czwartek

OOBE

więc siedzimy koło siebie, ona w butach na łóżku, myślę co to chlew, pod nogami przechadzają się nam świnie, dobra mina do złej gry, boże jakie z niej prosie, chociaż faktycznie jest tu dość brudno może to taka jej reakcja na ten brud może boi się mieć na skarpetach te wszystkie okruszki, w sumie rozumiem, boże jakie ze mnie prosie. To co było dalej, gadka szmatka jak twoje studia
kolokwium
a twoje studia w porządku
tak
to dobrze
nie narzekam
a jak uczuciowo masz kogoś
coś ty ja nie potrafię z nikim być
ja też
o widzisz to wiesz co czuję
no tak
to tak jakbyś miał coś w głowie
dokładnie
albo w splocie słonecznym
bardzo możliwe
że jesteś  z kimś dzień a na drugi dzień już
nie chcesz? - dokańczam za nią i uśmiechamy się wspaniałe zawsze mieliśmy to połączenie
to prawda
też miałaś takie wrażenie że kliknęło od razu, kilka lat temu już przecież
oczywiście
to pierwszy raz gdy się tak czuję od dawna
ja też
wiesz bo tak na co dzień to

na pytanie co słychać odpowiadamy w porządku wkładając w to równie dużo uczucia co w na zdrowie gdy ktoś kichnie wyjątkowo śmiesznie. Plączemy się za ręce z innymi ludźmi licząc, że gdy zmiesza się nasz pot zmieszają się też słowa i znowu będziemy mieli wrażenie, że niczego nie brakuje, to dość śmieszne, sposób w jaki jesteśmy nieszczęśliwi, trochę jakby coś nam się w głowie popierdoliło i zamiast łez z oczu lecą nam z ust spazmy śliny od tych wszystkich śmiechów którymi wybuchamy przy żartach, których nie słuchamy

powiedziałem to na tak zwanym bezdechu popijając to pieszczotliwie perełką, drugie piwo, uśmiechnęła się, mówiąc no dokładnie, więc ile my się już znamy, będzie jakoś ze cztery lata co, i mam wrażenie, że czegoś nie pamiętam, czy ona rozumie mnie jeszcze bez słów czy milczy bo o chuj mu chodzi temu frajerowi pierdolonemu z chlewa w mieście Wrocław, świnie już wyszły, to już któryś rok z rzędu, tyle już lat i wciąż nie mam o niej wyrobionego zdania, gdzie na co dzień mam zdanie zanim kogoś zobaczę i już nigdy go nie zmieniam, nie wiem jak to zrobić, jak sprawdzić kim jest ona i ile jest jej we mnie, ile nas zostało, więc mówię

nigdy tego nikomu nie mówiłem ale kolega napisał o mnie kiedyś wypracowanie, to była chyba jeszcze podstawówka i napisał że mam na brodzie dołek, dupeczkę, amerykanie mówię butt chin to taka ciekawostka w końcu studiuję filologię angielską, śmiejemy się chwilę, potem to zniknęło i teraz tej dupeczki nie mam więc nikt o tym nie wie, nigdy wcześniej nikomu tego nie mówiłem i tak się zastanawiałem, jak zareagujesz

to ja też powiem Ci coś o sobie, miałam kiedyś psa ale jakiś skurwiel go przejechał, nazywał się Pies bo nie mogliśmy dojść do porozumienia czy ma być Tażan czy może Plebs, to niesamowicie smutna historia, wciąż czasem do niej wracam w myślach i szkoda mi tego psa, czasem czuję się jak ten pies, jakbym tym psem była ja sama, jakby mnie nikt nie nazwał, jakbym chodziła jak taka suka nienazwana i nikt nie wie jak mnie zawołać, jak mnie ugłaskać, jak się ze mną obchodzić

plask chlust śmigus dyngus oblała się piwem niechcący, czy zrobiła to specjalnie, daj mi swoją koszulkę i zgaś światło gdy będę się przebierać, lampy z ulicy zaglądają w okna ten pokój jest taki śliczny w nocy, odpięło się jej ramiączko, to już kiedyś było, naprawdę za Tobą tęsknię

zaczynam Cię docierać, dlaczego nie widziałem Cię tak wcześniej, czy to trzecie piwo czy światło zza okna, mam wrażenie że zamieszczamy się nawzajem między desperacką potrzebą siebie, a całkowitym brakiem konkretu, rozumiesz, mam też wrażenie że nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy od życia przez co nie wiemy, czy cokolwiek chcemy od siebie, czasem bardzo bym od Ciebie chciał czerpać to wszystko, gdybym był głupi, jestem głupi, to bym czerpał z Ciebie jak ze źródełka przepraszam za ten harlequin ale tak się czasem czuję, a czasem jak jesteś już tym źródełkiem to mam ochotę wysuszyć Cię jak jakieś jebane bagno, mogę dalej ciągnąć tę metasforę, odbijam, w tym Twoim źródełku, wszystkich wokół, patrzę na ich mordy odbite w Tobie i od razu rzucam w taflę kamieniem bo da się na nich patrzeć tylko w takim krzywym zwierciadle, problem z Tobą jest taki, mówię to przytulony do niej jak w łonie matki, kiedy to się stało, przerywam, od ilu godzin już tak leżymy, nie wiem, odpowiada, ale nigdy tak dobrze mi się z nikim nie leżało, dlaczego jest tak wygodnie, chcę już tak leżeć, problem z tobą jest taki, że wyznaczyłaś mi pewien wzór bliskości którego ja nie potrafię już zmienić i jak w fabryce porównuję wszystkie kopie z oryginałem, jak w muzeum porównuję falsyfikat z oryginałem, jak w kantorze, ojciec chce mnie w kantorze, czy znasz tę historię?, jak w kantorze porównuję fałszywkę z oryginałem. Tu staję, przerywam tę historię, boże jak mi wygodnie, dlaczego jest mi tak wygodnie, nie wychodź, stara puka do drzwi, krzyczy że dziwnie się czuje, niech się pani nie martwi to tylko śmierć, w okno puka nam kominiarz, łapię ją za zapięcie od stanika, to na szczęście, chciałbym żebyśmy byli szczęśliwi, pamiętasz, były takie dni, jest taki zwrot, że nie mogliśmy się na siebie napatrzeć, ale pamiętam też te dni, że nie mogliśmy na siebie patrzeć ale zawsze ktoś do kogoś wraca, wciąż leżymy jak dwa embriony, czy to powstaje nowe życie, czy my to już ono, czy ja i ty to jesteśmy już my, czy on i ona to już Państwo, czy ten poród naprawdę trwał cztery lata, to chyba tyle co słonie, kiedyś oboje byliśmy przy kości może to dlatego, chowamy głowę pod koc, jesteśmy w ciele naszej matki, pływamy w jej wodach, znowu sięgam do źródła, zawsze byliśmy trochę jak coś tylko jednego, ale co to, zbliża się godzina dwudziesta trzecia, wody odchodzą wypływamy spod koca, nie idź, mówię, nad głową unoszą mi się dwa złote rogi, złoto to symbol żniw, miałeś chamie złote rogi, trzęsą mi się nogi, mam plan, świetny przysięgam zgódź się, zostań, zrobimy sobie z krzeseł fortecę i będzie jak kiedyś, wróć ze mną do dawna, nigdy Ci nie mówiłem, nie mówię Ci tego nawet teraz bo to wszystko to przecież tylko sen, ale zawsze bardzo się bałem, ciągle się boję, boję się Ciebie i boję się bez Ciebie, brakuje mi pewności wszystkiego, przepraszam że na koniec zawsze robi się tak przygnębiająco, poczekaj, widzimy się tak rzadko stary przyjacielu, mam czasem wrażenie że Ciebie nie ma, że pojawiasz się w mojej głowie kilka razy do roku żeby zamieszać mi klepkami, poczekaj, wszystko sobie przypomniałem, przecież my znamy się od zawsze, znamy się już dwanaście lat, to Ty napisałaś o moim podbródku, to mój ojciec przejechał Ci psa, pamiętam jak używaliśmy łoki-toki do rozmów w naszych snach, pamiętam jak była burza i staliśmy z rowerami na polu malin, pamiętam jak wysypałem Ci na głowę paczkę cynamonu i pachniałaś świętami, pamiętam jak w hurtowni odzieży jako jedyni zdobyliśmy Szmaci Szczyt, pamiętam jak Twój ojciec zniknął nad morzem i znaleźli go na tratwie ze słomek Makdonalda. Nie zrozumiesz tego, co chcę Ci powiedzieć bo już Cię tu nie ma, czy byłaś tu kiedykolwiek, jestem już tylko ja, ale znam sekret, który obiecałaś mi powiedzieć, to przecież sekret jeszcze z początków. Pamiętasz tę niebieską sukienkę z kloszem przyozdobionym falbankami? Pamiętasz, co wtedy powiedziałaś, to wtedy Cię przecież poznałem, mieliśmy po siedem lat, pamiętasz co powiedziałaś, Twój sekret, był czwarty kwietnia, powiedziałaś