sobota

"Tytuł zdradza za dużo" Jeden.

Budzik nie przestaje dzwonić. Staram się o tym nie myśleć, zakrywam głowę poduszką, pragnę żeby zadziałała jak ściana dźwiękoszczelna.

Nie zadziałała. Budzik dzwoni coraz głośniej, wydaję się, jakby krzyczał "Wstawaj, wstawaj, przeżyj kolejny identyczny dzień, pójdź do szkoły, wróć z powrotem, połóż się spać, do zobaczenia za 24 godziny."

Ciuchy.
Twarz.
Zęby.
Trzask zamykanych drzwi.
Ta sama droga.

Zawsze myślę sobie, że dobrze byłoby dzisiaj pójść inaczej, przez 5 minut widzieć inne drzewa, inne domy, dać się obszczekać innym psom myślącym, że jeśli nie zedrą na mnie gardła, to podejdę i obsikam każdy skrawek ich terytorium. Nim kończę rozważania o zmianie trasy jestem już na przystanku. Przystanek. Ci sami ludzie, zmierzający do pracy lub szkoły. Nie cierpię na nich patrzeć, myślę jak żałosne, puste i bezsensowne jest ich życie, doskonale wiedząc, że moje jest identyczne.
Autobus. Zawsze to samo siedzenie. Zawsze ta sama trasa. Wysiadka. Droga do szkoły, zawsze ta sama trasa.

2+2=4.
Chrzest Polski - 966r.
H2 + 02 = 2H20.

To samo od kilkunastu lat, co rok trudniej. Czytasz prosty wiersz w gimnazjum, żeby potem dowiedzieć się, że tak naprawdę chodzi w nim o coś kompletnie innego. W podstawówce uczysz się rzeczy, które okazują się zaledwie nic nie znaczącym wstępem do tego, co czeka Cię potem.

Przerwa.
Lekcja.
Przerwa.
Lekcja.
Rozmowa.
Przerwa.

Jestem robotem wśród milionów robotów. Zaprogramowany by robić to codziennie to samo, ze sztuczną świadomością, że mogę coś zmienić w moim życiu. Świadomością zakodowaną we mnie tak mocno, że nie potrafię się temu przeciwstawić.

Powrót to domu. Ta sama trasa.
Jestem zbyt zmęczony, żeby myśleć o tym, żeby coś zmienić.

Sen, codziennie ten sam. Jestem zamknięty w klatce z wielkim kołowrotkiem. Patrzę na niego przez jakiś czas. Nie mogę się powstrzymać, wchodzę. Zaczynam biec. Z każdym krokiem coraz szybciej. Po chwili zaczynam być zmęczony, chcę się zatrzymać, nie potrafię. Budzę się w momencie gdy nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Zawsze ten sam sen.

Budzik.
Ciuchy.
Twarz.
Zęby.
Drzwi.
Autobus.
Szkoła.

Mam dość. Każdy neuron mówi mi, że nie chce już czuć, każdy organ nie chce już dłużej pracować, każda szara komórka nie chce dłużej myśleć, pamiętać, istnieć.

Umrzeć, umrzeć szybko, bezboleśnie. Podobno człowiek po powieszeniu dusi się przez 10 minut. Nie mam pistoletu. Nie chcę utonąć. Prawdopodobieństwo przeżycia wypadku samochodowego jest zbyt duże. Wychodzę ze szkoły, wchodzę do pierwszego lepszego bloku. Kilka pięter, kilkaset schodów. Dach. Staję na krawędzi, chodnik kilkadziesiąt metrów pode mną nastraja mnie optymistycznie. Chcę zrobić krok, jedyny krok w moim życiu o którym to ja zadecydowałem.

Co powinienem zrobić przed śmiercią? Pomyśleć o tym, co osiągnąłem w życiu? Nic, skoro chcę się zabić. Żałować ze grzechy? Nie żałuję. Tak na wszelki wypadek wmówić sobie, że Bóg istnieje?
Coś trafia mnie w głowę. Odwracam się, pod moimi nogami leży wypalony do połowy papieros.

- Nie uważasz, że rzucenie się z dachu to mało oryginalny sposób na śmierć?

piątek

O rodzinnym oglądaniu telewizji. (częściowo)

Oglądamy telewizję. Mądry program giełdowy, każda porządna rodzina powinna obejrzeć od czasu do czasu jakiś mądry program, chociażby giełdowy. Cisza. To dobrze, od gadania jest rozmowa, telewizję ogląda się, żeby słuchać telewizora, a nie kogoś. Jeśli chcemy słuchać kogoś - rozmawiamy z nim. Z wyłączonym telewizorem, koniecznie. Chociaż to trudne, niektórzy potrafią prowadzić rozmowę tylko komentując wydarzenia na ekranie. Brak wspólnych tematów. Wchodzi on. Rzekomy żywiciel rodziny. Od razu zacznie gadać, wiem to. Zaczynam odliczanie. Ile wytrzymam tym razem?
Jeden. Dwa. On wie, czemu występują tak duże wahania na giełdzie.
Trzy. Cztery. On wie, jak im zaradzić.
Pięć. Sześć. On, kierowca.
Siedem. Osiem. Skup się, skup się na telewizorze, nie słyszysz go.
Dziewięć. Dziesięć. Skupienie nie pomaga, staram się wyłączyć słuch.
Jedenaście. Dwanaście. Dlaczego ludzie nie mogą wyłączyć narządu, którego w danej chwili nie chcą używać?

"Pstryk, nie słyszę, co do mnie mówisz, ale fajnie ruszasz ustami. Pstryk, nie widzę Cię, nie widzę że jesteś smutna, nie pocieszę Cię. Pstryk, nawet jakbym chciał, to nie mogę, przecież nie umiem mówić."

Trzynaście. Wyszedłem.

poniedziałek

O anarchistach.

Osoby nastoletnie, buntujące się przeciwko zjawiskom których nie rozumieją. Pojęcie "anarchia" i wszelkich ideałów z nią związanych znają z wikipedii albo tego, co opowie im starszy kolega. W przerwach od rozwieszania anarchistycznych plakatów i pogrążania świata w chaosie martwią się sprawdzaniem z matematyki. Jedyne, co robią dla obalenia "systemu" to gadanie o tym, jak fajnie by było go obalić. Żyją z pieniędzy zarobionych przez rodziców w korporacjach, z którymi "walczą". Uważają też, że korporacja jest zła, pod warunkiem że w niej nie jedzą albo nie ubierają się w niej, bo przecież głupio byłoby wyrzucić ulubione dżinsy. Każda ich wada wynika z tego, że im "wolno" i jest to swoiste jebanie systemu. Uwielbiają koszulki z symbolami których również nie rozumieją, wielką popularnością cieszą się te z Che Guevara(wykonywane przez wielkie korporacje, ale kto by się przejmował), człowiekiem, którego uważają za symbol, wiedząc o nim tyle, że "coś tam zrobił", pomijając to, że był komunistą uwielbiającym egzekucje. Ważne, że fajnie wygląda. Zostawienie ich samym sobie na więcej niż 3 dni grozi śmiercią z głodu i tęsknoty za domem.

sobota

O chaosie.

Chaos. Niektórzy boją się chaosu, niektórzy pragną chaosu. Pozbywamy się przecinków a to przecież od nich zależy niekiedy sens całego zdania. Głupi przecinek może zmienić właściwie wszystko. Pozbywamy się też kropek i wszelakich znaków interpunkcyjnych i dużych liter nie ma nic lepszego niż szukanie końca zdania w ciągu (może się wydawać) losowych słów pozbywamy się
spacjiniechwszystkozlejesiewjednącałośćutrudniającczytanietak
mocnojaktylkosiędapozbądźmysięteżlosowychliterpowiedzmyhiytak
wraziegdbtocodziejesieterazztekstemkomusniewstarczałoalama
kotaacaosktórzapanowałjestjużniedozniesienia więc na tym zakończymy.

Wątpię, czy ktokolwiek dotrze do tego momentu, raczej przeczyta go tylko dlatego, że oddzielam go przerwą od reszty. Nie dopiszę reszty, nie powiem, o co chodziło, nie pojawi się puenta. Życie bez odrobiny chaosu byłoby nudne, prawda?

piątek

O chorobie, takiej zwykłej.

Człowiek, który nie wie, że usta podczas kaszlania należy zasłonić. Idący szybko, pewnym krokiem, bo przecież śpieszy się do pracy. Nie przestaje kaszleć. Rozgląda się wokół, siejąc bakterie nie tylko przed siebie, ale i na boki. Pierdolona chodząca epidemia grypy. Nie da się jej zwalczyć, nie ma na to szczepionki, nie podziałają żadne szczepienia, tabletki, żadna profilaktyka. Więc olej to, otwórz usta szerzej, wciągnij cały syf tego świata, wszystkie wirusy, bakterie, choroby jakie tylko możesz, miej to za sobą, zachoruj. Im szybciej tym lepiej. Przeleż swoje, wyzdrowiej. Do następnego razu.

O chorobie nieuleczalej.

- Chciałbym być nieuleczalnie chory, mieć jakiegoś guza czy coś.
- Dlaczego?
- Jestem ciekaw kto by mnie odwiedzał w szpitalu, jak często, o ile w ogóle, co by mówili, jaka by była ich reakcja na to, że umieram i sposób, w jaki by się ze mną pożegnali.
- Jesteś chory.
- Nie, nie jestem. Chciałbym być.

O śmierci.

Nie palę fajek i nie przechodzę na czerwonym świetle, więc albo umrę na raka płuc albo potrąci mnie jakiś pijany kierowca.

niedziela

O Dniu Kobiet. (wpis smutny)

- Kupujesz komuś kwiatka?
- Nie.
- Czemu? Ach, niech zgadnę. Dzień Kobiet, tak samo jak Tłusty Czwartek jest jakimś spiskiem, z tym że nie cukierników tylko kwiaciarzy, tak? Chodzi o sprzedaż ogromnych ilości kwiatów pod pretekstem robienia tego dla osoby którą darzymy szczególną sympatią? I jeszcze pewnie dodasz coś o tym, że kwiaty powinno dawać się bez okazji a nie z powodu jakichś głupich świąt? I pewnie wpleciesz w to komunistów.
- Nie, po prostu nie mam komu go dać.

O religii.

- Ludzie się nas nie słuchają, przydałoby się coś takiego żeby ich łatwo kontrolować.
- Może wymyślmy niewidzialnego starca, którego nazwiemy, nie wiem, Bóg, siedzącego w chmurach, oceniającego nas za każdy uczynek, który decyduje o tym, czy po śmierci będziemy potępieni czy zbawieni, według praw, które sami wymyślimy?
- Daj spokój, nawet największy kretyn w to nie uwierzy.