Przeglądałem w kiosku garnitury, kiedy jakiś chłopak spytał się sprzedawcy, gdzie może kupić marihuanę. Kazał nam szukać na ulicy. Wróciłem do domu.
Stanąłem pod drzwiami i leniwie wyciągnąłem klucz. Nie mogłem przekręcić zamka, drzwi były już otwarte. Wszedłem do środka, dom był pusty, w salonie stał tylko telewizor i kanapa. Ściany były białe, okna gdzieś zniknęły. Światło było ostre, migotało lekko ale męcząco. Nie zmartwiłem się kradzieżą, wiedziałem przecież, że to tylko sen.
Na kanapie siedział mój znajomy, uśmiechając się zapytałem co tu robi i po co ogląda telewizję, skoro to mój sen. Zaczął się wypierać i krzyczeć, próbował przekonać mnie, że to nie sen, że mnie okradli i nie mam już nic. Jego ruchy były nieludzkie, ręce wykręcały się za głową i drgały, twarz rozmywała się lekko i płaszczyła. Wiedziałem, jaki będzie jego następny ruch, znałem każde następne słowo, działał zgodnie z moimi przewidywaniami. Ciągle mnie przekonywał, wmawiał, że to wszystko dzieje się naprawdę. Oboje wiedzieliśmy, że jest tu dzięki mnie, i jeśli mu nie uwierzę - zniknie. Zacząłem się śmiać i powiedziałem, żeby pokazał mi mnie.
Przeobraził się jak połączenie klatek dwóch zupełnie innych filmów, pstryknęło. Był mną, pomimo różnic czułem, że to ja. Przestraszyłem się, krzyczałem, że to nie mogę być ja. Zaczął mówić, chodzić, zachowywać się bardzo podobnie do mnie, śmiał się głośno i szyderczo, w jego ruchach czuć było nadpobudliwość i trochę szaleństwa. Biegał korytarzem i sunął ręką po ścianie. Wiedziałem, że to ja, ale wstydziłem się, wypierałem się siebie. Podświadomie czułem, że jeśli to ja, to nie chcę taki być.
Oglądaliśmy razem film o apokalipsie, wybuchła bomba atomowa, błysnęło, świat stał się pomarańczowy. Widzę człowieka, którego podmuch wyrzucił w powietrze, kilkaset metrów ponad budynki, nie robiąc mu żadnej krzywdy, widzę jak odzyskuje równowagę i rozkłada ręce - jakby leciał, jakby był ptakiem. Uśmiecha się i mówi „Siła bomby atomowej uczyniła z nas wolnych ludzi”.
Powiedziałem sobie siedzącemu obok, żeby pokazał mi mnie, gdy będę starszy. Zobaczyłem się w telewizorze, wiem, że miałem trzydzieści lat, długie włosy i inne rysy, może po prostu bardziej dojrzałe. Patrzyłem długo, próbując zapamiętać jak najwięcej, chciałem wyczytać z twarzy co mnie czeka, co mam dalej robić. Film jednak rozsypywał się, szumy stawały się coraz większe, obraz gubił kratki, wyglądał jak spalana powoli taśma.
Przyjrzałem się mocniej, ale na ekranie pojawił się człowiek lecący nad miastem. Obraz znów przeskoczył i zobaczyłem siebie w wieku sześćdziesięciu lat. Byłem siwy, byłem stary, byłem zupełnie niepodobny. Dziadek uśmiechnął się i znowu wróciła apokalipsa. Trwało to bardzo długo, człowiek na ekranie ciągle leciał nieruchomo, zacząłem się niecierpliwić i krzyczeć. Bez przerwy chciałem widzieć siebie tak, jak widzą mnie inni ludzie, chciałem wrócić do obrazu trzydziestolatka. Chciałem wiedzieć, co ze mną będzie.
Obraz ciął się coraz bardziej, a ja bałem się, że to sen, że przecież kiedyś się obudzę, stracę wszystko, co widziałem, przerażało mnie, że zapomnę przyszłego siebie, że znowu będę zagubiony. Krzyczałem, miałem łzy w oczach, waliłem w telewizor, kazałem mu pokazać mi to wszystko jeszcze raz, mówiłem, że muszę to zobaczyć. Rozpłakałem się. Obraz zniknął.
Mój senny ja siedzący na kanapie powiedział „To jest opowieść o obłędzie".
Otworzyłem oczy.