło mnie, jak naprawdę się nazywał, nie obchodziło mnie, jak udawało mu się wymykać policji, nie obchodziło mnie, jak zamazywał ślady.

Chciałem po prostu go zabić.

Usłyszałem strzał i w tej samej poczułem ból w okolicy brzucha. Ból nie do opisania. Jakby w moich trzewiach wybuchła mała bomba, jakby motylki, które czujesz, gdy się zakochasz nagle postanowiły uciec i wygryzały sobie drogę ucieczki.

Osunąłem się na niego bezwładnie. Zrzucił mnie i próbował wstać. Podparł się o drzewo i wycelował.

- Dobranoc.

Zemdlałem.

sobota

Przyłóż język.

III.

3 tygodnie później.


Jest coraz zimniej. Coraz więcej ludzi mówi o epoce lodowcowej. Ortodoksy mówią o końcu świata i ostatecznej karze za grzechy ludzkości. Moim zdaniem, natura chce się nas po prostu pozbyć. I słusznie.

Odkąd zdobyłem akta zginęły cztery osoby. Zero nowych śladów.

Siedzę i czekam na telefon od Rudego. Rudy nie wie, że mówię na niego Rudy ale do tej pory każdy mój informator miał jakąś ksywkę. Co czasem mnie irytuje, bo zawsze gdy rozmawiałem z poprzednim informatorem miałem ochotę powiedzieć "Dzięki, Azor." Bo wyglądał trochę jak buldog.

Czekanie jest najgorsze. Boisz się wysikać, boisz się wyjść do sklepu, boisz się podejść do lodówki bo możesz nie zdążysz odebrać i stracić informację.

A w tym momencie liczyło się cokolwiek.

Telefon.

Ściszyłem telewizor. Wieczorne wiadomości w całości poświęcone były właśnie jemu. W mediach na dobre przyjął się pseudonim "Językoznawca", który powoli zaczął mnie męczyć.

- Dzień dobry, czy jest pan zainteresowany naszym...
- Blokujesz mi linię.
- Tak wiem, ale czy na pewno nie chcę pan spróbowa

Rozłączyłem się. To zadziwiające, że ci ludzie mają tak wielką moc moc zagadania cię, że czasem żal ci się rozłączyć. Ale nie tym razem.

Telefon.

- Miejskie lodowisko. Policja już jedzie.
- Dzięki R... dzięki.

Teren wokół miejsca zbrodni został otoczony żółtą taśmą, jakby w nadziei że jej magiczna moc spowoduje, że ludzie zapomną o policyjnej bezsilności.

Ale nie zapomną.

Bo ludzie boją się małej śmierci, działającej w czymś w rodzaju symbiozy z pogodą, która zamiast kosy nosi łom albo rurkę.

Policja też się boi, a nagroda za dostarczenie jakiejkolwiek informacji o Językoznawcy wynosi sto tysięcy dolarów.

I stawka rośnie.

Pokazałem odznakę grubemu policjantowi, którego zadaniem było odpędzanie tłumu(chęć zobaczenie martwego człowieka jest u ludzi tak wielka, że wychodzą na mrozy rzędu -30* C. To sępy, nie ludzie)i podszedłem do zwłok.

Kobieta, na oko 30 lat, nie wiadomo jeszcze, co robiła tutaj o tej porze(chociaż wygląda trochę jak dziwka), 8 ciosów zadanych w tył głowy. W ustach metalowy pręt. Żadnej poszlaki, nie ma nawet odcisków butów, śnieg pada bez przerwy.

Wciąż stoję w martwym punkcie.

Wróciłem do domu i upiłem się na smutno.