To bardzo przyjemne uczucie, napisać coś, co może zostać przeczytane. Jestem Michał i przenoszę przez drogę ślimaki, ale tylko te z muszlami, służy to udowadnianiu niesprawiedliwości.
Gdybym miał podsumować ostatnie czasy, byłoby to zdanie "nic mi nie pasuje" albo "zawsze jest jakiś problem".
Ale ja chyba zawsze tak podsumowywałem?
Podsumowania są nudne!
Wszystko jest prostsze niż kiedyś, bo czynników składających się na życie jest znacznie mniej.
Ktoś napisał pod poprzednimi słowami: "Dlaczego ten blog umarł?", zacząłem się śmiać, bo przed oczami miałem mnie krzyczącego "BO JA UMARŁEM!!!", a za oknem wiał wiatr i zrobiło się pochmurnie, NIE CIERPIĘ CIĘ, TROSKO.
Statystycznie było tutaj siedemnaście tysięcy wejść, więc odejmując moje piętnaście daje jakieś dwa tysiące (mogę się mylić, ledwo zdałem na maturze matematykę, żart też raczej przeciętny).
Przyjemne są też 223 komentarze, z których podobały mi się może trzy, ale liczy się zainteresowanie.
Napisałem 294 wpisy z czego też podobają mi się może trzy, ale liczą się chęci.
Teraz sam zastanawiam się, czy to już koniec, skoro podsumowuję.
***
Piszę do ciebie pogrążony w żalu.
Jestem bardzo niesłowny, wróciłem, a nie skończyłem.
Jestem jednak niesłowny tylko do połowy - wróciłem, żeby napisać parę słów i już nie wrócić.
Sam sobie nie wierzę, przecież jestem niesłowny!
(Stare zegary: "Jeden, bo jako jedyny mnie rozumiesz")
Prawdę mówiąc, trochę mi wstyd.
Jestem też bardzo leniwy.
To już nie to, co kiedyś, chyba za bardzo przyzwyczaiłem się do pisania dla siebie, trochę jakbym zapomniał, jak się mówi po długich wakacjach, chcę mówić mądrze, a robię tylko takie BLA BLA BLA.
Z drugiej strony, to chyba zawsze było takie BLA BLA BLA?
Do pokoju wleciał mi bąk i zdechł na nocnym stoliku, robiłem mu potem zdjęcia podpisując je markerem DANCE MACABRE, ale żadna galeria nie chciała ich pokazywać.
Pamiętam, że kiedyś było normalnie, a może nie było, a może nie pamiętam?
Pamiętam, gdy ojciec zgubił siedemset złotych i sprzedawałem złote monety.
Pamiętam, jak często miałem stare sny.
Pamiętam, jak we dwoje udawaliśmy socjopatów, ale wygrałaś.
Pamiętam, ale to już słabiej, że kiedyś mi na czymś w życiu zależało.
Pamiętam, jak wyłączyłem telefon traktując to jako dobre wytłumaczenie.
Pamiętam, jak próbowałem napisać wiersz, ale poezji już nie ma.
Pamiętam, jak pierwszy raz w życiu biegłem przez godzinę i nie umiałem się z tego cieszyć.
Pamiętam, jak babcia umarła.
Upał. Stoimy bez ruchu, mając nadzieję, że nas nie dopadnie. Uspokajamy serca i myśli, chowając je w cień własnej świadomości. Upał wysusza nasze gardła, nie odzywamy się ze strachu przed popękanymi ustami. Trzymamy ręce na stole, bo jesteśmy zbyt spoceni, żeby trzymać się za dłonie. Upał. Chciałbym powiedzieć, że to gorączka zmian, ale dobrze wiem, że nic nigdy się nie zmieni. Moja babcia umarła, ale ja tak samo usmażyłem sobie parówki, a matka tak samo zmywała naczynia.
Chciałbym móc zmienić nasze gesty, chciałbym każdym ruchem pokazać, że od teraz wszystko będzie inaczej. Ale najbardziej przytłacza nas ta gorąca letnia normalność, nasze rozgrzane ruchy różnią się od codzienności tylko łzami, ściekającymi po policzkach, które mylnie bierzemy za pot. Świat się nie zmienił, świat nie umarł razem z nią, my się nie zmieniliśmy, a na ulicy nikt nie przystanął, czując tą dziwną, parząca wibrację, którą mylnie wzięli za falę gorąca.
Pieką nas w twarz te same myśli, które przychodzą przy cieple śmierci. Żałujemy, że czasu było tak mało, a słowa wydawały się zbyt ckliwe, żeby mówić je głośno. Ciężko przełykamy dumę i bijemy się w mokrą pierś, mówiąc, że gdybyśmy cofnęli czas, było by inaczej. Słońce oślepia nas ironicznie - nic by się nie zmieniło.
Od dawna nikt z nas nie czuł się tak bezsilny i bezwartościowy, milczymy wspólnie z nadzieją, że smutek podzielmy przez dwa, jak w prostym przykładzie matematycznym. Ale nikt nas wcześniej nie nauczył, że nie ma w tym żadnej matematyki, że reguły są jasne, ale nikt nie wymyślił na to prostego twierdzenia. Upał. Koszulki kleją nam się do pleców, pocimy się obficie, ale ja mam wrażenie, że to całe nasza ciała płaczą.
***
Gdy babcia umarła a naszym zmartwieniem stało się walczenie o spadki i polisy, zaczęliśmy z ojcem myśleć o przyszłości, przeglądając ofertę ubezpieczeń, bo jak powiedział, „człowiek nigdy nie wie, jakie licho za rogiem nie śpi”.
Przekrzykujemy się tabelkami, wykresami i ofertami, licytujemy się na kwoty, procenty i składki. Śmierć przestaje być stanem, staje się wartością.
- O, patrz, tutaj masz pięć tysięcy za śmierć dziecka.
- Nieźle, ale masz dużo mniej, gdy zginę w wypadku komunikacyjnym.
- Cholera.
Licytacja trwa, przerzucamy strony, wertujemy liczby i planujemy zgony, myśląc nawet o jakimś małym wypadeczku w dalekiej przyszłości. Pojawia się w naszych głowach myśl, że śmierć, nie jest taka straszna, jest wręcz dochodowa, ale nikt nie mówi tego głośno, bo nie jesteśmy rodziną materialistów, a może dlatego, że ogólnie jesteśmy rodziną. Wertowanie tych tabel sprawia nam przyjemność, przyjmuje formę obdarcia śmierci z jej potęgi i tajemniczości - nieprzewidywane i nieuchronne staje się przewidywanym i pożądanym.
Kilka minut obliczeń, liczby nerwowo zapisane spoconym ściśnięciem długopisu. Kwoty stają się bardziej imponujące i przerażające niż sama śmierć, oczy błyszczą nam, gdy z naszych ust pada słowo „milion”. Liczymy jeszcze kilka razy, dla pewności. Liczby nie kłamią - znaleźliśmy ofertę idealną. Ojciec nerwowo wykonuje telefon.
- Chciałbym zamówić polisę.
Dzisiaj, dwa tygodnie po odejściu babci, ojciec i ja wygraliśmy ze śmiercią.
Ludzie często pytają się mnie o drogę, a ja nie potrafię nawet wytłumaczyć, gdzie jestem.
("Dwa, bo są na świecie dwie takie osoby - ja i ty")
Dużo mi było w głowie ostatnio pieprzyków.
Ojciec powiesił sobie przy lusterku pamiątkowy brelok z wojska, pokazał mi go mówiąc "To były czasy!", trochę na pamiątkę najlepszych lat, żeby pokazać, co się naprawdę liczyło.
Kupiłem sobie ciasne spodnie i matka powiedziała, że wyglądam jak pedał.
Dużo było ostatnio w moim życiu dziąseł, moje też czasem jeszcze cierpną, dziękuję.
Wróciłem do domu i kąpałem się długo, ale już nie wkładałem głowy w wodę, myłem się bezwiednie.
Słyszę czasem za ścianą, jak siostra pieprzy się z chłopakiem, mówię sobie wtedy jednak, że wytrzymam te DZIESIĘĆ MINUT.
Matce śniło się, że oszalałem, więc wzięła mnie do psychiatry i znaleźli:
Zaburzenia afektywne dwubiegunowe.
Jej twarz wydawała się być obklejona wycinkami z gazet, a każdy jeden przedstawiał inną jej część. Jak ze starą, odstającą naklejką, chciałem zdrapać jej te papierowe rysy. Patrzyłem na nią długo, była trochę jak papier-mache o zbyt rzadkiej konsystencji, zresztą, gdy wysiadła, jeden z kawałków odkleił się i uleciał na wietrze.
Po ciężkich nocach nadchodzą ciężkie poranki.
Byłem pijany, więc mówiłem, byli pijani, więc słuchali.
Mówiłem, bo byłem pijany, mówiłem dużo i szybko.
Zauważyłem w ich oczach pewną powagę, jakby stanęli przed czymś, czego nie rozumieją, irytowali się z niecierpliwości, gdy tylko robiłem przerwę na zaczerpnięcie oddechu.
Mówiłem, bo byłem piany, a oni słuchali, ale jakby z ledwością, nieprzyzwyczajeni do takiej uwagi.
Im więcej przystanków do domu, tym lepiej się czuję.
Drinki zawsze robię trzema kostkami lodu w proporcjach 1:3.
Zabijam czas powolnym zabijaniem siebie.
Udawałem dziś dzieciństwo, zadawałem mnóstwo pytań, ubrałem czapkę z daszkiem i buty ze świecącymi podeszwami. Chodziłem po drzewach, ale nie tak jak kiedyś, bo gałęzie się uginały, a potem piłką wybiłem okno u sąsiada, ale on tylko spytał się mnie, czy „pan widział tych gnojów, co to zrobili”. Łapałem muchy w pudełka od zapałek i podtapiałem je w zlewie, naszły mnie jednak wyrzuty sumienia - kto dał mi prawo do takiej zabawy? Wołałem starych kolegów, ale byli zajęci całowaniem się z dziewczynami, krzyczałem za nimi głośno „OHYDA!!!”, ale było w tym sporo zazdrości. Ukradłem tacie papierosa, żeby zapalić w ukryciu, ale nakrył mnie szybko, a potem poczęstował ogniem.
Nadszedł wieczór i moje buty wciąż świeciły przy stawianych krokach, a ja pomyślałem, że to może czas dorosnąć.
Przechodziłem obok pokoju, słysząc, jak matka płacze, zajrzałem tylko i poszedłem zrobić sobie kanapkę.
Robiliśmy kiedyś zdjęcia naszych ulubionych ścian, tych, w które najlepiej się patrzy, ale teraz nie ma z kim się wymieniać.
Pamiętam, choć nikt nie wierzy, że było kiedyś parę zdjęć, na których się uśmiechałem.
Muszę jechać do fryzjera, spinam już włosy spinką, gdy chodzę po domu.
Cześć pieśni, było miło, ale nie jest, pobite gary i krzyżówka wykreślanka, wycinam cię funkcją WYTNIJ, miało być tak pięknie a jest tylko dziura w telefonie, szansa poszła w las jak te zwierzątka od futerek, pobite gary i zakwasy na butach.
Wybiegłem szybko z wanny, spłukując się niedbale i wciąż słyszę strzelające mi w uchu bąbelki.
("Trzy, bo tyle lat się już znamy")
Mój przyjaciel w podstawówce mieszkał w starym pałacu prawie na końcu świata, ale zawsze mnie to trochę dziwiło, bo był to pałac ludzi biednych.
Wejście w dorosłość jakieś takie trudne, mieszkanie jakieś takie puste i sam czytam poranną gazetę.
Piję dużo zielonej herbaty, bo podobno źle działa na pamięć.
Na co Ty powiesz, że nie Michał, że to tak nie działa, że coś sobie napiszesz i już, na co ja powiem, a zamknij się, właśnie, że tak to działa.
Na co Ty powiesz, że no widzisz kurwa, jaki Ty jesteś, znowu to robisz, znowu bagatelizujesz, robisz ze mnie dzieciaka debila kretynkę idiotkę jakąś, a z siebie niewiadomokogo, kiedy Ty nawet wiadomokim nie jesteś, no ale widzisz za to, jaki jesteś, nie słuchasz bagatelizujesz i jaki Ty jesteś.
Na co ja się uśmiechnę, co Cię też podkurwi znacznie, ale ja tylko podejdę i Cię przytulę, co Cię wkurwi jeszcze bardziej, bo co to kurwa ma być, że mam się wykpić jakimś przytulanie, co będzie w mojej głowie trochę niezręczne, bo pomyślę sobie o Twojej trzyletniej waginie, ale jakoś to w sobie zduszę. I może zadziała, na jakiś ułamek setnej sekundy, na chwilę tak krótką, że drgnie Ci powieka i może nawet mocniej zaciśniesz na mnie ręce, ale nagle - HOLA, KURWA.
Ty powiesz, A SPIERDALAJ Z TAKIM CZYMŚ, JA CHCĘ CZYNÓW, NIE SŁÓW I PRZYTULAKÓW, takie coś, to mi nawet mama może dać, do misia mogę się przytulić, na poduszce ręce zacisnąć.
Na co ja powiem, no dobra, będą czyny, ale musisz dać mi szansę, albo sobie szansę, no ogólnie wiesz, szansę, no nie, a nie wywalać mnie z domu, co nie.
Na co Ty powiesz, a chuja, nie ma szansy, szansa była ale się zmyła, szansę miałeś ale już jej nie masz, były ze trzy teraz przepadły, każdą jedną przejebałeś boś buc, i jeszcze do tego debil. Szans miałeś wręcz za dużo, o dwa lub trzy razy za dobra dla Ciebie byłam, Ty chuju.
Na co ja tylko popatrzę jak smutny mops i ziemię butem posmyram i palce sobie ze wstydu powykręcam, wzrok w podłogę wpuszczę, na co Ty powiesz, no i po co jak ten smutny mops w tę ziemię patrzysz, no i po co tę ziemię butem smyrasz, no i po co te palce ze wstydu wykręcasz, no i po co ten wzrok w podłogę wpuszczasz, kiedy to już koniec, przepadło, decyzja jest nieodwołalna, poszło w eter, pierwsze słowo do dziennika, słowo się rzekło, nic nie zrobię, choćbym chciała, a nie chcę, ale nawet, jakbym chciała, to już kurwa nie mogę, no nie da się i już, Maryję proś, Józefa świętego Kleofasa, boga i powstańców.
Ale w całym tym Twoim skurwysyństwie, Michał, kiedy Twoje chujowe cechy przewyższają te dobre jakoś trzykrotnie, czterokrotnie, pięciokrotnie, albo i kurwa tak przewyższają, że może Ty tych dobrych cech wcale już nie masz, to muszę Ci przyznać, Michał, że to leżenie sobie z Tobą i takie nic nie robienie było całkiem w porządku, mimo tego całego Twego chujstwa, i tego, jaki jesteś chujowy. Ale to już nic nie znaczy, bo leżeć, to ja tak sobie mogę z kim chcę, o tak, kiwnę palcem – i leżę. Więc tym leżeniem swoim to nic nie ugrałeś, zbędne to leżenie Ci było. Nie, nie, Michał, no nie ma przebacz, klamka zapadła, ostatni gasi światło, pobite gary, spalony i resztki dla psa. Może i bym chciała, ale nie mogę, a może i bym mogła, ale nie chcę.
To w tym wszystkim boli najbardziej, nie ty, ale my, to, że IDEA UPADŁA, że czas LECZY RANY, że DO WESELA SIĘ ZAGOI, że nikogo już nie obchodzi, że nas już nie ma, ktoś wrzucił nam w kapelusz ostatnią złotówkę i krzyknął, że pora spierdalać, bo to już się znudziło, to już nie rusza, i tylko mokniemy na tym deszczu.
Wiersze o zimie, o śniegu białym jak kartki!
("Cztery, bo cztery dni i już tęsknię")
„Przecież jestem, spójrz jestem tu. Jeszcze przez chwilę”. Patrzyłem!
Najgorsze są poranki, gdy wracają idee wymyślone w nocy – wtedy tak odkrywcze, wzniosłe i błyszczące, prężyły się przed nami i pieściliśmy je lekko, a ich mruczenie sprawiało nam nieopisaną przyjemność. Patrzymy na nie potem i okazują się być parodią, wstydliwą, żałosną myślą, która wypełzła z naszych gardeł podstępem, myśl zbyt kaleka, żeby mogła zaistnieć w pełni dnia, gdy umysły są czyste, niezatrute zmęczeniem i alkoholem. Wstydzimy się tych nocnych poczwar, bękartów naszych wypchanych trocinami świadomości, więc unikamy rano swoich oczu, wodzimy po ścianach, obserwujemy nasze dłonie i obgryzamy paznokcie, chowając nosy w kawie. Panuje między nami zmowa milczenia, wypieramy się wczorajszych maszkar, zapędzamy je pod dywan i skaczemy po nich niby przypadkiem, chowamy je do szafy i skazujemy na wieczne zapomnienie.
Ktoś jednak podłapuje wczorajszą myśl, która przeżyła nasze deptanie, i ulega jej kiczowatemu urokowi. Śmiejemy się wszyscy z moich dziur w głowie, bawi nas wielce Michał na psychotropach, Michał, którego naprawdę nie ma, wszyscy obiecują mi, że jeśli trzeba, to mnie zabiją, i śmieję się, dziękuję im za tę wspaniałą znajomość i poświęcenie, wręczam im medale za odwagę, ale trzęsą mi się ręce, bo tak bardzo się tego boję.
Ktoś nagle zaczyna walić rękoma w stół i skandować „nie istniejesz, nie istniejesz, nie ma cię”. Śmiejemy się wszyscy, bo wtedy wydaje się to zabawne, znać kogoś, kogo nie ma. Skandowanie jednak nie ustaje, robi się coraz głośniejsze i bardziej nachalne, widzę w ich oczach szał, krążą wokół mnie, śpiewając nieznane mi plemienne pieśni, ciągną mnie za nogi i ręce, chcą się dzielić moją nicością, każdy chce dla siebie niemożliwą cząstkę niczego. Owinąłem się w kołdrę, w bezpieczną i ciepłą, i przeczekałem szał.
Pytałem ich potem, co się stało – nie pamiętali.
Wracałem do domu autobusem, usiadłem na siedzeniu, trzymając się oparcia. Czułem się zbyt miękki i lekki, ulatywałem przez otwarte okno. Uśmiechnąłem się – okazuję się, że to wszystko było prawdą, że ich rytuały były prawdziwe – nieznośna lekkość niebytu, świat odkrył mnie i przywraca równowagę, zabiera mnie stąd, wabi swoją pieśnią. Byłem już w górze, połową ciała na zewnątrz, wyciekałem przez okno, parowałem przez wpółotwartą szybę. Poranna duchota uderzyła mnie w twarz, wycisnęła mi łzy z oczu i zabrała dech. Gdy wydostałem się prawie cały, do autobusu dostał się kanar z purpurową ze złości twarzą, złapał mnie za nogę, wciągnąć do środka i krzycząc – NI CHUJ, NI CHUJ, BEZ BILETU NIE LECISZ.
Krztusiłem się i płakałem – chcę lecieć, mam dość, chcę nie być, ale on tylko śmiał się i powtarzał bezmyślnie, plując wokół śliną – bez biletu nie lecisz, bez biletu nie lecisz.
Wysiadłem z autobusu z przywróconą mi dawną ciężkością, wahałem się pomiędzy bytem a niebytem. Poczułem nagle zapach dojrzałej, mielonej brzoskwini, gnietli ją w rękach ludzie pod przystankiem, chowając pestki po kieszeniach szerokich spodni. Zaczyna padać deszcz, ale jest to deszcz dziurawy, deszcz niedokładny, taki, który pada tylko raz w roku, cały pokryty jest niezacerowanymi rozdarciami, więc pada niedbale, od niechcenia, bez żadnych reguł. Moczy nas co tylko trzeci krok.
Czuję na sobie te krople, które przygniatają mnie twardo do ziemi, nasiąkam cały i nie mogę się wznieść, więc wygląda na to, że jeszcze trochę tu pobędę.
„Zaprosiłam ich na kawę, ale mam nadzieję, że nie przyjdą”.
„Nie pamiętam, czy gdzieś o tym czytałem, czy jeden z dostawców o tym mówił - nie pamiętam, jak to fachowo było, ale cząstki siarki są w jakiś tam sposób rozbijane, jednak nadal są (jeśli źle coś ująłem, to sorry, ale nie pamiętam, jak to było z tą siarką, w każdym bądź razie o coś takiego chodziło)”.
Włożyłem tosty do tostera, ale ich nie nastawiłem, więc gdy wróciłem parę minut później i zobaczyłem, ze są na wierzchu pomyślałem, że już wyskoczyły, więc wyciągnałem je, posmarowałem masłem i nałożyłem wędline. Jem teraz rozmokły, zimny chleb.
Bywa, że sobą zadziwiam sam siebie.
Stwierdziliśmy, że rzut monetą jest zbyt dziecinny, więc postawiliśmy na najlepszego charta.
- Co czytasz?
- Balzaca.
- Co?
- Balzaca.
- A masz papierosa?
Usłyszeliśmy głośny pisk i śmiechy. To znowu ktoś dla żartu spuścił powietrze z człowieka z balonem zamiast głowy.
W sklepie panowała żałoba, sprzedawali tylko mak.
Życie na wsi wymierało powoli i niezauważalnie, odchodziło w cień przy naszym pierwszym piwie, wycofywało się łagodnie, zupełnie już niepożądane, gdy odkryliśmy miasto.
Przestaliśmy biegać po łąkach i spacerować brzegiem rzeki, nie było już czasu na zbieranie truskawek i patrzenie w ziemię obracaną przez pług. Starzy próbowali namawiać nas i przekonywać, szeptali nam do ucha słodkie tajemnice zbiorów, ale nikt z nas nie słuchał, kierując oczy na wielkie, kolorowe szyldy.
Czasem jeszcze znajdowaliśmy w chlewach stare widły czy grabie, próbując przypomnieć sobie, do czego służyły. Jednak były to ledwie przebłyski z dzieciństwa, mdłe zachcianki, szybko zapominane w szumie i drganiach nowoczesności. Życie niepotrzebne, życie wiejskie odchodziło wraz z ostatnimi gospodarzami, pamiętającymi przesiedlenie i znającymi tajemnicę, przez nas nigdy nieodkrytą.
17.11.03, z lekcji języka polskiego:
Cześć Ferdek!
Co u ciebie słychać? Ostatnio Pani na lekcji pytała o ulubioną bajkę. Dlatego postanowiłem Ci o niej opowiedzieć. Ta bajka to „Kubuś Puchatek”. Opowiada o przygodach małego, grubego misia, który bardzo lubi miód i ma bardzo mały iloraz inteligencji, co czasami prowadzi do wielu zabawnych i dziwnych sytuacji. Ma wielu przyjaciół m.in. Prosiaczka, Kłapouchego, Tygryska, Kangurka i Królika. Mam nadzieję, że gdy w przyszłości obejrzysz tą bajkę i Ci się spodoba.
Michał
Alkohol – opary alkoholu latają nad naszymi głowami jak sępy, pikują czasem w dół skłaniając do pozdrowień.
Masz dziurę w ścianie i chowasz ją za meblami, niby nic nie widać, ALE ONA TAM JEST I TY O TYM WIESZ. I ta dziura cię męczy, zapraszasz do domu gości i chwalą twój pokój, ale ty wiesz, że ta dziura, rozumiesz?
Burdel w pokoju, burdel w mej głowie.
Wchodzę do pokoju pustego i zimnego, sam jestem pusty i zimny.
("Pięć, bo, no dobra pięć")
Dołeczki, dziąsła, sto tysięcy kolorowych pieprzyków.
Zlewamy pot do butelek i wylewamy za okno, znacząc nasz szlak. Oblizujemy usta krzywiąc się natychmiast. Łapiemy się za ręce, ale są to kontakty krótkie i chaotyczne, dłonie wyślizgują się nam jak świeże ryby.
Autobus przegrańców 4:54, mazałem po szybie szukając cię w kształtach, wierciłem się szukając przystanku na żądanie, zawsze były dość jasne. W kieszeni tliły się niedopałki, wysiadłem z nadzieją na coś lepszego, szedłem z papierosem w ręku, chciałem żeby znów śmierdziały mi ręce, zimno mi w prawe ucho, słyszałem, że to oznacza lepszą pogodę, wracałem do domu jak wtedy, gdy zmartwienia były bardziej romantyczne.
Powiedziałem sobie – zrobię sobie drinka, gdy w lodówce będzie lód.
…
Cóż, lód zdrapany ze ścian zamrażarki w niczym nie jest gorszy od tego w kostkach.
Wyglądam trochę, jakbym się zgubił i nie chciał znaleźć.
Opa! To tyle, cześć pieśni.