poniedziałek

Droga

Moje ruchy są  nerwowe i niekontrolowane, potencjalne wszystko ląduje na ścianie.

Nie mogę zawiązać buta, za mocno trzęsą mi się ręce.

Narzucam na siebie szarą bluzę w której nie działa zamek i zakładam kaptur.

Wychodzę z domu i przeszywa mnie dreszcz stukotu kamiennych puzzli.

Idę szybko, z mocno zaciśniętymi pięściami.

Staję na moście i biorę kilka głębokich wdechów, plując w tafle wody.

Ruszam.

Potykam się, popierając się rękoma. Droga błyszczy się odbitym w lodzie księżycem.

Uśmiecham się pod nosem.

Biegnę.

Momentalnie owiewa mnie zimne powietrze, uderza w twarz, szumi w uszach i rzęzi w płucach.

Przymykam oczy, które mglą się i łzawią.

Biegnę coraz szybciej, buty ślizgają się po drodze, tracę prawie każdy krok, nie mam kontroli.

Znowu się uśmiecham.

Zastanawiam się, jak wytrzymałem bez tego sześć miesięcy.

Dzień spływa mi po czole, wiatr zdmuchuje go ze skroni i trafia mnie w ucho, tydzień spływa po rękach i wsiąka w rękawy, pół roku spływa po plecach, zimne i nieprzyjemne, ale odległe i już zupełnie nie moje.

Biegnę.

Nie mogę oddychać, lód dostał się do mojego ciała i zamroził mi nerwy, serce bije mi dźwiękiem pękającej tafli, ale ja jestem spokojny.

Wciąż się uśmiecham.

Przecież droga nie jest pod górkę, nareszcie widzę, że droga nie jest pod górkę.

Jestem spokojny.

Kładę się na śniegu i rozkładam ręce, śmiejąc się do siebie.

Brak komentarzy: