Pies kuleje, zdechnie, topi w szambie szczeniaki z urojonej ciąży.
Tort był już wczoraj; kupiliśmy trzy pączki i zjedliśmy je w drodze do domu. Matka z ojcem polecieli zaraz potem do Ameryki, za wodę i za chlebem. Matka na pożegnanie dała mi sto złotych, bo dostała w pracy pieniądze za posprzątanie gówna z bidetu. Ojciec na pożegnanie zmywał naczynia, nie miał co mi dać ale on zawsze tak smutno zmywa naczynia. Siedzieliśmy chwilę w kuchni, zrobiłem z serwetki samolot, spadł na podłogę i wszyscy płakali za zły omen. Dwadzieścia jeden to oczko, dwadzieścia jeden to dupka.
