wtorek
Smugi
Nad morzem nasze dziecko umiera.
Przez te wszystkie siniaki od rzucania nim z ręki do ręki, przez to, jak bardzo wyziębiło się od chłodu naszych ciał, przez to, że nie karmisz go już piersią, ale przede wszystkim przez to poczucie braku zainteresowania, które zżera je od środka, które sprawia, że jego mały słodki pępek gnije, że jego małe słodkie rączki wyginają się w jakiejś chorej, bolesnej pozie.
Porzucone leży w kącie i płacze, stara się płakać, bo otwiera tylko tę swoją paskudnie słodką gębę i próbuje zaskrzeczeć, ale nie wydaje żadnego dźwięku, bo tak naprawdę co nas to kurwa obchodzi. I tak leży w kącie samotne, walczy z nami żałośnie i powoli umiera, ten nasz mały karaluch, ten nasz pieprzony karakan, niechciany bękart, owoc spieprzonej miłości.
Zerkam tam czasem z pogardą, patrzę, jak się wije, zawinięte w mój mały niebieski kocyk w białą kratkę, o którym nigdy Ci nie mówiłem i ja też nic już nie czuję - wkurwia mnie tylko, że nie patrzysz teraz ze mną, jak to małe gówno właśnie zdechło.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz