sobota

Absens carens

Śniło mi się dziecko rozjeżdżane tysiącem samochodów, tak, że na ulicy zostało tylko ubranie. Potem wsiadłem do autobusu i kierowca z ogórkiem w ręku sprzedał mi bilet, ale to było naprawdę i śmiałem się na tylnym siedzeniu.

Próbujemy być jak ci starzy literaci, chcemy usiąść w kafejce pisząc i popijając kawę, ale siadamy w rogu KFC i zerkamy kątem oka na obsługę, czy przypadkiem nie idą nas wyrzucić, bo nie stać nas nawet na b-smarta. Otwieram czasem usta chcąc pomówić z przechodzącą osobą, ale ona wie tylko ile kosztują grillowane udka.

Było to w czasie, gdy się przeprowadziliśmy. Mieszkanie było zaskakująco ruchliwe, układ pomieszczeń zmieniał się w zależności od pory dnia, za każdym razem od nowa szukaliśmy naszego pokoju. Zaspani i znużeni kładliśmy się czasem na łazienkowym chodniku. Zmieniały się zamki i klucz nie pasował, drzwi ryglowały się od środka srebrnym łańcuszkiem, zupełnie jakbyśmy nie byli w tym czasie potrzebni. Nocowaliśmy wtedy pod drzwiami, rano próbując znowu. Zastanawialiśmy się wtedy, co się tam dzieje pod naszą nieobecność.

Zmieniali się też ludzie, kilka razy dziennie widziałem płaczące w różnych częściach domu kobiety. Pukają do naszych drzwi i opowiadają nam o czasach wojny. Siedzimy udając, że słuchamy uważnie, ale pod stołem przebieramy z nudów palcami, bawimy się w Niemców, pociągamy za spusty tych samych karabinów. Opowiadają nam o swoich zmarnowanych życiach i niespełnionych ambicjach, współczujemy im nieszczerze, ciesząc się, że urodziliśmy się w tak nudnych czasach.

Widziałem raz przebierającą się w kuchni dziewczynę, odwróciłem głowę naśladując dobre wychowanie, podziękowała i wyszła zostawiając za sobą otwarte drzwi.

W paleniu najbardziej kręci mnie smak czekolady, ludzie nudzą mnie jak zwykle.

Poczułem jakbym się szybko jednał i się bardzo jednałem.

Miałem wrażenie, jakbyśmy próbowali złapać nieuchwytne, skakaliśmy po pokoju i drapaliśmy ściany, żeby znaleźć rozwiązanie, ale pod spodem była tylko stara tapeta. Czasem byliśmy bardzo blisko, podjęliśmy decyzję wielokrotnie, szybko jednak pojawiało się jakieś "ale". Rzucaliśmy monetą ale w sumie to stawała na brzegu, orzeł czy reszka, kogo to kurwa obchodzi skoro i tak nie wiadomo co zrobić.

Mieszkanie było zimne, było zimne jak psiarnia, zresztą nocą po korytarzu biega banda ulicznych kundli. Wkładam czasem nogi do mikrofalówki i ustawiam ROZMRAŻANIE.

Jak tamte Żydówki, smaruje policzki krwią żeby zdrowiej wyglądać.

Chodziłem po mieście ale grali tylko Yann Tiersena, we Wrocławiu grają tylko Yann Tiersena. Chodziłem po mieście śmiejąc się z siebie - daję się jak dziecko, wierzę czasem jak kiedyś rodzicom, gdy tłumaczyli mi, co stało się z kociętami.

Pamiętam origami nadające się tylko do spalenia. Pamiętam jak byliśmy pijani i nagrywaliśmy filmy, pamiętam jak piwo wylało się na Proces Kafki a my na to: "i tak za bardzo kombinował!" Pamiętam barmańską i zgubione papierosy. Pamiętam nocne spacery i związane z tym krzyki, na szczęście wszystkie psy polowały wtedy na jeże. Pamiętam ciepłe stopy w łazience i plucie do zlewu, pamiętam niestosowność łóżka rodziców i głosy za oknem, pamiętam filmy oglądane w nocy, ty nie, bo zezgonowałaś. Pamiętam jak chcieliśmy wejść na dach i myśleć o życiu, ale nie mogłaś się podciągnąć. Pamiętam maliny po których śmierć była by naszym najromantyczniejszym. Pamiętam Amerykę, jak staliśmy na Manhattanie, pamiętam rysunki z piknikiem, gdzie nasze głowy były zszyte jak w tych japońskich filmach gore. Pamiętam jak zmieniłem mieszkanie, jak mówiliśmy "teraz jest tak blisko!", ale dystans się zwiększył, bo nie było już wymówek. Pamiętam parówki, te w cieście francuskim, to całkiem świeże wspomnienie, pamiętam szczerbot widelców w walce o ostatni kawałek. Wygrałem, ale teraz myślę, że nie powinienem. Pamiętam jak próbowałem myśleć o tym raz w tygodniu, ale w sumie to raz w tygodniu nie myślałem. Pamiętam jak mówiłaś "No ale wpadam!" i nie wpadłaś.