Mur był nieskończony. M. szedł niespokojnie, co chwila obracając się za siebie. Krew ciekła mu z lewego oka, łaskocząc go w policzek. Idąc, gładził ręką chropowatą powierzchnię ściany, która delikatnie łaskotała go w palce. Gdy wyczuwał pod nimi papier, przystawał, chwytał za odstający róg i ciągnął. Oderwał mały kawałek, który odszedł z kawałkiem cegły. M. drapał i próbował odcinać fragmenty paznokciami. Chodziło tylko o zdjęcie. Starał się nie patrzeć przed siebie, na mur w całości pokryty fotografiami. Jak na marnej wystawie, jak rozłożone wzdłuż karty z rodzinnego albumu. Mur był nieskończony.
Orkiestra przygrywała cichą melodię bez końca, kilka monotonnych tonów, które w jego głowie mogły oznaczać tylko jedno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz