sobota
Cmentarz (halloween)
Wszystkie myśli, jak wrzątek, kipiały we mnie, jednak nie w zależności od temperatury, tylko od ciszy. Cisza była idealna. Cisza była grobowa. Czy wspomniałem już, że siedzę przy kościele? Z małym, dziecięcym cmentarzykiem?
Wziąłem pierwszy łyk, zastanawiając się, jak głupie jest to, co robię.
- Widok zniczy dziwnie wpływa na ludzi, huh? - Nie dziwi mnie już, że mówię coś do siebie nie zdając sobie z tego sprawy. W takich momentach pojawia się zupełnie irracjonalna chęć, żeby podnieść głowę do góry i zacząć z Nim rozmawiać.
- Nie lubisz mnie teraz, co nie? Nie dziwię Ci się, niezły ze mnie wrzód na dupie.
Wziąłem kolejny łyk i uśmiechnąłem się z "hm".
- Sądziłem, że jak tu przyjdę to coś wymyślę, wpadnie mi do głowy jakieś rozwiązanie, uznałem, że przyjście tutaj będzie już zupełnym dnem, a od dna zawsze można się odbić. Cóż, nie dzisiaj.
[tutaj pojawia się jakiś wątek metaforyczny, być może też rozmowa z samym Bogiem, pewnie pod postacią starca albo małej dziewczynki, pełne oświecenie bohatera i rozwiązanie, które było blisko, a mimo wszystko sam by go nie znalazł, bo wymowa jest taka, że jest tylko człowiekiem - jak to podczas rozmów z Bogiem]
[albo i nie]
Posiedziałem tak jeszcze chwilę, bez słowa i myśli.
- Za was.
Podniosłem puszkę, spojrzałem na groby i wziąłem ostatni łyk piwa.
czwartek
Decyzje
poniedziałek
Wof
Z momentem, gdy poczułem się jak pies, który, mimo, że ciągle bity, wraca do swojego właściciela z podkulonym ogonem, wyrzygałem się i wiedziałem, że mam dość. Uciekłem. Żywię się resztkami, które znajduję na śmietniku, i czasem gonię jakieś bezpańskie koty. Wyczuwam Cię od czasu do czasu, od razu chcę podejść, przytulić się, zamerdać ogonem i podać Ci łapę, ale im bliżej jestem, im zapach staje się intensywniejszy, tym bardziej się boję, klepną mi uszy, ogon sam się podkula, robi mi się duszno, a ja uciekam, marząc o tym, żeby ta ucieczka miała sens, żeby nie była ucieczką od wspomnień i uczuć - chciałbym, żeby gonił mnie hycel.
niedziela
Mięsizm
Jesteśmy tylko mięsem, bakteriami, których jedynym celem jest dalsze szerzenie się we wszechświat, dopóki starczy nam miejsca, dopóki nie wyżremy, nie zabijemy, nie zniszczymy wszystkiego, dopóki świat nie znajdzie na nas antidotum.
Uczucia wyższe nie istnieją - miłość, przyjaźń, zaufanie - słowa wymyślone w krótkich przebłyskach naszej prawdziwej świadomości, tak krótkich, że zdążyliśmy je tylko zapisać i zapamiętać, a teraz służą nam do usprawiedliwienia tego, co kieruje nami naprawdę.
Przetrwanie i pociąg fizyczny, przekazywanie najbardziej potrzebnych do przetrwania genów dalej, przed nic nieznaczącą śmiercią - podstawowe instynkty, którymi świat kieruje się od zawsze.
Nie możemy wyprzeć się naszego człowieczeństwa, czy raczej - zupełnego zezwierzęcenia.
Jesteśmy okresem przejściowym - nieudaną mutacją. Być może za moją świadomość odpowiada jeden malutki gen - genik, który natychmiast uległ regresowi, a mnie, nas, zostawił ze strzępkiem prawdziwości, na tyle kalekim i nieznaczącym, że nie potrafimy walczyć z instynktami, a na świecie liczy się tylko znalezienie kogoś, kogo fizyczne geny mają największą szansę na przetrwanie - kogoś, kto mógłby najszybciej biegać, najdalej rzucić kamieniem albo ma najlepiej przystosowaną do porodu macice. Nasza świadomość to ewolucyjna pomyłka, która zniknie za parę milionów lat, bo nie jest nam potrzebna do przetrwania.
I zniknie ten strzępek, który tak bardzo utrudnia mi życie, który powoduje, że tak bardzo się męczę, bo wiem, że Twój mózg uważa, że mam za duży nos i zbyt krzaczaste brwi, a Ty nie potrafisz zwalczyć tego instynktu, który mówi Ci podświadomie, że właśnie to jest najważniejsze.
sobota
Mendewesze
Nie spróbujesz.
"Bla bla bla".
Nie czuję się.
Pachnie w mieście pieczonymi ziemniakami.
Duszno mi w duszę.
Nigdy nie będzie takim samym - wagabundą.
I tylko tramwaj widział, jak płakałem.