Morze mnie porwało. Morze wciągnęło mnie pod taflę i zmiażdżyło swoim ogromem. Śmiałem się jak dziecko, krzyczałem nasze stare banały i rozmawiałem z mewami. Siedziałem na piasku, że świadomością, że tak powinno być, ale może nie do końca. Morze mnie przygarnęło, zaopiekowało się mną w ten jeden poranek. Myśli trochę jak fale, zmienne i zimne, niespokojne. Tyle już zostało o nim napisane, a ja wciąż mam ochotę pisać więcej. Piasek był mokry i zapadał się pod moimi nogami, chodziłem po lodzie, który zapadał się pod moimi stopami. Morze jest nieskończone.
W nocy ludzie topią się i wpływają w szczeliny między kamieniami. W nocy są tylko ulice i zbędnie zapalone światła wystaw, które jakby udają, że w mieście jest życie. Palą się całą noc, zachęcając do rzeczy, których naprawdę nie ma za szybami. Nie pozbędę się porównania z labiryntem, bo gubiłem się co chwilę, i nie poznawałem żadnej uliczki, w którą wszedłem drugi raz. Kroki, potężne i nieskończone, tylko twoje przez całą noc. Przystaję i nasłuchuję, nadaremno, bo poza mną i sklepami nie istnieje nic. Koło czwartej rano słyszę fajerwerki, radośnie chaotyczny dźwięk wybuchającego prochu, patrzę w niebo, pochmurne i ciemne. Może to tylko w mojej głowie, może słyszę tylko, jak moja pamięć pozbywa się wspomnień. Czuję zapach cynamonu.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz