niedziela
Umyszł
Zaczęło się.
Wiedziałem, że się zacznie. (Musiało się zacząć).
W piąty dzień bezsenności, po stu dwudziestu godzinach pełnej świadomości z kilkoma godzinnymi przerwami, gdy miałem dość słuchania MOICH myśli i bycia w MOJEJ głowie, ktoś mnie zawołał.
Usłyszałem banalne, BOŻE, JAK BANALNE - "Michał".
wtorek
Smugi
Nad morzem nasze dziecko umiera.
Przez te wszystkie siniaki od rzucania nim z ręki do ręki, przez to, jak bardzo wyziębiło się od chłodu naszych ciał, przez to, że nie karmisz go już piersią, ale przede wszystkim przez to poczucie braku zainteresowania, które zżera je od środka, które sprawia, że jego mały słodki pępek gnije, że jego małe słodkie rączki wyginają się w jakiejś chorej, bolesnej pozie.
Porzucone leży w kącie i płacze, stara się płakać, bo otwiera tylko tę swoją paskudnie słodką gębę i próbuje zaskrzeczeć, ale nie wydaje żadnego dźwięku, bo tak naprawdę co nas to kurwa obchodzi. I tak leży w kącie samotne, walczy z nami żałośnie i powoli umiera, ten nasz mały karaluch, ten nasz pieprzony karakan, niechciany bękart, owoc spieprzonej miłości.
Zerkam tam czasem z pogardą, patrzę, jak się wije, zawinięte w mój mały niebieski kocyk w białą kratkę, o którym nigdy Ci nie mówiłem i ja też nic już nie czuję - wkurwia mnie tylko, że nie patrzysz teraz ze mną, jak to małe gówno właśnie zdechło.
sobota
Ale
Morze mnie porwało. Morze wciągnęło mnie pod taflę i zmiażdżyło swoim ogromem. Śmiałem się jak dziecko, krzyczałem nasze stare banały i rozmawiałem z mewami. Siedziałem na piasku, że świadomością, że tak powinno być, ale może nie do końca. Morze mnie przygarnęło, zaopiekowało się mną w ten jeden poranek. Myśli trochę jak fale, zmienne i zimne, niespokojne. Tyle już zostało o nim napisane, a ja wciąż mam ochotę pisać więcej. Piasek był mokry i zapadał się pod moimi nogami, chodziłem po lodzie, który zapadał się pod moimi stopami. Morze jest nieskończone.
W nocy ludzie topią się i wpływają w szczeliny między kamieniami. W nocy są tylko ulice i zbędnie zapalone światła wystaw, które jakby udają, że w mieście jest życie. Palą się całą noc, zachęcając do rzeczy, których naprawdę nie ma za szybami. Nie pozbędę się porównania z labiryntem, bo gubiłem się co chwilę, i nie poznawałem żadnej uliczki, w którą wszedłem drugi raz. Kroki, potężne i nieskończone, tylko twoje przez całą noc. Przystaję i nasłuchuję, nadaremno, bo poza mną i sklepami nie istnieje nic. Koło czwartej rano słyszę fajerwerki, radośnie chaotyczny dźwięk wybuchającego prochu, patrzę w niebo, pochmurne i ciemne. Może to tylko w mojej głowie, może słyszę tylko, jak moja pamięć pozbywa się wspomnień. Czuję zapach cynamonu.
Kołobrzeg
Tak, cały Kołobrzeg jest w nazwie, gdyby Kołobrzeg nie znajdował się koło brzegu nazywałby się Nudawchuj albo Starzyludzieumierajątuwolniej.
Na plażę w Kołobrzegu nie wejdziesz, bo niewybuchy urwą Ci dłonie lub ręce lub nawet głowę, jednym słowem umrzesz, bo tu morze jest do oglądania zza szyby pensjonatu.
Średnia wieku mieszkańców Kołobrzegu to 78 lat - licząc z mewami.
Widziałem raz biegnące dziecko, ale prawdopodobnie było porwane.
W Kołobrzegu jest jeden klub, nazywa się Underground i ma światła, które sprawiają, że białe rzeczy świecą się na niebiesko. Zbiera się tu młodzieżowa elita miasta, kulturalna śmietanka, w piątek piętnaście osób.
Pod kościołem widziałem trzy nekrologi. Był to zbiór z całego roku.
Jedyne ciepłe miejsce w Kołobrzegu, które nie jest sanatorium to pomieszczenia z bankomatami.
O czwartej rano słyszałem fajerwerki, ktoś pewnie skończył 150 lat.
Kołobrzeg nie ma rynku, nie ma nawet jednej głównej ulicy.
Potrafię podsumować Kołobrzeg jednym zdjęciem.
Na plażę w Kołobrzegu nie wejdziesz, bo niewybuchy urwą Ci dłonie lub ręce lub nawet głowę, jednym słowem umrzesz, bo tu morze jest do oglądania zza szyby pensjonatu.
