sobota
Ojciec nie spadł z dachu, ale włożył rękę w psie gówno
W Wigilijną kolację ubrałem sukienkę.
Zbyt głodna na godność.
Haha
Śniło mi się, że byłem księżniczką zamkniętą w wieży, ale to wszystko było tylko taką zabawą, bo srać wychodziłem na zewnątrz, żeby mi tam nie śmierdziało.
Mimo całej niepoważności, chciałbym, aby odebrać to wszystko poważnie, chociaż lat mam za mało, żeby ktoś potraktował to poważnie. Wyliczyłem kiedyś, że wielkość się zaczyna mniej więcej koło 24, a jak mi założą na zęby aparat, to już w ogóle. I mimo, że liczy się wnętrze, ale przecież sam dążę do tego, żeby było jak najmniej poważne, nic już nie rozumiem.
Bywa ze mną różnie, ale mimo to wszystko dość to do siebie podobne, mówią (niestety nie mi), że jestem taki i taki albo ten i tamten, dużo tych opinii, co Polak to dwie opinie, co kobieta to opinia bez sensu.
Nieprzewidywalny błazen, dzieciak, zmanierowany dzieciak, ciężki dzieciak, dzieciak-socjopata, krzykliwy dzieciak, on Cię nie szanuje, to jest chłopak bez świętości, podziwiam jego dziewczynę, z nim jest ciężkie życie, a mimo wszystko węgiel przyniesie, więc złoty i uczynny. Sam się czasem gubię już w tym wszystkim, gubię się w opiniach, ciężko stworzyć się jednego, skoro każdy myśli o tobie inaczej.
Już było o tym tyle, człowiek spotęgowany człowiekiem i człowiek z gębą, człowiek w stosunku do innego, czy człowiek jest jak drugiego nie ma?, drzewo w lesie i tak dalej, to wszystko już trochę mnie znudziło, tylko, że inaczej się nie da, bo podobno udaję dopiero wtedy, gdy zaczynam być sobą, trochę jak ta kobieta w pubie, która powiedziała, że podstawą mnie jest niebycie mną.
Wchodzę pod samochody ale boję się stawać na żelaznych kratach odpływowych.
Ci ludzie, ci poważni, ci co nie wiedzą art of trolling, przecież ja tak często popadam w zupełną przesadę.
Ale! są też ludzie łamiący pewne postawy, czy raczej KOBIETY potrafiące złamać pewne postawy, szczerość wynikająca z gestów i słów, jakiś rodzaj zachowań, który zauważam od razu, sprawiający, żę chce się taką "zaklepać", chce się taką, no, wziąć, i nic nie poradzę, całość robi się wulgarna ale ja nic nie poradzę, mam nadzieję, że matka tego nie zobaczy (jak ja mogę pisać o matce, przecież...), ale one są takie, że się nic nie poradzi, jak Evy Braun, Hitler wiedział co dobre, wiedział też, co zabijać, ale o tym innym razem.
Tylko ta reszta, dlaczego ta reszta tak mocno próbuje wniknąć, czemu pojawia się ta i tamta szepcąc jej do ucha.
Jestem rozwydrzonym dzieciakiem, bywa, że krzyczę i ciągam, bywa, że już nie wytrzymuję i uciekam, bywa tak, że już nie mogę, i one cieszą się wtedy najmocniej, czekając aż pęknę, ach! te usta! będą mogły!
Stałem się ŻARCIEM DLA KONI, PASZĄ DLA ŚWIŃ, moje ruchy są teraz przeliczane na wiadra gówna, którymi można mnie potem obrzucić.
