niedziela

Z motyką na słońce

Ustaliliśmy z właścicielem hotelu, że będzie o połowę taniej, ale musimy po sobie sprzątać.

Zawsze nosisz w staniku batonik, a mówili mi, że sny są niejasne.

Czasem źle coś wymówię, ale mogło być gorzej, przynajmniej nie jestem tabasaraninem. 

czwartek

Skrętkowicz

Siedziałem w tramwaju, i zastanawiałem się, dlaczego myślenie o niczym ma związek z niebieskimi migdałami. Dręczyła mnie też wizja tak zwanej przyszłości, jak nigdy teraz niepewnej, samotności, która ostatnio tak śmiesznie kuła mnie w policzek. Pod siedzeniem zobaczyłem papierosa.

Byłem kilka centymetrów od jego krocza, gdy schyliłem się, żeby go podnieść. Tramwaj zahamował, a ja upadłem na kolana w wymuszonym podziękowaniu. Filtr był w połowie szary, brudny, owinięty włosiem. Wstałem, włożyłem go między zęby i strzepałem pył z kolan. W zębach zazgrzytał mi piach.
- Ma pan ognia?
Spojrzał na mnie z jakąś dziwną troską, śmierdząca potem z jąder matka Teresa, wyschłe, smutne usteczka i brudne ręce złożone do modlitwy, do gestu pobłogosławienia tego, który zbłądził. Sięgnął do kieszeni kurtki - tej, która tak wkurwiająco szeleści i podał mi zapalniczkę. Trójwymiarową gołą kobietę. Kamień zatrzeszczał.
- Nie skrzy się. Nieskrzysię. Nieskrzęsię. – Rzuciłem mu ją w ręce.

Wysiadłem  z tramwaju, zaglądając szybko, czy znajdę pod siedzeniami coś jeszcze.

- Zapałki? – Garść srebrnego śmiecia zadzwoniła w kioskowym okienku, rozpalając lekko tą panią. Dźwięk przerywanej nudy, dźwięk ‘może coś się wreszcie wydarzy’, dźwięk, który śni ci się w nocy, sen idealny, gdy klienci nigdy się nie kończą.
- Tylko dwajścia, tylko.
- Przesadziłem, co? – Zaśmiałem się głośno. To był naprawdę dobry dzień.

Papieros miał smak bazarowych kapci albo tramwajowej podłogi, co dało mi do myślenia. Siedziałem pod kwitnącą, chyba wiśnią, ale ciągle czułem padlinę. Siedziałem obok kota ze śmiesznymi oczami.



„I nie wódź nas na pokuszenie” rozbrzmiało za moimi plecami głosem starych dewotek, tak mocno przesyconym desperacją, samotnością i pożądaniem. A więc wiśnia była kościelna.

I mijające mnie dziecko w śmiesznej czapce, na ramionach ojca, które popatrzyło na mnie wzrokiem pełnym szczerej litości i zaciekawienia.
- Lekko się taplam w tym wszystkim – powiedziałem mu na głos lub w myślach, nie jestem w stanie stwierdzić. Duże, zatroskane oczy przypomniały mi zdjęcie wiszące na lodówce. Mam 3 lata, głowa całkiem sporawa, kołnierzyk pod różowym sweterkiem, te same usta, tylko nos trochę mniejszy, mniej żydowski. Ale ja nie mogłem być tym dzieckiem.

W gardle miałem dym gęsty, niemożliwy do wciągnięcia, jakbym trzymał w ustach płonącą, plastikową butelkę. Wypalony filtr poparzył mnie w usta.

Z wiszących pod szyją słuchawek usłyszałem ‘God, who'd want to be such an asshole?’.

wtorek

Odszranianie oziębiaczy powietrza

Przeglądałem „Absorbcję na węglu aktywnym”, gdy dostrzegłem, że siedzi obok mnie ze słuchawkami podpiętymi do ściany i słucha Billy Jeana. Rozpoznałem po melodii i białych skarpetkach, które wychodziły mu z buta, gdy prawą piętą kręcił munłoka. Wspólny język złapaliśmy od razu, szturchnąłem go i mrugnąłem porozumiewawczo, powiedziałem, że podoba mi się jego sweter, a on do mnie, że ja też jestem w porządku. Z pochwał przeszliśmy na przekomarzanie, wyśmiałem go, gdy stwierdził, że EC2 stanowi jednoznacznie, że jeżeli równowaga statyczna konstrukcji zależy od nośności jej elementów na skręcanie, to należy przeprowadzić pełne obliczenie na skręcanie zarówno w stanie granicznym nośności jak i użytkowalności. Nie pozostał mi dłużny, ziewał ostentacyjnie, przeciągał się dźwiękiem pękających żeber, gdy próbowałem wytłumaczyć mu, że praca oziębiaczy powietrza nowego urządzenia chłodniczego z okresową zamianą ról wymienników ciepła zawiera podstawowe cykle pracy ziębienia i przełączenia. Sporo przerzucaliśmy się wzorami, ale naprawdę ciężko je zapisać.

Pomilczeliśmy chwilę i powiedziałem, że mam różową szczoteczkę do zębów, ale przynajmniej czyści język i policzki. Pochwaliłem się kalendarzem, z którego można wyrywać kartki, a potem gnieść je i wyrzucać do kosza, a z tyłu są porady lub ciekawostki.

Zamilkłem nagle więc zapytał, co się stało, więc mówię mu, że coś mi ostatnio słowa nie powstają, że jak kiedyś widziałem je w głowie w formie takich białych chmurek, to teraz niebo jest czyste, że jak ja mogę żyć w czasach, w których wyburza się dom Gatsbiego, że kiedyś wysyłaliśmy sobie zdjęcia ścian, żebyśmy mogli patrzeć w nie wspólnie, a teraz to ścianą jesteśmy podzieleni, że przewijam się przez te ręce, tą głowę i te plecy,  ale to tylko ręce, głowa i plecy, więc tak naprawdę nie mam znaczenia.

I nagle zniknął, a ja żałowałem, że nie przyszedłem tu pijany.

poniedziałek

Geny

Matka pyta się mnie czasem, co tam u tej i u tej, a ja jej mówię, że nie wiem. Potem pyta się mnie, co tam u tej i u tej, a ja mówię, że zobaczymy.
Wieczorem ojciec wraca z pracy, ale nie pyta, co tam u tej i u tej, czy jeszcze tej i tamtej, albo co tam u mnie, obok mnie i ze mną, przechodzi obok syna lekko ruszającego ustami, kiedy ten tworzy sobie najcieplejsze odpowiedzi do tych małych rodzinnych dialogów.