Średnia wieku mieszkańców Kołobrzegu to 78 lat - licząc z mewami.
Widziałem raz biegnące dziecko, ale prawdopodobnie było porwane.
W Kołobrzegu jest jeden klub, nazywa się Underground i ma światła, które sprawiają, że białe rzeczy świecą się na niebiesko. Zbiera się tu młodzieżowa elita miasta, kulturalna śmietanka, w piątek piętnaście osób.
Pod kościołem widziałem trzy nekrologi. Był to zbiór z całego roku.
Jedyne ciepłe miejsce w Kołobrzegu, które nie jest sanatorium to pomieszczenia z bankomatami.
O czwartej rano słyszałem fajerwerki, ktoś pewnie skończył 150 lat.
Kołobrzeg nie ma rynku, nie ma nawet jednej głównej ulicy.
Potrafię podsumować Kołobrzeg jednym zdjęciem.
czwartek
Ale na co morzu tytuł?
Będzie lecieć mi w głowie, i to chyba pierwszy raz, gdy coś cytuję.
Well, see what you want to see
You should see it all
Well, I want a better place
Or just a better way to fall
Spakowałem się, czyli wziąłem dziennik do ręki.
Ja i moje morze, czyli pojechałem, bo do trzech razy sztuka, jak powiedział poeta.
Albo jakiś wiejski mądrala, NIEWAŻNE.
Przegrałeś, Freud. Ty i Twoje śmieszne teorie, Ty i twój seks z rodzicami.
Plecak będzie trochę mniejszy i nie będę miał odcisków, i nie będzie komu pisać, że samemu to nie to samo.
Tak, mamo, wiem jakie są czasy, tak mamo, wiem, że różni ludzie chodzą po świecie, co, nie, nie wiem jeszcze gdzie, gdzieś nad morze, może Kołobrzeg, nie mamo, Bóg nie pomoże, Boże święty nic nie da.
Obiecuję trochę jodu w portfelu i dwa wdechy bursztynu, albo jakoś tak, nie pamiętam, bo naprawdę mnie to nie obchodziło.
Nie po to nam było morze, żeby zbierać muszelki.
Ja i moja mała spowiedź, ja i mój mały czyściec, ja i mój mały koniec świata.
Prawdopodobnie krzyknę też coś o kochaniu nad morzem, ale to banały, małe i słodkie, urocze i zabawne, ładne i nasze, tylko czemu tak boli.
Naiwnie głupi uśmiech wagabundy.
Dobra, więcej nie mam, na więcej nie starczyło, więcej nie trzeba.
Niedziela albo może wcale, bo mieszkanie pod molo traktowałem całkiem poważnie.
Ojciec
Nie zauważyliśmy chwili, w której ojciec zdziecinniał.
Któregoś dnia bał się jechać do fryzjera, ciągnął matkę za rękaw i przyniósł jej moje stare szkolne nożyczki. Wzięliśmy to za pewien rodzaj kryzysu, wybryku starego ekscentryka, który minie z czasem. Nie wiedzieliśmy, że niedługo zacznie moczyć łóżko.
Zyskałem młodszego brata, który podkradał mi czasem pieniądze i woził do szkoły, melodycznie komentując każdą zaklejoną dziurę w drodze słowem „łatka” i „brrum”.
ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA. BRRRUUM ŁATKKA!
Tato, przestań.
ŁATKA BRUM BRUM, ŁATKA, ŁATKA ŁATKA, O ŁATKA, I TU ŁATKA, ŁATKA ŁATKA.
Tato.
ŁATKA ŁATKA ŁATKA. BRRRUMMM!
Potem jeździłem autobusem, bo przestał sięgać pedałów.
Pierwszy raz płaczącą matkę zobaczyłem, gdy ojca wyrzucili z pracy, bo na dokumentach zaczął podpisywać się TATA. Gdy próbowałem na nowo nauczyć go podpisu, trzymał długopis całą pięścią.
Matka płakała coraz częściej, ojca nie było w domu przez całe dnie, wracał wieczorami cały w błocie, z porwanymi spodniami. Mówił, że odkrywa, że nie rozumiemy, że wszystko będzie dobrze, mamo.
Potem zaczęły się problemy z chodzeniem - cieszyliśmy się, że przynajmniej jest w domu.
Matka odeszła, gdy nocami zaczął ssać jej pierś.
Któregoś dnia bał się jechać do fryzjera, ciągnął matkę za rękaw i przyniósł jej moje stare szkolne nożyczki. Wzięliśmy to za pewien rodzaj kryzysu, wybryku starego ekscentryka, który minie z czasem. Nie wiedzieliśmy, że niedługo zacznie moczyć łóżko.
Zyskałem młodszego brata, który podkradał mi czasem pieniądze i woził do szkoły, melodycznie komentując każdą zaklejoną dziurę w drodze słowem „łatka” i „brrum”.
ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA. BRRRUUM ŁATKKA!
Tato, przestań.
ŁATKA BRUM BRUM, ŁATKA, ŁATKA ŁATKA, O ŁATKA, I TU ŁATKA, ŁATKA ŁATKA.
Tato.
ŁATKA ŁATKA ŁATKA. BRRRUMMM!
Potem jeździłem autobusem, bo przestał sięgać pedałów.
Pierwszy raz płaczącą matkę zobaczyłem, gdy ojca wyrzucili z pracy, bo na dokumentach zaczął podpisywać się TATA. Gdy próbowałem na nowo nauczyć go podpisu, trzymał długopis całą pięścią.
Matka płakała coraz częściej, ojca nie było w domu przez całe dnie, wracał wieczorami cały w błocie, z porwanymi spodniami. Mówił, że odkrywa, że nie rozumiemy, że wszystko będzie dobrze, mamo.
Potem zaczęły się problemy z chodzeniem - cieszyliśmy się, że przynajmniej jest w domu.
Matka odeszła, gdy nocami zaczął ssać jej pierś.
wtorek
Dźwięk, który wydają palce w kontakcie ze ścianą jest tytułem tego tekstu
Mur był nieskończony. M. szedł niespokojnie, co chwila obracając się za siebie. Krew ciekła mu z lewego oka, łaskocząc go w policzek. Idąc, gładził ręką chropowatą powierzchnię ściany, która delikatnie łaskotała go w palce. Gdy wyczuwał pod nimi papier, przystawał, chwytał za odstający róg i ciągnął. Oderwał mały kawałek, który odszedł z kawałkiem cegły. M. drapał i próbował odcinać fragmenty paznokciami. Chodziło tylko o zdjęcie. Starał się nie patrzeć przed siebie, na mur w całości pokryty fotografiami. Jak na marnej wystawie, jak rozłożone wzdłuż karty z rodzinnego albumu. Mur był nieskończony.
Orkiestra przygrywała cichą melodię bez końca, kilka monotonnych tonów, które w jego głowie mogły oznaczać tylko jedno.
Orkiestra przygrywała cichą melodię bez końca, kilka monotonnych tonów, które w jego głowie mogły oznaczać tylko jedno.
czwartek
Dzienniki - jubileuszowe fragmenty
str. 198
str. 199
str. 200
I co z tego, że mogę Ci coś opowiedzieć, skoro nie będzie to nawet setną częścią tego, jak naprawdę to odczułem. A gdybyś przeżyła to ze mną, widziałabyś to zupełnie inaczej, oparte na twoich doświadczeniach i emocjach, więc bylibyśmy tylko dwojgiem ludźmi, stojącymi koło siebie w jednej chwili, ale przeżywającymi to wszystko osobno.
str. 199
I tym sposobem dotarłem do strony jubileuszowej, dwusetnej. Czy wiążę z tym NOWYM OKRESEM W MOIM ŻYCIU JAKIEŚ OCZEKIWANIA? I CZY PRZESZŁOŚĆ JEST ZA MNĄ?
str. 200
NIE.
wtorek
Idzie wiosna – z ulic wyrastają bezdomni
Chodniki pękają, ze szczelin między płytami wychylają się brudne, śmierdzące kubki, które jeszcze przed dojrzeniem krzyczą sobą o pieniądze. Pęknięcie poszerza się i puchnie, kipiąc fekaliami, a nad ulicę wystaje już trzęsący się w błagalnym geście tułów. Pokryte zeschniętym śluzem i warstwą popękanej ziemi ciało wynurza się w konwulsjach i zaczyna zatruwać miasto.
niedziela
Mam czas to poczekam, czyli pączek w maśle
Słyszę moje serce, jak bas z budynku ulicę dalej. Głośna, ohydnie mechaniczna rytmika.
Odruchowo przesuwam pod nosem palcem, sprawdzając, czy znowu nie leci z niego krew.
Przed oczami ciągle mam mroczki, bo w ten sposób potrafię tłumić omdlenia.
Odruchowo przesuwam pod nosem palcem, sprawdzając, czy znowu nie leci z niego krew.
Przed oczami ciągle mam mroczki, bo w ten sposób potrafię tłumić omdlenia.
I znowu trzęsą mi się ręce, nie wiem czy to wciąż nerwy, czy już choroba.
CZYLI RAJSKIE ŻYCIE I SENS ŻYCIA I ŻYCIE NA GORĄCO I ŻYCIE JAK W MADRYCIE I STO PROCENT ŻYCIA W ŻYCIU I ŻYCIE PEŁNIĄ ŻYCIA I ŻYĆ NIE UMIERAĆ.
środa
Subskrybuj:
Posty (Atom)





