Siedziałem w tramwaju, i zastanawiałem się, dlaczego myślenie o niczym ma związek z niebieskimi migdałami. Dręczyła mnie też wizja tak zwanej przyszłości, jak nigdy teraz niepewnej, samotności, która ostatnio tak śmiesznie kuła mnie w policzek. Pod siedzeniem zobaczyłem papierosa.
Byłem kilka centymetrów od jego krocza, gdy schyliłem się, żeby go podnieść. Tramwaj zahamował, a ja upadłem na kolana w wymuszonym podziękowaniu. Filtr był w połowie szary, brudny, owinięty włosiem. Wstałem, włożyłem go między zęby i strzepałem pył z kolan. W zębach zazgrzytał mi piach.
- Ma pan ognia?
Spojrzał na mnie z jakąś dziwną troską, śmierdząca potem z jąder matka Teresa, wyschłe, smutne usteczka i brudne ręce złożone do modlitwy, do gestu pobłogosławienia tego, który zbłądził. Sięgnął do kieszeni kurtki - tej, która tak wkurwiająco szeleści i podał mi zapalniczkę. Trójwymiarową gołą kobietę. Kamień zatrzeszczał.
- Nie skrzy się. Nieskrzysię. Nieskrzęsię. – Rzuciłem mu ją w ręce.
Wysiadłem z tramwaju, zaglądając szybko, czy znajdę pod siedzeniami coś jeszcze.
- Zapałki? – Garść srebrnego śmiecia zadzwoniła w kioskowym okienku, rozpalając lekko tą panią. Dźwięk przerywanej nudy, dźwięk ‘może coś się wreszcie wydarzy’, dźwięk, który śni ci się w nocy, sen idealny, gdy klienci nigdy się nie kończą.
- Tylko dwajścia, tylko.
- Przesadziłem, co? – Zaśmiałem się głośno. To był naprawdę dobry dzień.
Papieros miał smak bazarowych kapci albo tramwajowej podłogi, co dało mi do myślenia. Siedziałem pod kwitnącą, chyba wiśnią, ale ciągle czułem padlinę. Siedziałem obok kota ze śmiesznymi oczami.
„I nie wódź nas na pokuszenie” rozbrzmiało za moimi plecami głosem starych dewotek, tak mocno przesyconym desperacją, samotnością i pożądaniem. A więc wiśnia była kościelna.
I mijające mnie dziecko w śmiesznej czapce, na ramionach ojca, które popatrzyło na mnie wzrokiem pełnym szczerej litości i zaciekawienia.
- Lekko się taplam w tym wszystkim – powiedziałem mu na głos lub w myślach, nie jestem w stanie stwierdzić. Duże, zatroskane oczy przypomniały mi zdjęcie wiszące na lodówce. Mam 3 lata, głowa całkiem sporawa, kołnierzyk pod różowym sweterkiem, te same usta, tylko nos trochę mniejszy, mniej żydowski. Ale ja nie mogłem być tym dzieckiem.
W gardle miałem dym gęsty, niemożliwy do wciągnięcia, jakbym trzymał w ustach płonącą, plastikową butelkę. Wypalony filtr poparzył mnie w usta.
Z wiszących pod szyją słuchawek usłyszałem ‘God, who'd want to be such an asshole?’.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz