niedziela

IT IS BETTER TO LOOK GOOD THAN TO FEEL GOOD [pożegnanie]

Man Thinking About Just Packing Up And Making Exact Same Mistakes Someplace Far Away


Zrzucam z siebie to wszystko i kończę (się).

Ojciec powiedział mi, że w moim wieku mial już pierwsze dziecko, myślę o tym co by było gdybym ja miał teraz pierwsze dziecko, myślę dużo czy wszystko by się zmienio, myślę o tym, jakby to było być samotnym ojcem, myślę o tym jakby to było być niesamotnym ojcem, potem myślę o tym jakby to było być ogólnie niesamotnym. Każde moje myśli kończą się prędzej czy później na mnie.

W nowym jorku bezdomni są najbardziej wartościowi, nocami chodzą na palcach po wszystkich mieszkaniach i zbierają puszki leżące na ziemi, bezdomni śpiewają w metrze pogodne piosenki przerywając niezręczną ciszę, bezdomni najlepiej ze wszystkich znają biblie i najgłośniej ze wszystkich głoszą słowo boże.

Czytam czasem nasze stare rozmowy i dochodzi do mnie, że te rozmowy są jak podrzędne sitcomy, że te taśmy ze śmiechem, które w nich puszczają są pewnie bardzo stare i ci ludzie już pewnie nie żyją więc śmiejesz się ze zmarłymi, że każdy dowcip, każdy gag sytuacyjny przeplatany jest dziesiątkami ludzi którzy dostali 10 dolarów żeby się chwilę pośmiać a teraz już ich nie ma.

Pamiętam gdy pracowałem jako copywriter i opisywałem przyrządy toaletowe, pamiętam, że pisałem o pisuarze Mozarcie, pisałem o sraczu Szopenie, pisałem o brodziku Dante, sprawdź to w google.

Myślę, że Amerykę lubię głównie przez to, że jest względnie młoda i nie ma w niej zbyt dużo historii.

Gdy dużo czasu spędzam sam przypominają mi się najdziwniejsze rzeczy, jak dziewczynę z podstawówki, która powiedziała, że nie lubi kotów bo często podnoszą ogon i widać im odbyty, albo kiedy miała koszulkę z pokemomanami a ja dotknąłem jednego palcem mówiąc, że to niby mój ulubiony, a tak naprawdę chciałem dotknąć jej sutka. Ile mogłem mieć wtedy lat, 8?

Pora otworzyć drzwi, pora wpuścić trochę uczciwośći (tak powiada tata).

Jak zabiłby się Jezus Chrystus?

poniedziałek

Urodzinki (co rok weselej)

Mam już 23 lata i tęsknię

**

Jest lato i to latem najbardziej chcę być znowu dzieckiem, a odkąd jestem tutaj najbardziej chcę być dzieckiem w Ameryce. Tak jak kiedyś powiedziałaś, chciałłbym znać Cię od dziecka, chciałbym znać Cię od dziecka w Ameryce, chciałbym rzucać mój rower na twój frontyard i zdenerwowany pukać do drzwi pytając, czy jesteś już w domu i czy możesz come out and play, chciałbym w tym naszym amerykańskim suburbs jeździć za tobą na rowerze i patrzeć jak rusza ci się tyłek, choć nie do końca jeszcze rozumiałbym swoją własną fascynację, chciałbym siadać z Tobą w miejscu, które tylko my znamy, w ciszy, zeby nie spłoszyć wiewiórek i racoonów, chciałbym, żebyśmy mieli walkie-talkie i mówili do siebie w nocy szyfrem, chciałbym, żebyś była pierwszą dziewczyną, którą pocałowałem w policzek, chciałbym obronić cię w szkole przed jakimiś kretynami, chciałbym Ci powiedzieć, że dobrze wyglądasz w aparacie na zęby.

Mam 23 lata i nie znałem Cię większość życia, mam 23 lata i amerykańskie dzieciństwo widziałem tylko na filmach, które pamiętam gorzej niż moje własne, mam 23 lata i nie wiem czy mogliśmy urodzić się dalej od siebie, mam 23 lata ale nie myślę w tym roku o sobie, mam 23 lata i nie wiem już po co wsiadłem w ten samolot.

***

MAM NA BRODZIE MIELONE I CO?

***

Everything that keeps me together is falling apart
I've got this thing that I consider my only art of fucking people over

***

Nikt za bardzo nie wiedział dziś ile tak naprawdę kończę lat, gdy mówiłem, że, no, 23 to wszyscy wydawali się zdziwieni - co? już? - tonem który miałby mi jakby współczuć.

22 lata

Mam już 22 lata, życie coraz spokojniejsze, strach coraz większy.


czwartek

Guma papieros

Machaliśmy jej z wieży widokowej, nie sądzę jednak że mogła to zobaczyć, ale dobrze by było gdyby to widziała. Zamienię ławę i dwa fotele na stół i cztery krzesła, to jest ostatnie co od niej usłyszałem. Przełączam telewizję czy ktoś nam o niej coś powie, przełączam kanały, czy ktoś ją w ogóle kojarzył. Szukam matki między reklamą pasty do zębów a filmem dokumentalnym, sprawdzam czy mówią coś o matce w porannym przeglądzie prasy, przełączam szybko te kanały szukając matki w tłumie gapiów w różnych relacjach sportowych. Wyobrażam sobie jak siedzi nagle na jakimś meczu, jak wyłapuje ją w tłumie kamerzysta i przybliża ją gdy puszcza wszystkim buziaka pozdrawiając rodzinę. Wszyscy klaszczą i skandują, nie wiemy co tak naprawdę powiedziała, zawsze chciałem żeby to było coś o nas, właśnie ktoś strzelił bramkę, dlaczego nikt jej kurwa nie dał mikrofonu.
Jej ciało sprowadzili statkiem, czekaliśmy dwa miesiące ale zapłaciliśmy mniej bo już się trochę rozeszła po kościach.
Stypę zrobiliśmy w sali gimnastycznej bo w domu nie było miejsca, matkę prawie wszyscy lubili, przyszli sąsiedzi aż z trzech domów po prawej i z czterech bloków po lewej, niestety nikt z naprzeciwka. Klasa niżej ode mnie pomyślała, że sprawią nam przyjemność długie papierowe łańcuchy o kształcie małych samolotów. Od tego czasu zawsze płakałem gdy leciał nad nami samolot 17:40 wrocław-warszawa.
Mieliśmy żółwia i cztery koty, jedliśmy wszyscy kaszę bo ojciec po śmierci matki zapomniał jak obiera się ziemniaki. Teresa wyjechała i wszystko się posypało powtarzał nam ojciec wrzucając nam kaszę do misek i posypując to wszystko szczyptą oregano. Nie było wtedy kolorowo, tak to wszystko pamiętam, pamiętam dwa kolory, kolor kaszy i kolor zębów ojca, który przestał o siebie dbać.
Ojcu ostatni ząb wypadł gdy poszedłem do liceum, dalej jedliśmy kaszę ale teraz robiliśmy z niej pjure mikserem żeby ojciec mógł jeść razem z nami. Pamiętam moją pierwszą dziewczynę przyprowadziłem ją do domu dość wcześnie, przedstawiłem ją ojcu ale on zobaczył w niej matkę i powiedział tylko „duża dupa małe cycki”.
Poznałem ją zupełnie przypadkiem, wyszedłem na papierosa paliłem dużo tępiły mi zmysł smaku, podeszła do mnie była dość młoda za młoda na fajkę spytała czy może powiedziałem „ja cię nie znam, i ja bym cię bardziej poczęstował tą gumą co wygląda jak papieros i odwijasz papierek i jest taka słodka, nią bym cię bardziej niż tym papierosem prawdziwym rozumiesz? Żułem taką gumę raz to było na święta zaraz jak moja matka umarła, ta guma to był ostatni prezent od ojca, pamiętam te gumę do dziś była tak słodka słodka”.

Potem paliliśmy tak już zawsze a jej usta miały być słodkie ale zawsze myślałem że są jakieś spierzchnięte.
Nie trwało to długo, mówiła że usta mam małe i gładkie jak dziecko ale ciągle pachnę jak kasza, znalazła innego zostałem sam z ojcem, widziałem ich razem jak jedli ziemniaki z ogniska, nie wiedziałem jeszcze wtedy co to ironia.
Potem już wiedziałem i wróciłem myślami do tego. Wiem teraz co wtedy, co teraz jeszcze nie wiedziałem.
Jak już pisałem mieliśmy cztery koty i żółwia, teraz mamy tylko te koty to też jest śmieszna historia. Otóż ta kasza, przez te kaszę traciłem wszystkich w moim życiu, najpierw ona (tak słodka słodka jak ta guma!), a potem mój żółw.
Mój żółw chciał umrzeć śmiercią homara, mój żółw jak homar, mój żółw owoce morza.
Mój żółw wszedł do garnka z gorącą kaszą, mój żółw znalazł śmierć w domu, już wiem, za czym chodził mój żółw tyle lat, już wiem czego szukał mój żółw po całym mieszkaniu, on szukał jak można umrzeć jak się jest żółwiem; gdy nie można skoczyć z wysoka lub się utopić, mój żółw znalazł śmierć w gorącej kaszy.
Rozmawiałem o tym raz z ojcem, powiedział że mieliśmy go chyba piętnaście lat, powiedział że pamięta jak wybrala go matka, powiedział że to strasznie smutne i był z nim związany bardziej niż ze mną, powiedział to wszystko i buchnęliśmy śmiechem bo nasz żółw zdechł w gorącej kaszy.
Co z ciebie za zwierze, żółwiu od siedmiu boleści, zdechłbyśżesz chociaż porządnie, zdechłbyś jak zwierzę dzikie przynajmniej w ogrodzie, zdechłbyś w mordzie psa poszarpany, zdechłbyś pod kołem pędzącego samochodu.
Czasem myślę że zbrzydła mu ta kasza i chciał nam wszystkim pomóc, chciał obrzydzić nam ją i wiesz co, dziękuję ci żółwiu, dziękuję ci za popielniczkę z twojej skorupy, wydaje mi się to dość obrzydliwe ale bardzo łatwo można to wyczyścić.
Postanowiłem, że o tym napiszę przy wspomnieniach o matce i to będzie najlepsze, co napisałem, to będzie o śmierci, to będzie tak, że my wszyscy jesteśmy jak te żółwie co piętnaście lat w mieszkaniu snują się po kątach szukając nikt nie wie czego aż w końcu znajdują swój los swoją śmierć garnek z gorącą kaszą.

Postanowiłem, że wyślę to wszystko Tobie, słodka jak guma, dość powiedzieć nie jemy już kaszy.

sobota

Piękni przegrani i brzydcy frajerzy


Pies kuleje, zdechnie, topi w szambie szczeniaki z urojonej ciąży.

Tort był już wczoraj; kupiliśmy trzy pączki i zjedliśmy je w drodze do domu. Matka z ojcem polecieli zaraz potem do Ameryki, za wodę i za chlebem.  Matka na pożegnanie dała mi sto złotych, bo dostała w pracy pieniądze za posprzątanie gówna z bidetu. Ojciec na pożegnanie zmywał naczynia, nie miał co mi dać ale on zawsze tak smutno zmywa naczynia. Siedzieliśmy chwilę w kuchni, zrobiłem z serwetki samolot, spadł na podłogę i wszyscy płakali za zły omen. Dwadzieścia jeden to oczko, dwadzieścia jeden to dupka.

niedziela

Made it ma, top of the world

Wygląda na to że nikt się nie dzieje, choć każdy jest ktoś, o co w tym chodzi.

Święta minęły w bardzo przyzwoitej atmosferze, nie spadło za dużo śniegu i nie było za dużo prezentów, nie było za dużo śniegu i nie spadło za dużo prezentów.

Chodzę po domu robię sobie zdjęcia z szynką w gębie, podpisuję to potem jako mój manifest że wszyscy jesteśmy mięsem ale wydaje mi się to dość kurwa głupie więc podpisuję je w końcu "Lubię świąteczną pieczeń", w zamian musisz wysłać mi swoje cycki.

To nie jest zbyt trudne obrócić to wszystko w żart, to jest dość proste śmiać się z tych co się starają, to jest całkiem przyjemne schować się za SWOIM IRONICZNYM SPOSOBEM BYCIA i być w sumie bardzo smutnym człowikiem.

Odświeżam ogłoszenia o pracę chciałbym być kominiarzem albo deserantem, deserantem w szczególności kojarzy mi się z filmami sensacyjnymi.

Potem święta minęły i nastąpił nowy rok, zacząłem pisać postanowienia, ŻE TYLE BĘDĘ ROBIĆ I TAKIM DOBRYM BĘDĘ CZŁOWIEKIEM ŻE TYLE PRZECZYTAM A TYLE NAPISZĘ, ŻE ZDOBĘDĘ ŚWIADOME ŚNIENIE I POKONAM MEDYTACJE.

To już chyba mój trzeci tydzień bez komputera naprawdę trochę się stęskniłem za tym małym ekranikiem i miękkimi guziczkami, więc rok zacząłem mniej więcej pierwszego lutego, stycznia w tym roku nie było, styczeń został przełożony, i tak było zimno i nie wychodziłem.

Jak dostajemy jakieś zdjęcia to są czarnobiałe, chowają kolor bielizny i syfy na ryju.

Staję stopami na twoją trawę, zapadam się trochę, już dawno mówiłem, że trochę przytyłaś, przykładam rękę do twoich ten-tegów, już dawno mówiłem, ze tabletki ci służą, wkładamy ręcę do piekarnika, ciasto francuskie potrzebuje wysokich temperatur.

Podobo nie dojeżdżają do Ciebie pociągi, autobusów nie lubię, samolotem nigdy nie leciałem, spotkajmy się w połowie drogi do kuchni, nie przeszkadza mi seks na podłodze choć mam bardzo kościste kolana.

Wybrany telefon nie odpowiada, wybrany telefon nie odpowiada, wybrany telefon nie odpowiada, wybrany telefon nie dopowiada.

Przypomniała mi się wielkanoc, wódka do śniadania i święconego jajka, by łatwiej pojąć ideę zmartwychstania.

Nad miastem wisiało splątanie się dróg, siedziałem z nogami w krzyż, ty krzyż masz na szyji choć dla mnie to już bardziej jest twój biust, czy jest lepsze połączenie, nie wiem. Jak po zgaszeniu światła wracają ci sny z poprzednich nocy tak ja pod pewnym kątami widzę cię sprzed paru miesięcy w rysach twoich dzisiejszych. Nie skupiamy się przecież na teraźniejszości teraźniejszość dla nas nie istnieje wolimy ten czas gdy żyliśmy tylko przekonaniem o własnej wyjątkowości i nadzieją że, tak, twoje cycki jeszcze urosną. Jestem tylko bzdurą, krzyczałaś przez okno na przejeżdżające samochody czułaś się piękna i wolna ja śmiałem się z tego że poszło ci oczko w rajstopie i w ogóle wydajesz się dość przygłupia ale to przecież jest w tym wieku bardzo urokliwe. Pojedziemy do stanów i objedziemy całe w czerwonym cadilacu spróbujemy każdego narkotyku znanego człowiekowi będziemy mieli studio na meneheteneie będziemy jeździć metrem i zastanawiać się czemu tutaj jak i w Polsce ludzie wstają przystanek wcześniej niż cel ich podróży spotkamy się kiedyś przypadkiem już po latach jak oboje się wyszalejemy i okaże się że to zawsze było to, chociaż będziesz już dość kurwa stara i w końcu zdradzę cię z jakąś młodą idiotką co jak ty będzie krzyczeć durne rzeczy do przejeżdzających samochodów jak jakiś pies pierdolony wychylający się z okna co myśli że cały świat jest tylko dla niego miejscem do srania//

//a ja znowu pomyślę, że to jest kurwa urokliwe.

Jest jednak w tobie pewien urok przecież inaczej nie popatrzył by na ciebie ten czy tamten krzywe zęby są przecież urocze szkoda że nie masz diastemy nikt nie jest idealny mama mówiła ci zawsze że masz w sobie to coś ojciec nie komentował twojej urody bo bał się myśleć o tobie w tych kategoriach zazwyczaj wolałaś rozmawiać z facetami kobiety wydawały ci się głupie z tymi ich rozmowami o kosmetykach i uczuciach zainteresowania sztuką miałaś od zawsze ale nie tą nową tylko starzy mistrzowie.

Fascynują cię narkotyki dwa razy dziennie wpisujesz w google odmienne stany świadomości i klikasz 'Ajm filing laki' ciekawa w jakie rejony interentu zapuścisz się tym razem, pamiętasz te książkę tego typa co Doorsi mają od niego nazwę tego co lubił LSD miał niedawno urodziny zastanawiasz się jakby to było żyć w tych czasach co kojarzysz te słynne zdjęcie ACID $1 a ty teraz nie wiesz gdzie we wrocławiu znaleźć dilera narkotyków.

ZXDFVGHBJKML

COFAM CZAS MIESZKAM NA ZACHODZIE POLSKI WE WROCŁAWIU BYŁEM RAZ ALE NIE PODOBAŁA MI SIĘ FONTANNA MINĄŁEM WAS NA ULICY JAK BYŁA SZKOLNA WYCIECZKA PO KOŚCIOŁACH MYŚLAŁEM CO ZA IDIOCI CI LUDZIE Z WROCŁAWIA DOBRZE ŻE JESTEM Z POLSKI B RODZINĘ MAM TYLKO W CIECHOCINKU NIE W NOWYM YORKU WYJECHAĆ BYM RACZEJ NIE CHCIAŁ LUBIĘ TEN KRAJ KOŃCZĘ LICEUM RACZEJ BEZ REWELACJI PÓJDĘ MOŻE NA ZARZĄDZANIE POZNAŁEM TAM DZIEWCZYNĘ JEST MIŁA I NORMALNA TO CHYBA TEN CZAS ŻE CHCĘ MIEĆ DZIECI.

WSE5RFYVHBJNKML

Pożegnamy się jak przed długim wyjazdem z którego kiedyś się wraca, wsiądę jak do statku co płynie za największy ocean, co rozbije się na skale, powiem teraz coś i po prostu nie odpowiadaj.

Jestem jak okruszki za Twoim stanikiem, myślisz o mnie czasem jak bardzo Ci niewygodnie albo masz ochotę na seks, spotkamy się kiedyś.

środa

Ten na krzyżu ten we mgle

W ŚWIĘTA BOŻEGO NARODZENIA NIE MAMY CZASU NA UŻYWANIE LUSTRZANKI CYFROWEJ I WYWOŁANIA ICH W PROGRAMIE ADOBE PHOTOSHOP CS6 CAMERA RAW 7.2 WIĘC ROBIMY ZDJĘCIE KOMÓRKĄ I WRZUCAMY JE NA INSTAGRAM.


wtorek

7129 albo 7921, nigdy nie pamiętam


Z kolana wyskakuje mi rzepka, to dość nieprzyjemne uczucie, z głowy wyskakują mi pomysły, to z kolei uczucie niesamowicie nieprzyjemne.
Jak już wziąłem tego kota, to wypadałoby go czasem karmić, wypadałoby wyjebać czasem jego gówna i przynieść mu nowego piasku, wypadałoby czasem go pogłaskać i rzucić mu starą szynkę.
Wypadałoby coś w tym życiu zrobić, wypadałoby skończyć te studia i przeczytać parę książek, wypadałoby zrobić ze trzy dobre zdjęcia, wydrukować je w punkcie ksero i powiesić nad biurkiem.
Wypadałoby się wreszcie ustatkować, wypadałoby kochać kogoś jak nikogo jeszcze nikt nie kochał, wypadałoby stać się czyimś kimś i dla czyjegoś wszystkiego nie mieć niczego dla siebie, wypadałoby porzucić siebie dla ciebie i nad swoje najlepsze twoje najgorsze postawić.
Wypadałoby rodziców szanować, tych co żyły dla ciebie i przyszłość dla ciebie, tych co bez ciebie by nie mogli, bo im nawet kurwa ŻYĆ DŁUŻEJ NIŻ TY NIE WYPADAŁOBY.
Wypadałoby siostrze powiedzieć, że nie jest taka zła i co z tego że taka inna, ryje mamy w gruncie rzeczy podobne, a że tacy jesteśmy różni, może to i dobrze.
Wypadałoby trochę brzuszków porobić, wypadałoby się nieco popodciągać, może nawet zrobić ze trzy przysiady (chociaż co z tym kolanem), wypadałoby już nie jeść cały weekend bo na tyle jedzenia to chyba nawet seks nie pomoże, choćby dawno go nie było i bardzo by się chciało, więc można długo i nawet dwa razy.
Wypadałoby ubierać się trochę lepiej, wymienić marynarkę z lumpeksu na marynarkę ze sklepu, wypadałoby aparat na zęby założyć i wyprostować tę diastemę o której nikt nie wie, wypadałoby by boczki zrzucić i pachy częściej przygalać. Wypadałoby włosy ściąć, czarna grzywka trochę już nie w modzie, wypadałoby czoło odsłonić, a niedługo to i zakola pokazać.
Wypadałoby bardziej się na ludziach skupiać, słuchać ich wokół i może się nawet czasem zastanowić, zmienić może podejście, że nie jestem ten jeden, co jest całkiem zabawny i ładne zdanie czasem rzuci i mądre i nauczyciel pochwali.
Wypadałoby się uśmiechnąć czasem, nie być takim grumpy i nie być takim vergesslich, wypadałoby mniej rzucać talerzami a więcej kwiatami rzucać pod nogi, wypadałoby częściej ogarniać na biurku.
Wypadałoby znaleźć pracę chociaż na weekendy, wypadałoby mieć trochę własnych pieniędzy, to miłe uczucie być dziwką co jej stawiają wszyscy wokoło ale wypadałoby trochę dumy swojej też mieć i może nawet postawić chociaż raz w zamian.
Wypadałoby pisać częściej, wypadałoby pisać wszędzie i o wszystkim, wypadałoby mówić "przepraszam, że przerywam, ale muszę zapisać tę myśl naszą świetną", wypadałoby więcej wejść w sny i więcej wejść w myśli, wypadałoby telefon wyrzucić do kosza i mniej przewijać tego fejsbuka, wypadałoby nie brać nic do czytania gdy sie sra, bo wtedy tak miło się myśli.
Wypadałoby uznać, że nie jest tak źle.

***

I to nie jest taki wielki problem uznać, że to wszystko to tylko taki głupi wymysł, lubię mówić "to wszystko mi się śniło" nawet jeśli coś stało się naprawdę, można wtedy udawać, że tego nie było, i dużo to ułatwia, w niezależnie od tego, czy było to miłe czy nie.
Więc robimy tortille - tortille są pyszne i pożywne, zajadamy to ciastkiem keksem białą czekoladą czipsami czipsletenami oliwkami bitą śmietaną spermą żeńską wydzieliną śliną diarumem i wodą z szamponem marka SYOSS DLA FRYZJERÓW PROFESJONALNYCH.
Seks uprawiamy raczej w ciszy choć ciężko czasem lekko nie pisnąć, boimy się hałasu i skrzypiącej kanapy, pierwszym razem gdy byliśmy za głośno dziecko współlokatorki dostało gorączki i musieliśmy złożyć się na panadol.
Z tym dzieckiem to w sumie dość zabawna sprawa, miło czasem podejść i schować mu klocki pod kanapą i patrzeć jak się to to wije i płacze.
W oknach nie mamy żaluzji i firanek, przechodząc pod oknami nago odwracamy się dupą do sąsiadów i świecimy pięknym owłosieniem plecnym.
W lodówce mamy wszystko choć i tak obiad kończymy na parówkach.
Drzwi w łazience spierdoliły nam się ostatnio nie było w domu śrubokręta więc prowiant podawaliśmy sobie starą okiennicą.
To stary sposób na miłe spędzanie czasu, udawanie, że się już jakiegoś filmu nie widziało.
Wypadałoby się też chować nieco skuteczniej, jak się człowiek źle schowa to np. mogą mu kazać umyć podłogi w całym domu lub gorzej.

***

ŚNIŁO MI SIĘ JESZCZE, te planety mi się śniły, że skaczę z planety na planetę i na każdej mamy inne warunki atmosferyczne, że np. nie lubisz zimy za bardzo to skaczesz na planetę wieczna wiosna, że nie lubisz czasem, jak za dużo powietrza i skaczesz na planetę, gdzie się prawie dusisz.
OPOWIADAŁEM CI ostatnio, że wyrywam kartki z książek bibliotecznych, głupia to tradycja i wstyd mi za nią, przestałem to robić całkiem niedawno a wyrwane strony podrzuciłem pod biblioteką z karteczką PRZEPRASZAM ZA TEN IDIOTYZM.
KULTUROZNAWSTWO wymagałoby pewnej bliskości ze sztuką i kulturą, najbliżej niej jestem od poniedziałku do piątku bo mieszkam pod Muzeum Narodowym.
PRZEGLĄDAŁEM OSTATNIO wszystkie stare zdjęcia, mam ochotę wszystkie te głupie selfshoty w lustrze bo ładne akurat miałem włosy wydrukować i podpisać EKSPERYMENTY FORMALNE.
W KAŻDYM RAZIE, życie dorosłe okazało się nie aż takie fajne jak myślałem, to miłe nie dzwonić do mamy, że wrócę o dwudziestej pierwszej, ale gorzej na przykład, że kurwa można sobie wszystko spierdolić.


sobota

W piątkowe wieczory, zupełnie znudzeni

owijamy się foliowymi workami


(Folia na naszych czołach paruje śmiesznie od tlenu marnacji)

czwartek

wtorek

Bloblok

Bloki z bloków cegły projektowane na małych blokach technicznych blok na bloku a za blokiem blok wszystko zblokowane bo to jest tak zwane blokowisko mieszkają tu blokoni mówią językiem blok-blok "dzień dobry" to blolok a "do widzenia" to "bloklok"

"przepraszam" nie ma ale jest dużo przekleństw.





sobota

Pozdrawiam serdecznie

Jakby mieć dziurę w głowie wielkości przysłony jeden kropka osiem, więc głównie fotografuję przyrodę, mosty oraz kobiece piersi. Balejaż kolejarza, rzucone studia i kredyt.

Pisanie trochę się nam znudziło, wszystko stało się zaskakująco wolne i przyjemne, piszę o tym czasem kilka słów ale wygląda to jak przepis na dobry obiad.

Nasza mała stablizacja, mieszkanie w centrum za dziewięćset polskich nowych, zwierzę domowe oraz praca.

Chodzimy na spacery placem solnym i sól w nasze rany.

Przyjeżdżamy czasem do małego miasteczka a ja mam w dupie małe miasteczka.

Bawi nas język angielski bo studiujemy już rok filologię angielską i możemy się śmiać jak ktoś za przeproszeniem "the" wymawia "de".

Składamy papiery na kierunki po których dyplom wydrukują nam w ksero na Szewskiej i od razu dadzą nam tam prace na zmywaku.

Idziemy też z duchem czasu i zdjęcia rosną dwukrotnie.

Pozdrawiam serdecznie.


piątek

W dwudzieste urodziny biegać będziemy z rozsznurowanym lewym butem


Mówię cicho żeby się nie obudzić.

20 lat, lolo, przyśniłem sobie o północy-zerozero i to tyle na wnioski. Za drugie tyle będę mieć kryzys wieku średniego, a za trzecie tyle będę mieć pieluchę, perspektywy są zabawne, możesz na wszystko spojrzeć z perspektywy, kurwa, no nie wyszła mi ta myśl.

Zjadłem dwa lody, dorosły już jestem w pełni to mi wolno być grubym, algida dino max, takie dwukolorowe smakują jak guma do żucia, nie wiem czy to dobrze, bo to lody, a nie guma do żucia, no naprawdę te myśli są jakieś płytkie.

Szesnaście po północy, dalej jest tak samo, siedzę na Internecie i ściągam MXSXK01, oglądam śmieszne memy i mam otwartą wikipedię, tak tylko żeby historia przeglądania wyglądała trochę bardziej mądrze jakby ktoś sprawdzał czy nie wchodzę na redtube.

Wstała i spytała się czy jest już północ, powiedziałem, że dopiero za pół godziny i niech śpi dalej, po co ty w ogóle czekasz odpowiedziała i spała dalej. Można i tak, jestem dorosły, rozumiem dzieci i uśmiecham się gdy bywają głuptasami.

Maj, maj, jebany maj, konstytucja albo niepodległość,  wiszą flagi i kocham Cię Polsko, chodzę sobie wśród tych flag i mam dwadzieścia lat, kwitną bzy i wlatują mi do pokoju bąki, i tak już od dwudziestu lat.

Tak naprawdę to wszystko jest jeszcze świeże, farba ledwo chlusnęła na ścianę i teraz rękoma będziemy nią mazać, malować, jak Pollock będziemy zgrywać idiotów, zupełnie na poważnie.

***

Albo nie mieć 20 tylko 02, i rysować rysunki chujowe jak kiedyś, kiedy wszyscy jeszcze myśleli, że to urocze i rośnie artysta.


czwartek

OOBE

więc siedzimy koło siebie, ona w butach na łóżku, myślę co to chlew, pod nogami przechadzają się nam świnie, dobra mina do złej gry, boże jakie z niej prosie, chociaż faktycznie jest tu dość brudno może to taka jej reakcja na ten brud może boi się mieć na skarpetach te wszystkie okruszki, w sumie rozumiem, boże jakie ze mnie prosie. To co było dalej, gadka szmatka jak twoje studia
kolokwium
a twoje studia w porządku
tak
to dobrze
nie narzekam
a jak uczuciowo masz kogoś
coś ty ja nie potrafię z nikim być
ja też
o widzisz to wiesz co czuję
no tak
to tak jakbyś miał coś w głowie
dokładnie
albo w splocie słonecznym
bardzo możliwe
że jesteś  z kimś dzień a na drugi dzień już
nie chcesz? - dokańczam za nią i uśmiechamy się wspaniałe zawsze mieliśmy to połączenie
to prawda
też miałaś takie wrażenie że kliknęło od razu, kilka lat temu już przecież
oczywiście
to pierwszy raz gdy się tak czuję od dawna
ja też
wiesz bo tak na co dzień to

na pytanie co słychać odpowiadamy w porządku wkładając w to równie dużo uczucia co w na zdrowie gdy ktoś kichnie wyjątkowo śmiesznie. Plączemy się za ręce z innymi ludźmi licząc, że gdy zmiesza się nasz pot zmieszają się też słowa i znowu będziemy mieli wrażenie, że niczego nie brakuje, to dość śmieszne, sposób w jaki jesteśmy nieszczęśliwi, trochę jakby coś nam się w głowie popierdoliło i zamiast łez z oczu lecą nam z ust spazmy śliny od tych wszystkich śmiechów którymi wybuchamy przy żartach, których nie słuchamy

powiedziałem to na tak zwanym bezdechu popijając to pieszczotliwie perełką, drugie piwo, uśmiechnęła się, mówiąc no dokładnie, więc ile my się już znamy, będzie jakoś ze cztery lata co, i mam wrażenie, że czegoś nie pamiętam, czy ona rozumie mnie jeszcze bez słów czy milczy bo o chuj mu chodzi temu frajerowi pierdolonemu z chlewa w mieście Wrocław, świnie już wyszły, to już któryś rok z rzędu, tyle już lat i wciąż nie mam o niej wyrobionego zdania, gdzie na co dzień mam zdanie zanim kogoś zobaczę i już nigdy go nie zmieniam, nie wiem jak to zrobić, jak sprawdzić kim jest ona i ile jest jej we mnie, ile nas zostało, więc mówię

nigdy tego nikomu nie mówiłem ale kolega napisał o mnie kiedyś wypracowanie, to była chyba jeszcze podstawówka i napisał że mam na brodzie dołek, dupeczkę, amerykanie mówię butt chin to taka ciekawostka w końcu studiuję filologię angielską, śmiejemy się chwilę, potem to zniknęło i teraz tej dupeczki nie mam więc nikt o tym nie wie, nigdy wcześniej nikomu tego nie mówiłem i tak się zastanawiałem, jak zareagujesz

to ja też powiem Ci coś o sobie, miałam kiedyś psa ale jakiś skurwiel go przejechał, nazywał się Pies bo nie mogliśmy dojść do porozumienia czy ma być Tażan czy może Plebs, to niesamowicie smutna historia, wciąż czasem do niej wracam w myślach i szkoda mi tego psa, czasem czuję się jak ten pies, jakbym tym psem była ja sama, jakby mnie nikt nie nazwał, jakbym chodziła jak taka suka nienazwana i nikt nie wie jak mnie zawołać, jak mnie ugłaskać, jak się ze mną obchodzić

plask chlust śmigus dyngus oblała się piwem niechcący, czy zrobiła to specjalnie, daj mi swoją koszulkę i zgaś światło gdy będę się przebierać, lampy z ulicy zaglądają w okna ten pokój jest taki śliczny w nocy, odpięło się jej ramiączko, to już kiedyś było, naprawdę za Tobą tęsknię

zaczynam Cię docierać, dlaczego nie widziałem Cię tak wcześniej, czy to trzecie piwo czy światło zza okna, mam wrażenie że zamieszczamy się nawzajem między desperacką potrzebą siebie, a całkowitym brakiem konkretu, rozumiesz, mam też wrażenie że nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy od życia przez co nie wiemy, czy cokolwiek chcemy od siebie, czasem bardzo bym od Ciebie chciał czerpać to wszystko, gdybym był głupi, jestem głupi, to bym czerpał z Ciebie jak ze źródełka przepraszam za ten harlequin ale tak się czasem czuję, a czasem jak jesteś już tym źródełkiem to mam ochotę wysuszyć Cię jak jakieś jebane bagno, mogę dalej ciągnąć tę metasforę, odbijam, w tym Twoim źródełku, wszystkich wokół, patrzę na ich mordy odbite w Tobie i od razu rzucam w taflę kamieniem bo da się na nich patrzeć tylko w takim krzywym zwierciadle, problem z Tobą jest taki, mówię to przytulony do niej jak w łonie matki, kiedy to się stało, przerywam, od ilu godzin już tak leżymy, nie wiem, odpowiada, ale nigdy tak dobrze mi się z nikim nie leżało, dlaczego jest tak wygodnie, chcę już tak leżeć, problem z tobą jest taki, że wyznaczyłaś mi pewien wzór bliskości którego ja nie potrafię już zmienić i jak w fabryce porównuję wszystkie kopie z oryginałem, jak w muzeum porównuję falsyfikat z oryginałem, jak w kantorze, ojciec chce mnie w kantorze, czy znasz tę historię?, jak w kantorze porównuję fałszywkę z oryginałem. Tu staję, przerywam tę historię, boże jak mi wygodnie, dlaczego jest mi tak wygodnie, nie wychodź, stara puka do drzwi, krzyczy że dziwnie się czuje, niech się pani nie martwi to tylko śmierć, w okno puka nam kominiarz, łapię ją za zapięcie od stanika, to na szczęście, chciałbym żebyśmy byli szczęśliwi, pamiętasz, były takie dni, jest taki zwrot, że nie mogliśmy się na siebie napatrzeć, ale pamiętam też te dni, że nie mogliśmy na siebie patrzeć ale zawsze ktoś do kogoś wraca, wciąż leżymy jak dwa embriony, czy to powstaje nowe życie, czy my to już ono, czy ja i ty to jesteśmy już my, czy on i ona to już Państwo, czy ten poród naprawdę trwał cztery lata, to chyba tyle co słonie, kiedyś oboje byliśmy przy kości może to dlatego, chowamy głowę pod koc, jesteśmy w ciele naszej matki, pływamy w jej wodach, znowu sięgam do źródła, zawsze byliśmy trochę jak coś tylko jednego, ale co to, zbliża się godzina dwudziesta trzecia, wody odchodzą wypływamy spod koca, nie idź, mówię, nad głową unoszą mi się dwa złote rogi, złoto to symbol żniw, miałeś chamie złote rogi, trzęsą mi się nogi, mam plan, świetny przysięgam zgódź się, zostań, zrobimy sobie z krzeseł fortecę i będzie jak kiedyś, wróć ze mną do dawna, nigdy Ci nie mówiłem, nie mówię Ci tego nawet teraz bo to wszystko to przecież tylko sen, ale zawsze bardzo się bałem, ciągle się boję, boję się Ciebie i boję się bez Ciebie, brakuje mi pewności wszystkiego, przepraszam że na koniec zawsze robi się tak przygnębiająco, poczekaj, widzimy się tak rzadko stary przyjacielu, mam czasem wrażenie że Ciebie nie ma, że pojawiasz się w mojej głowie kilka razy do roku żeby zamieszać mi klepkami, poczekaj, wszystko sobie przypomniałem, przecież my znamy się od zawsze, znamy się już dwanaście lat, to Ty napisałaś o moim podbródku, to mój ojciec przejechał Ci psa, pamiętam jak używaliśmy łoki-toki do rozmów w naszych snach, pamiętam jak była burza i staliśmy z rowerami na polu malin, pamiętam jak wysypałem Ci na głowę paczkę cynamonu i pachniałaś świętami, pamiętam jak w hurtowni odzieży jako jedyni zdobyliśmy Szmaci Szczyt, pamiętam jak Twój ojciec zniknął nad morzem i znaleźli go na tratwie ze słomek Makdonalda. Nie zrozumiesz tego, co chcę Ci powiedzieć bo już Cię tu nie ma, czy byłaś tu kiedykolwiek, jestem już tylko ja, ale znam sekret, który obiecałaś mi powiedzieć, to przecież sekret jeszcze z początków. Pamiętasz tę niebieską sukienkę z kloszem przyozdobionym falbankami? Pamiętasz, co wtedy powiedziałaś, to wtedy Cię przecież poznałem, mieliśmy po siedem lat, pamiętasz co powiedziałaś, Twój sekret, był czwarty kwietnia, powiedziałaś

piątek

Twarzksiążka

Zmiany są dobre, nawet te na gorsze.

http://www.facebook.com/zadob

***

Na Z A do B składa się:

- FEJSBUK!
- JESZCZE WIĘCEJ FEJSBUKA
- NIE MUSISZ JUŻ NIGDY WYŁĄCZAĆ FEJSBUKA
- TAK NAPRAWDĘ TO PRAWIE ZERO FEJSBUKA

- ŚMIESZNE OBRAZKI KOTÓW
- PINGWIN SIĘ WYWRÓCIŁ
- WAHANIA NASTROJÓW SCHIZOFRENIA
- POPULARNOŚĆ NA KWEJKU
- JAK KUPIĆ W SIECI NARKOTYKI
- THIS GIRL NEAR YOU WANTS TO FUCK CZY NAPRAWDĘ
- SZYBKI ZAROBEK W INTERNECIE
- CZY PIERWSZY RAZ BOLI
- JAK SCHUDNĄĆ W TYDZIEŃ
- JAK ZNALEŹĆ CHŁOPAKA W KLUBIE
- ZWOLNIENIE LEKARSKIE JAK
- JAK ŚCIĄGNĄĆ Z WRZUTY
- CZY W DUPĘ TO PEDAŁ
- PIELĘGNACJA PIERSI
- KORWIN MIKKE PREZYDENT 2012
- CZY WAMPIRY ISTNIEJĄ
- CZY MOŻNA WYPŁUKAĆ PREZERWATYWĘ
- SZYBKI OBIAD
- HOROSKOP PRAWDZIWY
- GUZEK POD PACHĄ CZY TO RAK
- SNAPE KOCHAŁ LILLY
- FOTOGRAFIA DLA POCZĄTKUJĄCYCH
- CZY JESTEM SZMATĄ TEST
- KOŚCIÓŁ OPODATKOWANIE
- GRUBI LUDZIE FORUM CUKIERNICZE
- PIANIE KOGUTA ŚMIESZNE DŹWIĘKI
- DWUTYGODNIK.PL ALE LEPSZE
- GAGA TORRENT
- ZEGAR ŚMIERCI FREE
- WYDANIE KSIĄŻKI GDZIE
- LMFAO TŁUMACZENIE TEKSTÓW
- WOJACZEK TŁUMACZENIE TEKSTÓW
- HIV CZY NEGATYWNY TO DOBRZE
- TEST CIĄŻOWY MOŻLIWE KOLORY

niedziela

Misiu-fisiu (o smutnych dziwkach ale już nie moich)


Wrocławskie mimy wymarły w czasie, gdy straciliśmy nasze dziewictwo. Przestaliśmy pluć w koty pestkami z pomarańczy i zamieniliśmy za duże bluzy z napisem dizel na szare trencze i biznesowe aktówki. Miasto już dawno przestało się nam podobać, nie fotografujemy się już na dachach i nie krzyczymy przekleństw do parzystych numerów na domofonach. Jedzenie NIE MOŻE JUŻ BYĆ, nie może być juz nawet woreczek z moczem i czapka jeszcze z Euro '96. Staliśmy się ślepi i głupi, zupełnie, bezdennie głupi, odbijamy się wszyscy od siebie narzekając, jak bardzo nie ma już nikogo, trzymamy się za ręce narzekając, że wkoło nie ma rąk do trzymania. Światła w mieście zgasły jak zgasły nasze pomysły na życie.

I ono toczy się obok mnie, nie dotyczy mnie już wcale mimo, że nikogo przecież nie dotyczy tak bardzo. Podejmujemy razem decyzje o życiowym znaczeniu ale ja zapominam je wszystkie już na drugi dzień. Moje życie stało się dla mnie faktem zasłyszanym, wydarzeniem na przeciwnym krańcu świata, o którym słyszy się w wieczornym dzienniku, a potem idzie się zjeść kolację bo zaraz będzie film na polsacie.

I wolałem patrzeć, jak one wszystkie płaczą.

***

(Jeszcze coś o Odrze i o psach wieczorem, o wałach i przytulaniu, o tym, że wszystkie kryzysy to na dachach galerii handlowych, o cmentarzach i błocie, o przejazdach na krańcu świata, o odwracaniu się w filmowym stylu i słuchaniu swojego życia jak reżyser, który myśli czy to wszystko dobrze brzmi, o spaniu w jednym łóżku lub na dwóch osobnych, o wysyłkach pocztą i nigdy nieoddanych książkach, o barmańskiej, KTÓRA BYŁA PRZY MNIE ZAWSZE TO WRĘCZ ŚMIESZNE, o książce-poradniku, która miała pomóc w życiu a to mniej więcej wtedy tak się zjebało, że chyba ją wyrzucę, o piosenkach tłumaczących odległości, o festiwalach muzycznych na których przeżyłem każde brudy dla paru chwil, o robakach w namiocie, o krzykach w nocy i zgubionych papierosach, o tym, że mój chłopak powinien być taki jak ty, Michał, o trzydniowej znajomości i trzech latach mijania się na schodach, o rowerach, o zapraszaniu na bal gimnazjalny, o mieszkaniu naprzeciwko, o pierwszych, które przestały być kochane, bo nie pozwalały grabić liści jak brony w traktorze, o wybieganiu ze szkoły i krzyczeniu, że już ich nie kocham, o dużo młodszych, które fascynują tylko wiekiem, o tym, gdy w gimnazjum próbowałem zostać przyjacielem a potem mnie to bawiło, o snach, gdy najpierw musi się przyśnić, bo inaczej nic nie poczuję - dlaczego to wszystko przyszło mi do głowy teraz, dlaczego tak dużo choć nawet nie połowa i dlaczego łączę t/je wszystkie w jedną, chciałbym stworzyć z tego jedną opowieść o wszystkim, bo to przecież ja, czy to nie było tak, że siebie czuję tylko przez kogoś (przez JAKĄŚ!) może zrobić by z tego wiersz ale przecież "w tym tygodniu nic się nie działo")

Uniwersalna teoria wszystkiego, była chyba kiedyś taka książka i była chujowa, więc może bardziej uniwersalna teoria mnie, czy jestem mną od zawsze czy powstałem z wydarzeń wokół mnie, czy stworzyły mnie one, czy tworzyłem się sam przez nie bądź dla nich, ile we mnie mnie a ile we mnie ich, i tak dalej, i tak dalej, niech mi ktoś to wytłumaczy, może ten naukowiec na wózku?

Mam wrażenie, że powoli składam te cztery lata w całość, pamiętam siebie przez nie, i nie mogę inaczej. Dzieciństwo i kobiety, pamiętam tylko te dwie rzeczy, nie pamiętam w tym siebie, zawsze przez, przez, przez kogoś, od kogoś, z kimś, bez kogoś, jak ta okładka pinkflojdów, ruch bądź ruchanie (przepraszam), obroty, to już bardziej gra skojarzeń ale tak przecież działa pamięć. 

Stare jest to miasto ale wszystko w nim nowe,


sobota

Po co pisać?

METAPOD used HARDEN!

Ojciec nie spadł z dachu, ale włożył rękę w psie gówno


W Wigilijną kolację ubrałem sukienkę.

Zbyt głodna na godność.

Haha

Śniło mi się, że byłem księżniczką zamkniętą w wieży, ale to wszystko było tylko taką zabawą, bo srać wychodziłem na zewnątrz, żeby mi tam nie śmierdziało.

Mimo całej niepoważności, chciałbym, aby odebrać to wszystko poważnie, chociaż lat mam za mało, żeby ktoś potraktował to poważnie. Wyliczyłem kiedyś, że wielkość się zaczyna mniej więcej koło 24, a jak mi założą na zęby aparat, to już w ogóle. I mimo, że liczy się wnętrze, ale przecież sam dążę do tego, żeby było jak najmniej poważne, nic już nie rozumiem.

Bywa ze mną różnie, ale mimo to wszystko dość to do siebie podobne, mówią (niestety nie mi), że jestem taki i taki albo ten i tamten, dużo tych opinii, co Polak to dwie opinie, co kobieta to opinia bez sensu.

Nieprzewidywalny błazen, dzieciak, zmanierowany dzieciak, ciężki dzieciak, dzieciak-socjopata, krzykliwy dzieciak, on Cię nie szanuje, to jest chłopak bez świętości, podziwiam jego dziewczynę, z nim jest ciężkie życie, a mimo wszystko węgiel przyniesie, więc złoty i uczynny. Sam się czasem gubię już w tym wszystkim, gubię się w opiniach, ciężko stworzyć się jednego, skoro każdy myśli o tobie inaczej.

Już było o tym tyle, człowiek spotęgowany człowiekiem i człowiek z gębą, człowiek w stosunku do innego, czy człowiek jest jak drugiego nie ma?, drzewo w lesie i tak dalej, to wszystko już trochę mnie znudziło, tylko, że inaczej się nie da, bo podobno udaję dopiero wtedy, gdy zaczynam być sobą, trochę jak ta kobieta w pubie, która powiedziała, że podstawą mnie jest niebycie mną.

Wchodzę pod samochody ale boję się stawać na żelaznych kratach odpływowych.

Ci ludzie, ci poważni, ci co nie wiedzą art of trolling, przecież ja tak często popadam w zupełną przesadę.

Ale! są też ludzie łamiący pewne postawy, czy raczej KOBIETY potrafiące złamać pewne postawy, szczerość wynikająca z gestów i słów, jakiś rodzaj zachowań, który zauważam od razu, sprawiający, żę chce się taką "zaklepać", chce się taką, no, wziąć, i nic nie poradzę, całość robi się wulgarna ale ja nic nie poradzę, mam nadzieję, że matka tego nie zobaczy (jak ja mogę pisać o matce, przecież...), ale one są takie, że się nic nie poradzi, jak Evy Braun, Hitler wiedział co dobre, wiedział też, co zabijać, ale o tym innym razem.

Tylko ta reszta, dlaczego ta reszta tak mocno próbuje wniknąć, czemu pojawia się ta i tamta szepcąc jej do ucha.

Jestem rozwydrzonym dzieciakiem, bywa, że krzyczę i ciągam, bywa, że już nie wytrzymuję i uciekam, bywa tak, że już nie mogę, i one cieszą się wtedy najmocniej, czekając aż pęknę, ach! te usta! będą mogły!

Stałem się ŻARCIEM DLA KONI, PASZĄ DLA ŚWIŃ, moje ruchy są teraz przeliczane na wiadra gówna, którymi można mnie potem obrzucić.

Wszyscy ludzie ci znani są aktorami, kiedy ja czuję się największym, jakbym dostał główną rolę w spektaklu "On i ta nuda", gdzie tą nudą są ci wokół, o boże, to tak źle brzmi, tak zupełnie nie powinno się pisać w moim wieku, NIGDY NIE POWINNO SIĘ TAK PISAĆ, to mi już nie przystoi, NIGDY NIE PRZYSTAŁO, nie buntuje się w ostatniej nastce, to już za póżno, nie ten czas, nie ta pora, w szyję ciśnie mnie krawat, a ręce krępują mi mankiety, ale najgorsze są te oczy, świdrujące każdy ruch, który nie jest ruchem po wytartych od kroków kafelkach do biura.

Skaczę po szafach jak ruda Pippi, nie lubię murzynów jak Tom Sawyer (???), trochę Tolek Banan i jak dzieci z Bulerbyn, czasem już nie mogę i rola pęka, prowokacja się sypie, maska spada jak u Hiczkoka czy tam Szekspira, zaczynam się śmiać i czasem śmiejemy się we dwoje, a oni tak patrzą, i ten taki późny bunt z kapciami na nogach, może też trochę na siłę, ale nie byłoby tak mocno, gdyby nie irytowało wokół, co poniekąd też jest przecież na przekór. I przecież tak się nie powinno, to nawet jakbym miał piętnaście lat by nie przeszło i rozmawialiśmy kiedyś o tym, że nie można o tym pisać, ale też nie da się tak nie myśleć.

Bawi mnie sposób w jaki kichają ludzie, bardziej chyba niż sposób w jaki mówią o sobie. Albo jak ktoś ci coś mówi, kobieta, a ty tak kierujesz rozmową, że zaczynają mówić ci wszystko, otwierają kolejne drzwi (potem otwierają pizdę ale odmawiasz bo pizdy śmierdzą), i kolejne, jesteś w niej coraz dalej (ale nie chujem) ale w końcu zaczynasz się śmiać z nadmiaru POWICHROWANIA.

Tylko, że to nie pomaga, desperacka potrzeba utrzymywania dobrych relacji sprawia, że ludzie starają się za Ciebie, puszczają pewne teksty nad sobą, jakby lepsi niż ty ale wiedzą że gorsi, tak bardzo chcą, żeby było dobrze ze wszystkimi (wcale nie, wszystko kręci się o ewolucję, kiedyś lizali, bo jak Stalin, mogłeś zabić, teraz możesz obrazić, zniszczyć [opinię]) że nie widzą tych otwartych nawiązań, prostych aluzji i widocznych podtekstów.

I jak już raz przeklnąłem będę musiał przeklinać teraz ciągle, bo wpadłem teraz w pewną BUNTOWNICZĄ FORMĘ. Potwierdzam swoją dziecinność, dziecięcość, gówniarość, nie ma takich słów, potwierdzam swoje gówniarestwo, wieje ode mnie infantylizmememem. Pisanie jak terapia, siedzisz i się śmiejesz, a potem wrzucasz to w internet i klikają ci, że fajne, a ty czujesz, że tak oto zapisałeś się we wszechświat, idziesz spać tak bardzo szczęśliwy, że ci kliknęli, log out a rano uczysz się niemieckiego, mimo że jesteś filologia angielska, a z niemcami była wojna.

Tyle, że nie, sam się pogrążam, pisanie pod publiczkę, ale przecież zupełnie na odwrót, bo tworzysz najgorszy obraz siebie, obrażasz sam siebie, mieszasz się z błotem bo tego się oczekuje, żeby ci nie wyszło, ten najbardziej chciany przez wszystkich obraz ciebie, obdzierasz się ze wszystkiego, co w tobie dobre, mówiąc, że nie ma w tobie nic dobrego, ale tak naprawdę jest to krzywdząco powierzchowne, to jednak krzywda chciana, popkultura, bunt i ironia, więc już zupełny skandal i komercha, "Ha! on naprawdę taki jest!", ale to przecież żarty, tak nie jest naprawdę, ja taki nie jestem, gram tu z wami, ale dla wygody nikt nie zwraca na tę grę uwagi.

Chcę mówić o tym długo, unikamy tego wokół, nie mówimy, że idziemy srać, tylko że do toalety, nie mówimy, że mamy wielkiego syfa na twarzy tylko że trzeba iść do dermatologa. W byciu ludźmi najbardziej przeszkadza nam ciało, ciało śmierdzi, idziesz i się pocisz i śmierdzisz, leżysz i też się pocisz i śmierdzisz, pizdy śmierdzą wybitnie ale trzeba je lizać, a chuje śmiesznie dyndają ale trzeba brać je do buzi. Przepraszam za te słowa ale to zupełnie prawda. Ciała chorują częściej niż dusze, mało dusz choruje na tym świecie, bo tak naprawdę nikogo ten świat nie obchodzi, a jak już choruje ci ta dusza i chcesz się żalić nad światem to nagle dobra myśl ci ucieka bo zaswędziała cię dupa.

PRZEPRASZAM ALE TO PRAWDA, i to jest nie do zniesienia. Miłosz ładnie o tym napisał, trochę grzeczniej, to ja rozwinę - że powinniśmy usiąść obok siebie i wszyscy wspólnie zobaczyć jak sramy, może w końcu zrobiłoby się między nami normalnie.

Śmiać mi się chcę, śmieję się i piszę to wszystko, i zaraz pójdę się umyć bo trzeba chociaż raz dziennie, i to chyba największa życiowa ironia, że jak bardzo kogoś kochasz, to udajesz, że nie robi kupy. Tak bardzo dążyłem do idealizacji wszystkiego wokół ale to chyba we mnie upadło, zaczęło się niedawno, gdy ćwiczyłem angielski czytając angielskie wiadomości, i zobaczyłem zdanie „Poop-throwing chimps hints at human origins”, czyli "Ludzie się rozwinęli bo rzucali gównem", i to nas tak dobrze podsumowuje, jak napisał kiedyś Vonnegut, coś tam, że ziemię można podsumować zdaniem o narodzinach Chrystusa, bla bla, ja mówię, że można ją podsumować zdaniem "małpy rzucały gównem, a potem rzucały gównem w miastach", i tak dalej, itepe., to typowe chwalenie się wiedzą, te cytaty, jak te artykuły krytyczne w gazetach, które stosunek cytat do opinia autora utrzymują w okolicach jeden do jednego, i wszystkie dobre zdania w artykule to właśnie te cytowane, można i tak, też trochę tak chcę, podnieść poprzeczkę. Jeszcze mogę rzucić Proustem, coś tam, że wszystkie szczęśliwe dni to dni zmarnowane, albo Nabokovem "Lolita coś tam ugryzłem się w język". To zresztą najlepszy cytat jaki znam.

Mówiło się tak w dzieciństwie, "to przecież były tylko żarty", ale ten żart wymyka się spod kontroli, "prepare for unforseen consequences", cytuję teraz grę komputerową.

Niech ktoś wyciągnie mnie z tej farsy, przecież nawet mnie to już męczy.

Śmiać mi się czasem chcę, jak myślisz sobie o takim Leśmianie, jak on ładnie rymował, a potem nagle myślisz, że kiedyś na pewno miał katar.

To wszystko jest takie gorzkie, śmiejemy się ze smrodu kataru i kupy, wkładamy sobie korki w dupę więc wycieka nam porami, myślę o seksie kilkanaście razy na dobę, a gdy staram się nie, widać to na moich spodniach. Czasem nie chcę być człowiekiem, chcę być sztuczny, jak ci w filmach albo grach, zawsze piękni i ze słowami godnymi zacytowania.

Może dlatego zawsze byłem za fotografią, tak łatwo na niej idealizować, ułożyć włosy i spuścić w bluzce ramiączko, wypiąć biust i wciągnąć brzuch, przez tę chwilę jesteś piękna a na zdjęciu nie śmierdzisz, jesteś lepsza niż zwykle, taka, jaka powinnaś być zawsze.

A z drugiej strony, chcę obnażyć to wszystko, chcę pokazać tył pleców i sukienkę spiętą spinkami do włosów dla lepszego przylegania, chcę, żeby w tle stały wszystkie zużyte preparaty, chcę, żeby za opis zdjęcia posłużył zestaw filtrów użytych w programie graficznym.

Albo jeszcze dalej, chcę pokazać wszystko, chcę kogoś kochać tak mocno, żebym nie brzydził się zrobić zdjęcia defekacji, od dołu, z fokusem na odbyt.

Czy nie wydaje mi się teraz piękna ekstrementofagia, pociąg do najgorszego... gówna?, podniecenie poprzez najbardziej ludzką, ze wszystkich rzeczy?

NIEEeeee, PRZESADA. FUJ.

Trzeba się dostosować do pewnego stylu, siebie czy tam formy, styl stosunku do kogoś czy do świata, ALE JA NIE CHCĘ, MAMO, JA NIE CHCĘ, DLACZEGO JUŻ NIE WOLNO ROBIĆ GŁUPICH RZECZY, i czemu nikt już nie mówi, że ktoś jest gruby, jakby otyłość była jak śmierć ojca, niezależna od losu, ale ja już bym wolał żeby umarła ci cała rodzina, niż żebyś była gruba!

I wszyscy o tym myślą, tak jak wszyscy chcą mieć ładny telefon, dlaczego mam ukrywać, że to taki wiek (mój dziewiętnasty a ogólnie dwudziesty pierwszy), że chcę mieć to i tamto, że ty kupisz sobie ajfona, a ja chcę dać tysiąc dwieście zloty za samsunga galaksi esdwójkę bo jestem zajebiście próżny.

Skupiam się ostatnio na detalach, sposób w jaki rosną gałęzie samotnego drzewa, teoria chaosu, czy jest na to jakiś wzór, na to drewno? Obierana mandarynka, czy ktoś widział ten sok, jak pryska (trochę jak pizda tylko, że nie śmierdzi)?

Pamiętam jak nie wiedziałem gdzie jest nóż więc kroiłem parówki zębami, wypluwałem to potem na chleb i smakowało nam jak nigdy.

Czytałem dziś wywiad z pewną pisarką i mówiła "jedna książka dziennie przez całe liceum", poczułem się w dupie jak nigdy.

Zresztą, ojciec miał rację, gdy powiedział, że jedyna praca do jakiej jestem zdolny, to praca w kantorze, bo języki.

Fryderyk Nicze powiedział kiedyś "LOLOLOLOL!!!", ciężko mi się z tym nie zgodzić.

Czasem prawie się łamię, chcę przeprosić wszystkie te rude i grube, wszystkie źle nazwane i źle wychowane, albo właśnie zbyt dobrze wychowane, chcę czasem oddać karimatę i już nigdy się nie odezwać, albo jeszcze co innego zakończyć wcześnie bo sroki mają rację i kiedyś coś się spierdoli.

Potem śni mi się Sparta, tylko zmieniam zasady i mogę wrzucać ludzi do kanionu w osiemnastym roku życia, każdy z nas miał kiedyś ten sen, to chyba tak częste jak własny pogrzeb, który w sumie nigdy mi się nie śnił, jest w tym pewna ciekawość ale BOŻE KTO BY COŚ POWIEDZIAŁ SENSOWNEGO?

Chciałbym kiedyś żyć w post-apo, chciałbym zabijać ludzi na wojnie albo chodzić po nuklearnym pastwisku, chciałbym, żeby dzieci się nie rodziły albo żebyśmy byli pod ciągłym nadzorem, żeby była wieczna zima i palenie bibliotek z przymusu ciepła albo wieczny skwar i robienie z książek papierowych szałasów. Chciałbym, żeby pojawiło się wydarzenie nadające mojemu życiu jakiś bieg, bo nie można oprzeć się na tym, że nic się nie ma. Oczywiście przesadzam i gdyby wybuchła wojna byłym polskim pisarzem na emigracji. Taka karma, psy nie narzekają.

Czytałem ostatnio o czarnej dziurze wielkiej jak miliard słońc, i nikt nie wie, co ma w środku - to prawie tak, jak twoja mama.

Włożyłem jej w spodnie, trwało to chwilę i już wiła się pod ręką, była na ścianach i była na podłodze, śmiałem się głośno, ale już nie patrzyła, na mnie i nigdzie, w ogóle. Była zbyt naga, żeby patrzeć, była zbyt zajęta sobą, żebym ja był więcej niż palcem, który w niej, była bezbronną ale winną, rozdartą, obdartą z siebie, a może właśnie sobą w całości, nie wiem.

Potem mocniej i dyszała i siadała i wstawała to znów się kładła, potem stała bo już nie mogła usiedzieć, wbiła mi palce w uda i z tego uda leciała mi krew, krzew krzepła i krzepły nam oddechy.

Frajerzy z kwiatami
"obciągnie mi chuja"

piątek

Stara ma osiemdziesiąt trzy lata

Stara często myli pokoje, weszła kiedyś w nocnej koszuli i położyła się koło mnie. Złapałem ją pod brzuchem, tam gdzie ma teraz piersi i zasnęliśmy. Rano powiedziała, że śnił jej się Stefan, świętej pamięci mąż, odparłem, że pomodlić się trzeba trzy zdrowaśki. Przyzwyczaiłem się dzięki niej do głośnej lodówki w kącie pokoju, kazała mi udawać, że to morze tak szumi na naszych wspólnych wakacjach. Stara podkrada się czasem pod łazienkę i zagląda przez dziurkę jak sikam, bywa, że nie zdąża odejść spod drzwi, ciągle chodzi teraz z podbitym od klamki okiem. Zdarza się, że wody nie ma przez kilka dni, ustawiamy wtedy wszystkie szklanki na balkonie i czekamy, aż sąsiedzi z góry wyleją swoje pomyje. Do starej często przychodzą znajome i rozmawiają o wojnie, słucham ich wtedy uważnie, żałując, że nie dano Niemcom trochę więcej czasu. Stara przynosi mi czasem placki ziemniaczane, dziękuję jej serdecznie i podtruwam nimi potem psy sąsiadów. Podziwiam jej płuca, kradnę jej czasem papierosy wmawiając, że z pamięcią to ma coraz gorzej, a potem palimy pod blokiem jednego na trzech, krztusząc się i mówiąc, że tego kurestwa już nigdy więcej do ust.

A jeśli już do ust, to stara smakuje trochę jak podgnite owoce, hamuje odruch wymiotny konsekwencjami.

Często rozmawiam z nią w kuchni, siedząc w prowokacyjnym rozkroku twierdzi, że robię się coraz bardziej nieobecny, opowiada o ścianie między nami, której kiedyś nie czuła, mówi o odnoszonym ciągle wrażeniu, jakby tak naprawdę mnie tam nie było. Uśmiecham się i mówię o moich dwóch sposobach patrzenia, tłumaczę, że to nie jej wina i proszę, żeby się przyzwyczaiła, bo inaczej już się nie da, a ja wciąż tak mocno jej potrzebuję. Przytula mnie wtedy do mokrego od potu fartuszka, a ja mówię, że coraz bardziej godzę się z umieraniem, opowiadam wtulony w jej obwisłe piersi, że życie wydaje mi się już jakby nienaturalne i niepotrzebne, że ciągle i coraz bardziej próbuję niszczyć wszystko związane ze mną, bo zwyczajny, dobry dzień jest nie do wytrzymania. Klepie mnie wtedy po plecach, schodząc ręką coraz niżej, a smród jej starego ciała upewnia mnie w każdej mojej myśli o wczesnej śmierci. Mówię, że jestem już niemal przygotowany.

sobota

Absens carens

Śniło mi się dziecko rozjeżdżane tysiącem samochodów, tak, że na ulicy zostało tylko ubranie. Potem wsiadłem do autobusu i kierowca z ogórkiem w ręku sprzedał mi bilet, ale to było naprawdę i śmiałem się na tylnym siedzeniu.

Próbujemy być jak ci starzy literaci, chcemy usiąść w kafejce pisząc i popijając kawę, ale siadamy w rogu KFC i zerkamy kątem oka na obsługę, czy przypadkiem nie idą nas wyrzucić, bo nie stać nas nawet na b-smarta. Otwieram czasem usta chcąc pomówić z przechodzącą osobą, ale ona wie tylko ile kosztują grillowane udka.

Było to w czasie, gdy się przeprowadziliśmy. Mieszkanie było zaskakująco ruchliwe, układ pomieszczeń zmieniał się w zależności od pory dnia, za każdym razem od nowa szukaliśmy naszego pokoju. Zaspani i znużeni kładliśmy się czasem na łazienkowym chodniku. Zmieniały się zamki i klucz nie pasował, drzwi ryglowały się od środka srebrnym łańcuszkiem, zupełnie jakbyśmy nie byli w tym czasie potrzebni. Nocowaliśmy wtedy pod drzwiami, rano próbując znowu. Zastanawialiśmy się wtedy, co się tam dzieje pod naszą nieobecność.

Zmieniali się też ludzie, kilka razy dziennie widziałem płaczące w różnych częściach domu kobiety. Pukają do naszych drzwi i opowiadają nam o czasach wojny. Siedzimy udając, że słuchamy uważnie, ale pod stołem przebieramy z nudów palcami, bawimy się w Niemców, pociągamy za spusty tych samych karabinów. Opowiadają nam o swoich zmarnowanych życiach i niespełnionych ambicjach, współczujemy im nieszczerze, ciesząc się, że urodziliśmy się w tak nudnych czasach.

Widziałem raz przebierającą się w kuchni dziewczynę, odwróciłem głowę naśladując dobre wychowanie, podziękowała i wyszła zostawiając za sobą otwarte drzwi.

W paleniu najbardziej kręci mnie smak czekolady, ludzie nudzą mnie jak zwykle.

Poczułem jakbym się szybko jednał i się bardzo jednałem.

Miałem wrażenie, jakbyśmy próbowali złapać nieuchwytne, skakaliśmy po pokoju i drapaliśmy ściany, żeby znaleźć rozwiązanie, ale pod spodem była tylko stara tapeta. Czasem byliśmy bardzo blisko, podjęliśmy decyzję wielokrotnie, szybko jednak pojawiało się jakieś "ale". Rzucaliśmy monetą ale w sumie to stawała na brzegu, orzeł czy reszka, kogo to kurwa obchodzi skoro i tak nie wiadomo co zrobić.

Mieszkanie było zimne, było zimne jak psiarnia, zresztą nocą po korytarzu biega banda ulicznych kundli. Wkładam czasem nogi do mikrofalówki i ustawiam ROZMRAŻANIE.

Jak tamte Żydówki, smaruje policzki krwią żeby zdrowiej wyglądać.

Chodziłem po mieście ale grali tylko Yann Tiersena, we Wrocławiu grają tylko Yann Tiersena. Chodziłem po mieście śmiejąc się z siebie - daję się jak dziecko, wierzę czasem jak kiedyś rodzicom, gdy tłumaczyli mi, co stało się z kociętami.

Pamiętam origami nadające się tylko do spalenia. Pamiętam jak byliśmy pijani i nagrywaliśmy filmy, pamiętam jak piwo wylało się na Proces Kafki a my na to: "i tak za bardzo kombinował!" Pamiętam barmańską i zgubione papierosy. Pamiętam nocne spacery i związane z tym krzyki, na szczęście wszystkie psy polowały wtedy na jeże. Pamiętam ciepłe stopy w łazience i plucie do zlewu, pamiętam niestosowność łóżka rodziców i głosy za oknem, pamiętam filmy oglądane w nocy, ty nie, bo zezgonowałaś. Pamiętam jak chcieliśmy wejść na dach i myśleć o życiu, ale nie mogłaś się podciągnąć. Pamiętam maliny po których śmierć była by naszym najromantyczniejszym. Pamiętam Amerykę, jak staliśmy na Manhattanie, pamiętam rysunki z piknikiem, gdzie nasze głowy były zszyte jak w tych japońskich filmach gore. Pamiętam jak zmieniłem mieszkanie, jak mówiliśmy "teraz jest tak blisko!", ale dystans się zwiększył, bo nie było już wymówek. Pamiętam parówki, te w cieście francuskim, to całkiem świeże wspomnienie, pamiętam szczerbot widelców w walce o ostatni kawałek. Wygrałem, ale teraz myślę, że nie powinienem. Pamiętam jak próbowałem myśleć o tym raz w tygodniu, ale w sumie to raz w tygodniu nie myślałem. Pamiętam jak mówiłaś "No ale wpadam!" i nie wpadłaś.

czwartek

Może będzie fajnie!

To bardzo przyjemne uczucie, napisać coś, co może zostać przeczytane. Jestem Michał i przenoszę przez drogę ślimaki, ale tylko te z muszlami, służy to udowadnianiu niesprawiedliwości.

Gdybym miał podsumować ostatnie czasy, byłoby to zdanie "nic mi nie pasuje" albo "zawsze jest jakiś problem".

Ale ja chyba zawsze tak podsumowywałem?

Podsumowania są nudne!

Wszystko jest prostsze niż kiedyś, bo czynników składających się na życie jest znacznie mniej.

Ktoś napisał pod poprzednimi słowami: "Dlaczego ten blog umarł?", zacząłem się śmiać, bo przed oczami miałem mnie krzyczącego "BO JA UMARŁEM!!!", a za oknem wiał wiatr i zrobiło się pochmurnie, NIE CIERPIĘ CIĘ, TROSKO.

Statystycznie było tutaj siedemnaście tysięcy wejść, więc odejmując moje piętnaście daje jakieś dwa tysiące (mogę się mylić, ledwo zdałem na maturze matematykę, żart też raczej przeciętny).

Przyjemne są też 223 komentarze, z których podobały mi się może trzy, ale liczy się zainteresowanie.

Napisałem 294 wpisy z czego też podobają mi się może trzy, ale liczą się chęci.

Teraz sam zastanawiam się, czy to już koniec, skoro podsumowuję.

***

Piszę do ciebie pogrążony w żalu.

Jestem bardzo niesłowny, wróciłem, a nie skończyłem.

Jestem jednak niesłowny tylko do połowy - wróciłem, żeby napisać parę słów i już nie wrócić.

Sam sobie nie wierzę, przecież jestem niesłowny!

(Stare zegary: "Jeden, bo jako jedyny mnie rozumiesz")
  
Prawdę mówiąc, trochę mi wstyd.

Jestem też bardzo leniwy.

To już nie to, co kiedyś, chyba za bardzo przyzwyczaiłem się do pisania dla siebie, trochę jakbym zapomniał, jak się mówi po długich wakacjach, chcę mówić mądrze, a robię tylko takie BLA BLA BLA.

Z drugiej strony, to chyba zawsze było takie BLA BLA BLA?

Do pokoju wleciał mi bąk i zdechł na nocnym stoliku, robiłem mu potem zdjęcia podpisując je markerem DANCE MACABRE, ale żadna galeria nie chciała ich pokazywać.

Pamiętam, że kiedyś było normalnie, a może nie było, a może nie pamiętam?

Pamiętam, gdy ojciec zgubił siedemset złotych i sprzedawałem złote monety.

Pamiętam, jak często miałem stare sny.

Pamiętam, jak we dwoje udawaliśmy socjopatów, ale wygrałaś.

Pamiętam, ale to już słabiej, że kiedyś mi na czymś w życiu zależało.

Pamiętam, jak wyłączyłem telefon traktując to jako dobre wytłumaczenie.

Pamiętam, jak próbowałem napisać wiersz, ale poezji już nie ma.

Pamiętam, jak pierwszy raz w życiu biegłem przez godzinę i nie umiałem się z tego cieszyć.

Pamiętam, jak babcia umarła.

Upał. Stoimy bez ruchu, mając nadzieję, że nas nie dopadnie. Uspokajamy serca i myśli, chowając je w cień własnej świadomości. Upał wysusza nasze gardła, nie odzywamy się ze strachu przed popękanymi ustami. Trzymamy ręce na stole, bo jesteśmy zbyt spoceni, żeby trzymać się za dłonie. Upał. Chciałbym powiedzieć, że to gorączka zmian, ale dobrze wiem, że nic nigdy się nie zmieni. Moja babcia umarła, ale ja tak samo usmażyłem sobie parówki, a matka tak samo zmywała naczynia.
Chciałbym móc zmienić nasze gesty, chciałbym każdym ruchem pokazać, że od teraz wszystko będzie inaczej. Ale najbardziej przytłacza nas ta gorąca letnia normalność, nasze rozgrzane ruchy różnią się od codzienności tylko łzami, ściekającymi po policzkach, które mylnie bierzemy za pot. Świat się nie zmienił, świat nie umarł razem z nią, my się nie zmieniliśmy, a na ulicy nikt nie przystanął, czując tą dziwną, parząca wibrację, którą mylnie wzięli za falę gorąca.
Pieką nas w twarz te same myśli, które przychodzą przy cieple śmierci. Żałujemy, że czasu było tak mało, a słowa wydawały się zbyt ckliwe, żeby mówić je głośno. Ciężko przełykamy dumę i bijemy się w mokrą pierś, mówiąc, że gdybyśmy cofnęli czas, było by inaczej. Słońce oślepia nas ironicznie - nic by się nie zmieniło.
Od dawna nikt z nas nie czuł się tak bezsilny i bezwartościowy, milczymy wspólnie z nadzieją, że smutek podzielmy przez dwa, jak w prostym przykładzie matematycznym. Ale nikt nas wcześniej nie nauczył, że nie ma w tym żadnej matematyki, że reguły są jasne, ale nikt nie wymyślił na to prostego twierdzenia. Upał. Koszulki kleją nam się do pleców, pocimy się obficie, ale ja mam wrażenie, że to całe nasza ciała płaczą.

***

Gdy babcia umarła a naszym zmartwieniem stało się walczenie o spadki i polisy, zaczęliśmy z ojcem myśleć o przyszłości, przeglądając ofertę ubezpieczeń, bo jak powiedział, „człowiek nigdy nie wie, jakie licho za rogiem nie śpi”.

Przekrzykujemy się tabelkami, wykresami i ofertami, licytujemy się na kwoty, procenty i składki. Śmierć przestaje być stanem, staje się wartością.

- O, patrz, tutaj masz pięć tysięcy za śmierć dziecka.
- Nieźle, ale masz dużo mniej, gdy zginę w wypadku komunikacyjnym.
- Cholera.

Licytacja trwa, przerzucamy strony, wertujemy liczby i planujemy zgony, myśląc nawet o jakimś małym wypadeczku w dalekiej przyszłości. Pojawia się w naszych głowach myśl, że śmierć, nie jest taka straszna, jest wręcz dochodowa, ale nikt nie mówi tego głośno, bo nie jesteśmy rodziną materialistów, a może dlatego, że ogólnie jesteśmy rodziną. Wertowanie tych tabel sprawia nam przyjemność, przyjmuje formę obdarcia śmierci z jej potęgi i tajemniczości - nieprzewidywane i nieuchronne staje się przewidywanym i pożądanym.

Kilka minut obliczeń, liczby nerwowo zapisane spoconym ściśnięciem długopisu. Kwoty stają się bardziej imponujące i przerażające niż sama śmierć, oczy błyszczą nam, gdy z naszych ust pada słowo „milion”. Liczymy jeszcze kilka razy, dla pewności. Liczby nie kłamią - znaleźliśmy ofertę idealną. Ojciec nerwowo wykonuje telefon.
- Chciałbym zamówić polisę.

Dzisiaj, dwa tygodnie po odejściu babci, ojciec i ja wygraliśmy ze śmiercią.

Ludzie często pytają się mnie o drogę, a ja nie potrafię nawet wytłumaczyć, gdzie jestem.

("Dwa, bo są na świecie dwie takie osoby - ja i ty")

Dużo mi było w głowie ostatnio pieprzyków.

Ojciec powiesił sobie przy lusterku pamiątkowy brelok z wojska, pokazał mi go mówiąc "To były czasy!", trochę na pamiątkę najlepszych lat, żeby pokazać, co się naprawdę liczyło.

Kupiłem sobie ciasne spodnie i matka powiedziała, że wyglądam jak pedał.

Dużo było ostatnio w moim życiu dziąseł, moje też czasem jeszcze cierpną, dziękuję.

Wróciłem do domu i kąpałem się długo, ale już nie wkładałem głowy w wodę, myłem się bezwiednie.

Słyszę czasem za ścianą, jak siostra pieprzy się z chłopakiem, mówię sobie wtedy jednak, że wytrzymam te DZIESIĘĆ MINUT.

Matce śniło się, że oszalałem, więc wzięła mnie do psychiatry i znaleźli:

Zaburzenia afektywne dwubiegunowe.

Jej twarz wydawała się być obklejona wycinkami z gazet, a każdy jeden przedstawiał inną jej część. Jak ze starą, odstającą naklejką, chciałem zdrapać jej te papierowe rysy. Patrzyłem na nią długo, była trochę jak papier-mache o zbyt rzadkiej konsystencji, zresztą, gdy wysiadła, jeden z kawałków odkleił się i uleciał na wietrze.

Po ciężkich nocach nadchodzą ciężkie poranki.

Byłem pijany, więc mówiłem, byli pijani, więc słuchali.

Mówiłem, bo byłem pijany, mówiłem dużo i szybko.

Zauważyłem w ich oczach pewną powagę, jakby stanęli przed czymś, czego nie rozumieją, irytowali się z niecierpliwości, gdy tylko robiłem przerwę na zaczerpnięcie oddechu.

Mówiłem, bo byłem piany, a oni słuchali, ale jakby z ledwością, nieprzyzwyczajeni do takiej uwagi.

Im więcej przystanków do domu, tym lepiej się czuję.

Drinki zawsze robię  trzema kostkami lodu w proporcjach 1:3.

Zabijam czas powolnym zabijaniem siebie.

Udawałem dziś dzieciństwo, zadawałem mnóstwo pytań, ubrałem czapkę z daszkiem i buty ze świecącymi podeszwami. Chodziłem po drzewach, ale nie tak jak kiedyś, bo gałęzie się uginały, a potem piłką wybiłem okno u sąsiada, ale on tylko spytał się mnie, czy „pan widział tych gnojów, co to zrobili”. Łapałem muchy w pudełka od zapałek i podtapiałem je w zlewie, naszły mnie jednak wyrzuty sumienia - kto dał mi prawo do takiej zabawy? Wołałem starych kolegów, ale byli zajęci całowaniem się z dziewczynami, krzyczałem za nimi głośno „OHYDA!!!”, ale było w tym sporo zazdrości. Ukradłem tacie papierosa, żeby zapalić w ukryciu, ale nakrył mnie szybko, a potem poczęstował ogniem.
Nadszedł wieczór i moje buty wciąż świeciły przy stawianych krokach, a ja pomyślałem, że to może czas dorosnąć.

Przechodziłem obok pokoju, słysząc, jak matka płacze, zajrzałem tylko i poszedłem zrobić sobie kanapkę.

Robiliśmy kiedyś zdjęcia naszych ulubionych ścian, tych, w które najlepiej się patrzy, ale teraz nie ma z kim się wymieniać.

Pamiętam, choć nikt nie wierzy, że było kiedyś parę zdjęć, na których się uśmiechałem.

Muszę jechać do fryzjera, spinam już włosy spinką, gdy chodzę po domu.

Cześć pieśni, było miło, ale nie jest, pobite gary i krzyżówka wykreślanka, wycinam cię funkcją WYTNIJ, miało być tak pięknie a jest tylko dziura w telefonie, szansa poszła w las jak te zwierzątka od futerek, pobite gary i zakwasy na butach.

Wybiegłem szybko z wanny, spłukując się niedbale i wciąż słyszę strzelające mi w uchu bąbelki.

("Trzy, bo tyle lat się już znamy")

Mój przyjaciel w podstawówce mieszkał w starym pałacu prawie na końcu świata, ale zawsze mnie to trochę dziwiło, bo był to pałac ludzi biednych.

Wejście w dorosłość jakieś takie trudne, mieszkanie jakieś takie puste i sam czytam poranną gazetę.

Piję dużo zielonej herbaty, bo podobno źle działa na pamięć.

Na co Ty powiesz, że nie Michał, że to tak nie działa, że coś sobie napiszesz i już, na co ja powiem, a zamknij się, właśnie, że tak to działa.
Na co Ty powiesz, że no widzisz kurwa, jaki Ty jesteś, znowu to robisz, znowu bagatelizujesz, robisz ze mnie dzieciaka debila kretynkę idiotkę jakąś, a z siebie niewiadomokogo, kiedy Ty nawet wiadomokim nie jesteś, no ale widzisz za to, jaki jesteś, nie słuchasz bagatelizujesz i jaki Ty jesteś.
Na co ja się uśmiechnę, co Cię też podkurwi znacznie, ale ja tylko podejdę i Cię przytulę, co Cię wkurwi jeszcze bardziej, bo co to kurwa ma być, że mam się wykpić jakimś przytulanie, co będzie w mojej głowie trochę niezręczne, bo pomyślę sobie o Twojej trzyletniej waginie, ale jakoś to w sobie zduszę. I może zadziała, na jakiś ułamek setnej sekundy, na chwilę tak krótką, że drgnie Ci powieka i może nawet mocniej zaciśniesz na mnie ręce, ale nagle - HOLA, KURWA.
Ty powiesz, A SPIERDALAJ  Z TAKIM CZYMŚ, JA CHCĘ CZYNÓW, NIE SŁÓW I PRZYTULAKÓW, takie coś, to mi nawet mama może dać, do misia mogę się przytulić, na poduszce ręce zacisnąć.
Na co ja powiem, no dobra, będą czyny, ale musisz dać mi szansę, albo sobie szansę, no ogólnie wiesz, szansę, no nie, a nie wywalać mnie z domu, co nie.
Na co Ty powiesz, a chuja, nie ma szansy, szansa była ale się zmyła, szansę miałeś ale już jej nie masz, były ze trzy teraz przepadły, każdą jedną przejebałeś boś buc, i jeszcze do tego debil. Szans miałeś wręcz za dużo, o dwa lub trzy razy za dobra dla Ciebie byłam, Ty chuju.
Na co ja tylko popatrzę jak smutny mops i ziemię butem posmyram i palce sobie ze wstydu powykręcam, wzrok w podłogę wpuszczę, na co Ty powiesz, no i po co jak ten smutny mops w tę ziemię patrzysz, no i po co tę ziemię butem smyrasz, no i po co te palce ze wstydu wykręcasz, no i po co ten wzrok w podłogę wpuszczasz, kiedy to już koniec, przepadło, decyzja jest nieodwołalna, poszło w eter, pierwsze słowo do dziennika, słowo się rzekło, nic nie zrobię, choćbym chciała, a nie chcę, ale nawet, jakbym chciała, to już kurwa nie mogę, no nie da się i już, Maryję proś, Józefa świętego Kleofasa, boga i powstańców.
Ale w całym tym Twoim skurwysyństwie, Michał, kiedy Twoje chujowe cechy przewyższają te dobre jakoś trzykrotnie, czterokrotnie, pięciokrotnie, albo i kurwa tak przewyższają, że może Ty tych dobrych cech wcale już nie masz, to muszę Ci przyznać, Michał, że to leżenie sobie z Tobą i takie nic nie robienie było całkiem w porządku, mimo tego całego Twego chujstwa, i tego, jaki jesteś chujowy. Ale to już nic nie znaczy, bo leżeć, to ja tak sobie mogę z kim chcę, o tak, kiwnę palcem – i leżę. Więc tym leżeniem swoim to nic nie ugrałeś, zbędne to leżenie Ci było. Nie, nie, Michał, no nie ma przebacz, klamka zapadła, ostatni gasi światło, pobite gary, spalony i resztki dla psa. Może i bym chciała, ale nie mogę, a może i bym mogła, ale nie chcę.

To w tym wszystkim boli najbardziej, nie ty, ale my, to, że IDEA UPADŁA, że czas LECZY RANY, że DO WESELA SIĘ ZAGOI, że nikogo już nie obchodzi, że nas już nie ma, ktoś wrzucił nam w kapelusz ostatnią złotówkę i krzyknął, że pora spierdalać, bo to już się znudziło, to już nie rusza, i tylko mokniemy na tym deszczu.

Wiersze o zimie, o śniegu białym jak kartki!

("Cztery, bo cztery dni i już tęsknię")

„Przecież jestem, spójrz jestem tu. Jeszcze przez chwilę”. Patrzyłem!

Najgorsze są poranki, gdy wracają idee wymyślone w nocy – wtedy tak odkrywcze, wzniosłe i błyszczące, prężyły się przed nami i pieściliśmy je lekko, a ich mruczenie sprawiało nam nieopisaną przyjemność. Patrzymy na nie potem i okazują się być parodią, wstydliwą, żałosną myślą, która wypełzła z naszych gardeł podstępem, myśl zbyt kaleka, żeby mogła zaistnieć w pełni dnia, gdy umysły są czyste, niezatrute zmęczeniem i alkoholem. Wstydzimy się tych nocnych poczwar, bękartów naszych wypchanych trocinami świadomości, więc unikamy rano swoich oczu, wodzimy po ścianach, obserwujemy nasze dłonie i obgryzamy paznokcie, chowając nosy w kawie. Panuje między nami zmowa milczenia, wypieramy się wczorajszych maszkar, zapędzamy je pod dywan i skaczemy po nich niby przypadkiem, chowamy je do szafy i skazujemy na wieczne zapomnienie.

Ktoś jednak podłapuje wczorajszą myśl, która przeżyła nasze deptanie, i ulega jej kiczowatemu urokowi. Śmiejemy się wszyscy z moich dziur w głowie, bawi nas wielce Michał na psychotropach, Michał, którego naprawdę nie ma, wszyscy obiecują mi, że jeśli trzeba, to mnie zabiją, i śmieję się, dziękuję im za tę wspaniałą znajomość i poświęcenie, wręczam im medale za odwagę, ale trzęsą mi się ręce, bo tak bardzo się tego boję.

