czwartek

Guma papieros

Machaliśmy jej z wieży widokowej, nie sądzę jednak że mogła to zobaczyć, ale dobrze by było gdyby to widziała. Zamienię ławę i dwa fotele na stół i cztery krzesła, to jest ostatnie co od niej usłyszałem. Przełączam telewizję czy ktoś nam o niej coś powie, przełączam kanały, czy ktoś ją w ogóle kojarzył. Szukam matki między reklamą pasty do zębów a filmem dokumentalnym, sprawdzam czy mówią coś o matce w porannym przeglądzie prasy, przełączam szybko te kanały szukając matki w tłumie gapiów w różnych relacjach sportowych. Wyobrażam sobie jak siedzi nagle na jakimś meczu, jak wyłapuje ją w tłumie kamerzysta i przybliża ją gdy puszcza wszystkim buziaka pozdrawiając rodzinę. Wszyscy klaszczą i skandują, nie wiemy co tak naprawdę powiedziała, zawsze chciałem żeby to było coś o nas, właśnie ktoś strzelił bramkę, dlaczego nikt jej kurwa nie dał mikrofonu.
Jej ciało sprowadzili statkiem, czekaliśmy dwa miesiące ale zapłaciliśmy mniej bo już się trochę rozeszła po kościach.
Stypę zrobiliśmy w sali gimnastycznej bo w domu nie było miejsca, matkę prawie wszyscy lubili, przyszli sąsiedzi aż z trzech domów po prawej i z czterech bloków po lewej, niestety nikt z naprzeciwka. Klasa niżej ode mnie pomyślała, że sprawią nam przyjemność długie papierowe łańcuchy o kształcie małych samolotów. Od tego czasu zawsze płakałem gdy leciał nad nami samolot 17:40 wrocław-warszawa.
Mieliśmy żółwia i cztery koty, jedliśmy wszyscy kaszę bo ojciec po śmierci matki zapomniał jak obiera się ziemniaki. Teresa wyjechała i wszystko się posypało powtarzał nam ojciec wrzucając nam kaszę do misek i posypując to wszystko szczyptą oregano. Nie było wtedy kolorowo, tak to wszystko pamiętam, pamiętam dwa kolory, kolor kaszy i kolor zębów ojca, który przestał o siebie dbać.
Ojcu ostatni ząb wypadł gdy poszedłem do liceum, dalej jedliśmy kaszę ale teraz robiliśmy z niej pjure mikserem żeby ojciec mógł jeść razem z nami. Pamiętam moją pierwszą dziewczynę przyprowadziłem ją do domu dość wcześnie, przedstawiłem ją ojcu ale on zobaczył w niej matkę i powiedział tylko „duża dupa małe cycki”.
Poznałem ją zupełnie przypadkiem, wyszedłem na papierosa paliłem dużo tępiły mi zmysł smaku, podeszła do mnie była dość młoda za młoda na fajkę spytała czy może powiedziałem „ja cię nie znam, i ja bym cię bardziej poczęstował tą gumą co wygląda jak papieros i odwijasz papierek i jest taka słodka, nią bym cię bardziej niż tym papierosem prawdziwym rozumiesz? Żułem taką gumę raz to było na święta zaraz jak moja matka umarła, ta guma to był ostatni prezent od ojca, pamiętam te gumę do dziś była tak słodka słodka”.

Potem paliliśmy tak już zawsze a jej usta miały być słodkie ale zawsze myślałem że są jakieś spierzchnięte.
Nie trwało to długo, mówiła że usta mam małe i gładkie jak dziecko ale ciągle pachnę jak kasza, znalazła innego zostałem sam z ojcem, widziałem ich razem jak jedli ziemniaki z ogniska, nie wiedziałem jeszcze wtedy co to ironia.
Potem już wiedziałem i wróciłem myślami do tego. Wiem teraz co wtedy, co teraz jeszcze nie wiedziałem.
Jak już pisałem mieliśmy cztery koty i żółwia, teraz mamy tylko te koty to też jest śmieszna historia. Otóż ta kasza, przez te kaszę traciłem wszystkich w moim życiu, najpierw ona (tak słodka słodka jak ta guma!), a potem mój żółw.
Mój żółw chciał umrzeć śmiercią homara, mój żółw jak homar, mój żółw owoce morza.
Mój żółw wszedł do garnka z gorącą kaszą, mój żółw znalazł śmierć w domu, już wiem, za czym chodził mój żółw tyle lat, już wiem czego szukał mój żółw po całym mieszkaniu, on szukał jak można umrzeć jak się jest żółwiem; gdy nie można skoczyć z wysoka lub się utopić, mój żółw znalazł śmierć w gorącej kaszy.
Rozmawiałem o tym raz z ojcem, powiedział że mieliśmy go chyba piętnaście lat, powiedział że pamięta jak wybrala go matka, powiedział że to strasznie smutne i był z nim związany bardziej niż ze mną, powiedział to wszystko i buchnęliśmy śmiechem bo nasz żółw zdechł w gorącej kaszy.
Co z ciebie za zwierze, żółwiu od siedmiu boleści, zdechłbyśżesz chociaż porządnie, zdechłbyś jak zwierzę dzikie przynajmniej w ogrodzie, zdechłbyś w mordzie psa poszarpany, zdechłbyś pod kołem pędzącego samochodu.
Czasem myślę że zbrzydła mu ta kasza i chciał nam wszystkim pomóc, chciał obrzydzić nam ją i wiesz co, dziękuję ci żółwiu, dziękuję ci za popielniczkę z twojej skorupy, wydaje mi się to dość obrzydliwe ale bardzo łatwo można to wyczyścić.
Postanowiłem, że o tym napiszę przy wspomnieniach o matce i to będzie najlepsze, co napisałem, to będzie o śmierci, to będzie tak, że my wszyscy jesteśmy jak te żółwie co piętnaście lat w mieszkaniu snują się po kątach szukając nikt nie wie czego aż w końcu znajdują swój los swoją śmierć garnek z gorącą kaszą.

Postanowiłem, że wyślę to wszystko Tobie, słodka jak guma, dość powiedzieć nie jemy już kaszy.