poniedziałek

Śniło mi się (szóstego sierpnia dwa lata temu)

 Zamknąłem oczy.

Przeglądałem w kiosku garnitury, kiedy jakiś chłopak spytał się sprzedawcy, gdzie może kupić marihuanę. Kazał nam szukać na ulicy. Wróciłem do domu.

Stanąłem pod drzwiami i leniwie wyciągnąłem klucz. Nie mogłem przekręcić zamka, drzwi były już otwarte. Wszedłem do środka, dom był pusty, w salonie stał tylko telewizor i kanapa. Ściany były białe, okna gdzieś zniknęły. Światło było ostre, migotało lekko ale męcząco. Nie zmartwiłem się kradzieżą, wiedziałem przecież, że to tylko sen. 

Na kanapie siedział mój znajomy, uśmiechając się zapytałem co tu robi i po co ogląda telewizję, skoro to mój sen. Zaczął się wypierać i krzyczeć, próbował przekonać mnie, że to nie sen, że mnie okradli i nie mam już nic. Jego ruchy były nieludzkie, ręce wykręcały się za głową i drgały, twarz rozmywała się lekko i płaszczyła. Wiedziałem, jaki będzie jego następny ruch, znałem każde następne słowo, działał zgodnie z moimi przewidywaniami. Ciągle mnie przekonywał, wmawiał, że to wszystko dzieje się naprawdę. Oboje wiedzieliśmy, że jest tu dzięki mnie, i jeśli mu nie uwierzę - zniknie. Zacząłem się śmiać i powiedziałem, żeby pokazał mi mnie.

Przeobraził się jak połączenie klatek dwóch zupełnie innych filmów, pstryknęło. Był mną, pomimo różnic czułem, że to ja. Przestraszyłem się, krzyczałem, że to nie mogę być ja. Zaczął mówić, chodzić, zachowywać się bardzo podobnie do mnie, śmiał się głośno i szyderczo,  w jego ruchach czuć było nadpobudliwość i trochę szaleństwa. Biegał korytarzem i sunął ręką po ścianie. Wiedziałem, że to ja, ale wstydziłem się, wypierałem się siebie. Podświadomie czułem, że jeśli to ja, to nie chcę taki być.

Oglądaliśmy razem film o apokalipsie, wybuchła bomba atomowa, błysnęło, świat stał się pomarańczowy. Widzę człowieka, którego podmuch wyrzucił w powietrze, kilkaset metrów ponad budynki, nie robiąc mu żadnej krzywdy, widzę jak odzyskuje równowagę i  rozkłada ręce - jakby leciał, jakby był ptakiem. Uśmiecha się i mówi „Siła bomby atomowej uczyniła z nas wolnych ludzi”.

Powiedziałem sobie siedzącemu obok, żeby pokazał mi mnie, gdy będę starszy. Zobaczyłem się w telewizorze, wiem, że miałem trzydzieści lat, długie włosy i inne rysy, może po prostu bardziej dojrzałe. Patrzyłem długo, próbując zapamiętać jak najwięcej, chciałem wyczytać z twarzy co mnie czeka, co mam dalej robić. Film jednak rozsypywał się, szumy stawały się coraz większe, obraz gubił kratki, wyglądał jak spalana powoli taśma. 

Przyjrzałem się mocniej, ale na ekranie pojawił się człowiek lecący nad miastem. Obraz znów przeskoczył i zobaczyłem siebie w wieku sześćdziesięciu lat. Byłem siwy, byłem stary, byłem zupełnie niepodobny. Dziadek uśmiechnął się i znowu wróciła apokalipsa. Trwało to bardzo długo, człowiek na ekranie ciągle leciał nieruchomo, zacząłem się niecierpliwić i krzyczeć. Bez przerwy chciałem widzieć siebie tak, jak widzą mnie inni ludzie, chciałem wrócić do obrazu trzydziestolatka. Chciałem wiedzieć, co ze mną będzie.

Obraz ciął się coraz bardziej, a ja bałem się, że to sen, że przecież kiedyś się obudzę, stracę wszystko, co widziałem, przerażało mnie, że zapomnę przyszłego siebie, że znowu będę zagubiony. Krzyczałem, miałem łzy w oczach, waliłem w telewizor, kazałem mu pokazać mi to wszystko jeszcze raz, mówiłem, że muszę to zobaczyć. Rozpłakałem się. Obraz zniknął.

Mój senny ja siedzący na kanapie powiedział „To jest opowieść o obłędzie".

Otworzyłem oczy.

niedziela

Czterdzieści minut poprawiania literówek

Przestanę tak pisać, gdy nauczę się, że pisanie po pijanemu już było i się znudziło.

Śniła mi się dziś Czerwona Trawa, którą kupiłem w antykwariacie i maszynopisarz, który chciał ją przepisać, żeby nauczyć się pisać na maszynie.

Gdy miałem dwa lata, bez przerwy chwytałem dziadka za rękę i bawiłem się jego złotym zegarkiem.

Mieliśmy też taką niebieską, drewnianą łódkę, którą wodowaliśmy, gdy zalewało pola.

Kiedyś straciłem w błocie but, bo tak śmiesznie się zassał. Znalazłem go tydzień później, bo wystawała sznurówka.

A ojciec wesoło powiedział dziś do matki "Caaałe żyyycie raaazem!".

I gdy tak siedzimy we dwoje - moja rodzina i ja, z nich wszystkich mówię najmniej, trochę mnie tam nawet nie ma, pomimo głupiej świadomości, że mógłbym przecież mówić najwięcej. Mógłbym mówić przez dwa dni, mógłbym mówić tyle, że wszyscy zdążyliby pójść spać i zjeść śniadanie, a ja bym dalej mówił, bo chciałbym nadrobić te osiemnaście lat.
Opowiedziałbym o wszystkim co przeżyłem, co widziałem, co chcę przeżyć i zobaczyć.
O tym, co chcę zrobić, i czego nie zrobiłbym nigdy.
O tym, że uwielbiam sny za to uczucie, że zawsze wiem, co mam dalej robić.
Mówiłbym o słowach, które mnie bawią, jak pacha lub fajerwerk, albo o słowach, których nie znoszę, jak krzaki czy rzepka.
Pośmialibyśmy się razem z tego, że istnieje prawo Michała, które mówi, że jeśli stoi koło mnie odkręcona butelka, to na pewno ją przewrócę.
Wytłumaczyłbym, czemu tak dużo mówię do siebie, czemu tak często zaciskam usta i składam kanapki spodami na odwrót.
Albo czemu czasem nie reaguje, gdy ktoś powie coś śmiesznego, mimo, że bardzo mnie to bawi i czemu postanowiłem kiedyś, że będę brzydko pisać.
Na koniec powiedziałbym, że czuję ostatnio, że mam w życiu dwie drogi - drogę leżenia na brzuchu i drogę leżenia na plecach, albo jak kurewsko się teraz wszystkiego boję.

Ale nie mówię nic, bo ktoś musi wypić tę wódkę.

czwartek

Trzecia minuta nieprzytomności

Najlepszym momentem w ciągu dnia jest ten, w którym tracę przytomność.

Na początku trwało to kilka sekund, teraz liczę ten czas z w pełnych minutach. Staje się to tak częste, że zacząłem mówić "o, znowu!" za każdym razem, gdy czuję utratę kolorów.

Słodkie nie-bycie, świadomość, że TY NAPRAWDĘ NIE MASZ KONTROLI i poddajesz się lenistwu swojego ciała.

Lubię zabawne mroczki przed oczami, bo to najzabawniejsza część dnia i ciekawe geometryczne wzorki, bo to najciekawsza część dnia. Siniaków mam mało, bo zazwyczaj ląduję bezpiecznie, a ze schodów schodzę szybko, bo całkiem głupio jest złamać kręgosłup.

Uroczy jest sposób mojej ekscytacji, gdy podczas przechodzenia przez ulicę robi się ciemno, a ja po prostu próbuję nie upaść. Uśmiecham się też w momencie, gdy matka pyta się mnie, czy dobrze się czuję, bo blado wyglądam, a ja mówię tylko "da się przeżyć."

poniedziałek

Droga

Moje ruchy są  nerwowe i niekontrolowane, potencjalne wszystko ląduje na ścianie.

Nie mogę zawiązać buta, za mocno trzęsą mi się ręce.

Narzucam na siebie szarą bluzę w której nie działa zamek i zakładam kaptur.

Wychodzę z domu i przeszywa mnie dreszcz stukotu kamiennych puzzli.

Idę szybko, z mocno zaciśniętymi pięściami.

Staję na moście i biorę kilka głębokich wdechów, plując w tafle wody.

Ruszam.

Potykam się, popierając się rękoma. Droga błyszczy się odbitym w lodzie księżycem.

Uśmiecham się pod nosem.

Biegnę.

Momentalnie owiewa mnie zimne powietrze, uderza w twarz, szumi w uszach i rzęzi w płucach.

Przymykam oczy, które mglą się i łzawią.

Biegnę coraz szybciej, buty ślizgają się po drodze, tracę prawie każdy krok, nie mam kontroli.

Znowu się uśmiecham.

Zastanawiam się, jak wytrzymałem bez tego sześć miesięcy.

Dzień spływa mi po czole, wiatr zdmuchuje go ze skroni i trafia mnie w ucho, tydzień spływa po rękach i wsiąka w rękawy, pół roku spływa po plecach, zimne i nieprzyjemne, ale odległe i już zupełnie nie moje.