Ktoś nagle zaczyna walić rękoma w stół i skandować „nie istniejesz, nie istniejesz, nie ma cię”. Śmiejemy się wszyscy, bo wtedy wydaje się to zabawne, znać kogoś, kogo nie ma. Skandowanie jednak nie ustaje, robi się coraz głośniejsze i bardziej nachalne, widzę w ich oczach szał, krążą wokół mnie, śpiewając nieznane mi plemienne pieśni, ciągną mnie za nogi i ręce, chcą się dzielić moją nicością, każdy chce dla siebie niemożliwą cząstkę niczego. Owinąłem się w kołdrę, w bezpieczną i ciepłą, i przeczekałem szał.

Pytałem ich potem, co się stało – nie pamiętali.

Wracałem do domu autobusem, usiadłem na siedzeniu, trzymając się oparcia. Czułem się zbyt miękki i lekki, ulatywałem przez otwarte okno. Uśmiechnąłem się –  okazuję się, że to wszystko było prawdą, że ich rytuały były prawdziwe – nieznośna lekkość niebytu, świat odkrył mnie i przywraca równowagę, zabiera mnie stąd, wabi swoją pieśnią. Byłem już w górze, połową ciała na zewnątrz, wyciekałem przez okno, parowałem przez wpółotwartą szybę. Poranna duchota uderzyła mnie w twarz, wycisnęła mi łzy z oczu i zabrała dech.  Gdy wydostałem się prawie cały, do autobusu dostał się kanar z purpurową ze złości twarzą, złapał mnie za nogę, wciągnąć do środka i  krzycząc – NI CHUJ, NI CHUJ, BEZ BILETU NIE LECISZ.

Krztusiłem się i płakałem – chcę lecieć, mam dość, chcę nie być, ale on tylko śmiał się i powtarzał bezmyślnie, plując wokół śliną – bez biletu nie lecisz, bez biletu nie lecisz.

Wysiadłem z autobusu z przywróconą mi dawną ciężkością, wahałem się pomiędzy bytem a niebytem. Poczułem nagle zapach dojrzałej, mielonej brzoskwini, gnietli ją w rękach ludzie pod przystankiem, chowając pestki po kieszeniach szerokich spodni. Zaczyna padać deszcz, ale jest to deszcz dziurawy, deszcz niedokładny, taki, który pada tylko raz w roku, cały pokryty jest niezacerowanymi rozdarciami, więc pada niedbale, od niechcenia, bez żadnych reguł. Moczy nas co tylko trzeci krok.

Czuję na sobie te krople, które przygniatają mnie twardo do ziemi, nasiąkam cały i nie mogę się wznieść, więc wygląda na to, że jeszcze trochę tu pobędę.

„Zaprosiłam ich na kawę, ale mam nadzieję, że nie przyjdą”.

„Nie pamiętam, czy gdzieś o tym czytałem, czy jeden z dostawców o tym mówił - nie pamiętam, jak to fachowo było, ale cząstki siarki są w jakiś tam sposób rozbijane, jednak nadal są (jeśli źle coś ująłem, to sorry, ale nie pamiętam, jak to było z tą siarką, w każdym bądź razie o coś takiego chodziło)”.

Włożyłem tosty do tostera, ale ich nie nastawiłem, więc gdy wróciłem parę minut później i zobaczyłem, ze są na wierzchu pomyślałem, że już wyskoczyły, więc wyciągnałem je, posmarowałem masłem i nałożyłem wędline. Jem teraz rozmokły, zimny chleb.

Bywa, że sobą zadziwiam sam siebie.

Stwierdziliśmy, że rzut monetą jest zbyt dziecinny, więc postawiliśmy na najlepszego charta.

- Co czytasz?
- Balzaca.
- Co?
- Balzaca.
- A masz papierosa?

Usłyszeliśmy głośny pisk i śmiechy. To znowu ktoś dla żartu spuścił powietrze z człowieka z balonem zamiast głowy.

W sklepie panowała żałoba, sprzedawali tylko mak.

Życie na wsi wymierało powoli i niezauważalnie, odchodziło w cień przy naszym pierwszym piwie, wycofywało się łagodnie, zupełnie już niepożądane, gdy odkryliśmy miasto.

Przestaliśmy biegać po łąkach i spacerować brzegiem rzeki, nie było już czasu na zbieranie truskawek i patrzenie w ziemię obracaną przez pług. Starzy próbowali namawiać nas i przekonywać, szeptali nam do ucha słodkie tajemnice zbiorów, ale nikt z nas nie słuchał, kierując oczy na wielkie, kolorowe szyldy.

Czasem jeszcze znajdowaliśmy w chlewach stare widły czy grabie, próbując przypomnieć sobie, do czego służyły. Jednak były to ledwie przebłyski z dzieciństwa, mdłe zachcianki, szybko zapominane w szumie i drganiach nowoczesności. Życie niepotrzebne, życie wiejskie odchodziło wraz z ostatnimi gospodarzami, pamiętającymi przesiedlenie i znającymi tajemnicę, przez nas nigdy nieodkrytą.

17.11.03, z lekcji języka polskiego:

Cześć Ferdek!

Co u ciebie słychać? Ostatnio Pani na lekcji pytała o ulubioną bajkę. Dlatego postanowiłem Ci o niej opowiedzieć. Ta bajka to „Kubuś Puchatek”. Opowiada o przygodach małego, grubego misia, który bardzo lubi miód i ma bardzo mały iloraz inteligencji, co czasami prowadzi do wielu zabawnych i dziwnych sytuacji. Ma wielu przyjaciół m.in. Prosiaczka, Kłapouchego, Tygryska, Kangurka i Królika. Mam nadzieję, że gdy w przyszłości obejrzysz tą bajkę i Ci się spodoba.

Michał

Alkohol – opary alkoholu latają nad naszymi głowami jak sępy, pikują czasem w dół skłaniając do pozdrowień.

Masz dziurę w ścianie i chowasz ją za meblami, niby nic nie widać, ALE ONA TAM JEST I TY O TYM WIESZ. I ta dziura cię męczy, zapraszasz do domu gości i chwalą twój pokój, ale ty wiesz, że ta dziura, rozumiesz?

Burdel w pokoju, burdel w mej głowie.

Wchodzę do pokoju pustego i zimnego, sam jestem pusty i zimny.

("Pięć, bo, no dobra pięć")

Dołeczki, dziąsła, sto tysięcy kolorowych pieprzyków.

Zlewamy pot do butelek i wylewamy za okno, znacząc nasz szlak. Oblizujemy usta krzywiąc się natychmiast. Łapiemy się za ręce, ale są to kontakty krótkie i chaotyczne, dłonie wyślizgują się nam jak świeże ryby.

Autobus przegrańców 4:54, mazałem po szybie szukając cię w kształtach, wierciłem się szukając przystanku na żądanie, zawsze były dość jasne. W kieszeni tliły się niedopałki, wysiadłem z nadzieją na coś lepszego, szedłem z papierosem w ręku, chciałem żeby znów śmierdziały mi ręce, zimno mi w prawe ucho, słyszałem, że to oznacza lepszą pogodę, wracałem do domu jak wtedy, gdy zmartwienia były bardziej romantyczne.

Powiedziałem sobie – zrobię sobie drinka, gdy w lodówce będzie lód.


Cóż, lód zdrapany ze ścian zamrażarki w niczym nie jest gorszy od tego w kostkach.

Wyglądam trochę, jakbym się zgubił i nie chciał znaleźć.

Opa! To tyle, cześć pieśni.


środa

Wojsko

W tym samym czasie, gdy zacząłem wariować, dostałem wezwanie na komisję wojskową. Kiedyś chciałem być żołnierzem, albo dzieckiem powstańca noszącym amunicję. Ale przeszło mi, gdy wszedłem do sali i zobaczyłem te mordy. Usiadłem przed pułkownikiem, który zapytał:
- Nazwisko?
- Skrętkowicz.
- Jak?
- Skrętkowicz.
- A, Skrętowicz.
- Nie, Skrętkowicz.
- Rozumiem.
Na mojej teczce, na mojej WOJSKOWEJ KARTOTECE napisał Skrętowicz.
- Skrętkowicz kurwa przez K, jak AK – tonąłem w braku opanowania, tonąłem w chęci natychmiastowego wyjścia.

Siadam i oglądamy wszyscy losowanie lotto, próbuję sobie wyobrazić, że to Wietnam i tak losują mój miesiąc i wyślą mnie na wojnę, ale jakoś mnie to nie rusza. I tak oglądamy to lotto, a on bierze nasze teczki i czyści nimi biurko z okruszków. Zastanawiam się, czy naprawdę jestem tyle wart, żeby zamiatać blat moją osobowością. A potem leci jakiś stary polski film o dzieciach, ale to chyba za dużo, więc podłączają diwidi i puszczają nam filmy.

Filmy są ciekawe, powiewa w nich dumnie biało-czerwona flaga, ładne panie i mężni panowie prężą się dumnie i z dumą mówią o swojej dumnej służbie i w ogóle czuć w tych filmach jakąś taką dumę. I ta muzyka jak z filmów o dużych bitwach elfów z orkami, łapię się czasem na tym, że się wciągam, bo te karabiny tak głośno strzelają i mocno dymią, a przecież każdy chłopak chcę być żołnierzem, a za mundurem panny sznurem i przyjedź mamo na przysięgę.

Na szczęście polskie wojsko jest niepoważne, i nie umiem się w to wczuć, gdy ktoś na filmie usuwa miny kosiarką Bożena-4.

Potem mam wrażenie, że chcą mi przytrzymać powieki i kazać to oglądać bez przerwy, ale możliwe, że to mi się pomyliło z jakimś filmem.

Wzywają mnie do innego pokoju, siadam i mówię,  że nazwisko matki takie i takie, języki ten i ten, a potem moje zainteresowanie. Więc mówię:
- Fotografia, pisanie.
- Co?
- No pisanie, fotografia.
- He?
- LITERATURA.
I pan obok mówi:
- Więc możemy podać sobie rękę.
I sięga do torby, i grzebie w tej torbie i czegoś szuka, i podaje mi cienką książeczkę z zachodem słońca na okładce podpisaną „poezje” i trochę mną trzepie, że to poeta od zachodów słońca. Kartkuję to szybko, uśmiecham się i mówię, że na pewno przeczytam. On mi mówi, że nie przeczytam, bo trzeba dodrukować. Więc mówię, że postaram się znaleźć. Ale on mówi, że nigdzie już nie ma. Więc już chcę powiedzieć „TO KURWA ŁASKI  BEZ, SAM SOBIE CZYTAJ”, ale przecież to poeta, wrażliwiec straszny, więc mówię, że i tak poszukam. I znowu chcę wyjść, staję w drzwiach, ale on coś mówi, i ja już pierdolę takiego poetę, co się tak narzuca, poeta jebany przeklęty, i już wychodzę, i przerywam mu w połowie jakiegoś wiesza i pytam, kogo mam zawołać, i już mnie nie ma i mam wrażenie, że rzuca we mnie z tym swoim tomikiem.

Zmieniam pokój, i mam się rozbierać, więc się rozbieram i tak stoję w moich ulubionych bokserkach i patrzą na mnie z każdej strony, ważą mnie i mierzą, jakby mi garnitur szyli, chociaż wiadomo, że kurwa mundur. I wojsko jest dla cwaniaków, więc uczę się szybko ostatniej kolumny liter na tablicy i błyszczę jak sokół, gdy sprawdzają mi wzrok.

I podchodzę do starego lekarza - masz świetne proporcje – trochę się krzywię się, gdy mi to mówi, bo śmierdziało mu z ust, a potem złapał mnie za gumkę od bokserek i patrzy tak chwilę na mojego penisa, przysiągłbym, że może nawet o sekundę za długo, ale co się będę kłócić, jak mam świetne proporcje.

Ale jest też we mnie pewna ułomność, co zaznaczone mam paragrafem i podpunktem i pogurbioną czcionką, mianowicie dwa pryszcze na plecach.

A potem czekam, i czekam jeszcze trochę, czytając jakąś książkę, i moja brygada, moja kompania, moi bracia w ramionach tak patrzą, że mam ochotę podnieść tę książkę do góry i powiedzieć „taaak, too jeeeest ksiąąąążkaaaaa”, ale byli dwa razy więksi ode mnie, więc mogę nimi gardzić tylko głęboko w sobie, ale przynajmniej szczerze.

A potem dostaję kategorię „A”, co wydaje mi się dość śmieszne, bo pierwsze co bym zrobił z karabinem, to strzelił sobie w głowę.