Biegnę.

Nie mogę oddychać, lód dostał się do mojego ciała i zamroził mi nerwy, serce bije mi dźwiękiem pękającej tafli, ale ja jestem spokojny.

Wciąż się uśmiecham.

Przecież droga nie jest pod górkę, nareszcie widzę, że droga nie jest pod górkę.

Jestem spokojny.

Kładę się na śniegu i rozkładam ręce, śmiejąc się do siebie.

czwartek

O "Sam się obsłuż"

Gdy kupiłem dziś jogurt pitny waniliowy w maszynie samoobsługowej do płacenia kartą*, po transakcji dostałem od nich nieskładnego maila o treści:

Witaj dziekujemy za transakcję. Zapraszamy ponownie na zakupy do naszego sklepu.
Bardzo prosimy o wystawienie komentarza do transakcji. Możesz to uczynic pod adresem:

Zacząłem bać się o moją prywatność i czekam na mail o treści "NO JAK SIĘ SRAŁO PO JOGURCIKU?"










*KTÓRE ZAWSZE, NAPRAWDĘ ZAWSZE, OBSŁUGIWANE SĄ PRZEZ KARŁY Z POGARDĄ INSTRUUJĄCE LUDZI JAK SIĘ TEGO UŻYWA I WSPINAJĄCE SIĘ NA NIE JAK DZIECI  CYRKOWCÓW NA INDYJSKIE SŁONIE

niedziela

Pies na pieniądze

Mam trzy euro, pierwsze pieniądze zarobione na pisaniu, boję się, że woda sodowa uderzy mi do głowy, że zacznę się szmacić, pisać rzeczy pochwalne, pod reklamę, że przestanę robić cokolwiek i zacznę wrzucać tu nagie zdjęcia z internetu dla większej popularności, że będę chodził i obrzucał ludzi gównem, krzycząc adres tej strony.

Czy zamierzona przesada jest opłacalna?

Pogoda jak nad morze, a w lesie wyrosło wrzosowisko, więc boję się, że nagle wyskoczy jakiś pies.

Czy na nawiązaniach literackich się zarabia?

To wszystko to tylko mała prowokacja.

Ale czy są z tego jakieś pieniądze?

Enlarge your penis.

wtorek

Pogrubiane pudełeczko głupich oczywistości

Jak masz pudełeczko, co nie? Jak masz dwa pudełeczka, jedno jest takie niegłupie, nie? Normalne niegłupie pudełeczko. No ale obok jest to drugie, głupie pudełeczko. I ty jesteś tym głupim.

Im dłużej myślę o Internecie, tym bardziej postrzegam go jako twór transcendentalny. Człowiek stał się wolną duszą, atomem krążącym po ziemi z prędkością myśli. Jestem wyzwolony spod ograniczeń własnego ciała. Mogę być jednocześnie w każdym miejscu, w którym kiedykolwiek stał człowiek, do którego sięgają statki, samoloty, teleskopy. Okolice piątego wymiaru, PERYFERIA NIESKOŃCZONOŚCI - nieograniczona ilość możliwości w ciągu jednej sekundy. Jestem na Times Square, okiem kamery zerkam na ruchliwą ulicę i przelewających się ludzi, śledząc jednocześnie w drugim oknie wykluwanie się małego pingwina w stacji badawczej na Antarktydzie, i płaczącą ze wzruszenia małą foczkę obok. 

(...)
Ale Internet PODPORZĄDKOWUJE, zabiera wolną wolę, niszczy kreatywność i chęć działania.
BO DLACZEGO MAM TWORZYĆ, SKORO LEŻĄC W ŁÓŻKU MOGĘ PRZEZ TYDZIEŃ PATRZEĆ NA ROSJĘ Z DZIOBU KOLEJKI TRANSSYBERYJSKIEJ Z PODŁOŻONYM DO TEGO MININAL TECHNO?

Z Internetu niepłynnie przechodzę do sztuki, do czasów, kiedy można wmówić człowiekowi, że kwadrat nie jest kwadratem, tylko czymś zupełnie innym, może nie kołem, ale np. sceną biblijną. Gówno w puszce już przeszło, więc dlaczego nie kwadraty, ciągi liczbowe lub malowanie słoniem, czy piersiami?
Czekam tylko niecierpliwie, aż ktoś wejdzie na wystawę kwadratów, stanie, pomyśli, i w głowie zakiełkuje mu myśl, tak radośnie oczywista, że będzie miał ochotę ją krzyczeć. I będzie to robił.
Będzie krzyczał „HEJ, PRZECIEŻ TO JEST ŻAŁOSNE! ALE SERIO, JAKIEŚ POJEBANE".
I nagle wszyscy wrócą do starego dobrego malowania kurwa ludzi.

(...)
Każde pokolenie w historii miało w zanadrzu wielkie, wzniosłe wydarzenie, wokół którego mogło kręcić się ich życie. Inspiracja, PUNKT DO KTÓREGO MOŻNA SIĘ ODNIEŚĆ, co można poprzeć lub zupełnie odrzucić. IDEE.
My kręcimy się wokół tego, że nie mamy wokół czego się kręcić, sami próbujemy tworzyć takie sytuację, egzaltujemy się drobnicą, ochłapami, dorabiamy sens, wzniosłość do wydarzeń, o których sami zapominamy tydzień później. Szukamy wydarzenia, które pokaże nam, że nasze pokolenie miało jakikolwiek sens i wpływ na historię.

Chcemy gestów, czynów wielkich i znaczących, aktów zupełnego poświęcenia czegoś lub kogoś. Chcemy poczucia, że obok nas jest też coś, o czym warto pisać, malować, tworzyć. 

I nie mówię tu o bezmyślnym uwielbieniu, o ślepym poświęceniu, mówię o sprawie, o rzeczy, wokół której warto się zebrać, o inspiracji, potrzebie, sensie.

sobota

O reklamach, które się właśnie pojawiły, nowy adres, nowy wygląd, i w ogóle organizacja

Nowa skóra, nowy rok czy coś w ten DESEŃ. Jest mrocznie, jest czarno, jest nowocześnie, jest młodzieżowo. Może zostanę informatykiem-grafikiem?
 
Albo - gdybym czas zmarnowany na tę zabawę przeznaczył na pisanie, może w końcu napisałbym coś dobrego.

Idziemy za modą i technologią, JEST TWARZKSIĄŻKA, (ale nie ma 'lubię to!', nie umiem, przesada), MOŻNA POĆWIERKAĆ, BUZZNĄĆ A NAWET WYSŁAĆ NA MAILA, JA JEBIE, nie znajdziesz tego w zwykłej książce, znajdziesz tylko smród papieru, starości i pieprzonego zacofania.

Pojawiły się też guziczki TAK lub NIE, które są proste do kliknięcia, a gdy się juz to zrobi, wydają dźwięki i MOŻNA WYGRAĆ NAGRODY. Guziki te będą mnie pewnie dobijać, bijącym z nim negatywizmem, lub internetowym skurwysyństwem, lub brakiem reakcji zupełnym. Co prawda są jakieś głupie i się resetują?, ale LUBIMY BAJERY I BŁYSKOTKI.

Technologia zapisała mi stary szablon, więc w ramach sentymentu BĘDĘ DO NIEGO WRACAŁ ÓSMEGO STYCZNIA KAŻDEGO ROKU. (Zapomnę).

Jest i nowa, jak jej tam, DOMENA. Fancy-pancy, ładnie to wygląda, więc od dziś, przez jakieś dwa lata:

http://www.z-a-do-b.pl/

Działa tylko z www. na przedzie, nie wiem czemu, bo tak i już - więc: http://www.z-a-do-b.pl/, nie http:/z-a-do-b.pl/

Są też reklamy.

"SPRZEDAŁEŚ SIĘ CHUJU, REKLAMY CHUJU REKLAMY, A TAKI Z CIEBIE OUTSIDER NIBY, CHUJU, OUTSIDER Z REKLAMĄ NA CZOLE TY CHUJU. IDEE SZLAG TRAFIŁ, CHUJU!"

W regulaminie było: NIE REKLAMUJ REKLAM, ale cóż poradzę, że dla paru groszy zjadłbym własne gówno.

Nie byłem wcześniakiem. Nie jestem dzieckiem z biednej rodziny, którego jedynym posiłkiem dziennie jest talerz zupy ze szkolnej stołówki. Nie mieszkam w afrykańskiej wiosce, która nie ma dostępu do wody pitnej. Nie jestem bity ani molestowany, nigdy nie zostałem zgwałcony, nie uległem poparzeniom, nie mam raka, HIV, AIDS, HIV z AIDS, żółtaczki, białaczki, słyszę, widzę, chodzę i mam całkiem sprawny mózg.

Ale lubię zapach pieniędzy, i że można nimi kupować rzeczy - więc musicie kliknąć w reklamę po prawej.

(Może za pół roku uzbieram na lizaka).

Popieprzyłem, wracamy do rzeczywistości.

piątek

Ja Tajga

Zamieniam kapelusz na wełniany płatok, zamieniam trampki na plecione postoły - wagabunda staje się klikuszą.

niedziela

20011

 Zjedliśmy z podłogi nasze własne wymioty.

A ja rozmawiam ze sobą coraz więcej, bo inaczej moja krtań zaczęłaby zanikać.

Wstałem rano i myłem zęby palcem, zastanawiając się tylko, jak głupie jest mycie zębów palcem.

Nowy rok, nowe myśli - już nie pieprzymy, Michał.