Wszyscy ludzie ci znani są aktorami, kiedy ja czuję się największym, jakbym dostał główną rolę w spektaklu "On i ta nuda", gdzie tą nudą są ci wokół, o boże, to tak źle brzmi, tak zupełnie nie powinno się pisać w moim wieku, NIGDY NIE POWINNO SIĘ TAK PISAĆ, to mi już nie przystoi, NIGDY NIE PRZYSTAŁO, nie buntuje się w ostatniej nastce, to już za póżno, nie ten czas, nie ta pora, w szyję ciśnie mnie krawat, a ręce krępują mi mankiety, ale najgorsze są te oczy, świdrujące każdy ruch, który nie jest ruchem po wytartych od kroków kafelkach do biura.
Skaczę po szafach jak ruda Pippi, nie lubię murzynów jak Tom Sawyer (???), trochę Tolek Banan i jak dzieci z Bulerbyn, czasem już nie mogę i rola pęka, prowokacja się sypie, maska spada jak u Hiczkoka czy tam Szekspira, zaczynam się śmiać i czasem śmiejemy się we dwoje, a oni tak patrzą, i ten taki późny bunt z kapciami na nogach, może też trochę na siłę, ale nie byłoby tak mocno, gdyby nie irytowało wokół, co poniekąd też jest przecież na przekór. I przecież tak się nie powinno, to nawet jakbym miał piętnaście lat by nie przeszło i rozmawialiśmy kiedyś o tym, że nie można o tym pisać, ale też nie da się tak nie myśleć.
Bawi mnie sposób w jaki kichają ludzie, bardziej chyba niż sposób w jaki mówią o sobie. Albo jak ktoś ci coś mówi, kobieta, a ty tak kierujesz rozmową, że zaczynają mówić ci wszystko, otwierają kolejne drzwi (potem otwierają pizdę ale odmawiasz bo pizdy śmierdzą), i kolejne, jesteś w niej coraz dalej (ale nie chujem) ale w końcu zaczynasz się śmiać z nadmiaru POWICHROWANIA.
Tylko, że to nie pomaga, desperacka potrzeba utrzymywania dobrych relacji sprawia, że ludzie starają się za Ciebie, puszczają pewne teksty nad sobą, jakby lepsi niż ty ale wiedzą że gorsi, tak bardzo chcą, żeby było dobrze ze wszystkimi (wcale nie, wszystko kręci się o ewolucję, kiedyś lizali, bo jak Stalin, mogłeś zabić, teraz możesz obrazić, zniszczyć [opinię]) że nie widzą tych otwartych nawiązań, prostych aluzji i widocznych podtekstów.
I jak już raz przeklnąłem będę musiał przeklinać teraz ciągle, bo wpadłem teraz w pewną BUNTOWNICZĄ FORMĘ. Potwierdzam swoją dziecinność, dziecięcość, gówniarość, nie ma takich słów, potwierdzam swoje gówniarestwo, wieje ode mnie infantylizmememem. Pisanie jak terapia, siedzisz i się śmiejesz, a potem wrzucasz to w internet i klikają ci, że fajne, a ty czujesz, że tak oto zapisałeś się we wszechświat, idziesz spać tak bardzo szczęśliwy, że ci kliknęli, log out a rano uczysz się niemieckiego, mimo że jesteś filologia angielska, a z niemcami była wojna.
Tyle, że nie, sam się pogrążam, pisanie pod publiczkę, ale przecież zupełnie na odwrót, bo tworzysz najgorszy obraz siebie, obrażasz sam siebie, mieszasz się z błotem bo tego się oczekuje, żeby ci nie wyszło, ten najbardziej chciany przez wszystkich obraz ciebie, obdzierasz się ze wszystkiego, co w tobie dobre, mówiąc, że nie ma w tobie nic dobrego, ale tak naprawdę jest to krzywdząco powierzchowne, to jednak krzywda chciana, popkultura, bunt i ironia, więc już zupełny skandal i komercha, "Ha! on naprawdę taki jest!", ale to przecież żarty, tak nie jest naprawdę, ja taki nie jestem, gram tu z wami, ale dla wygody nikt nie zwraca na tę grę uwagi.
Chcę mówić o tym długo, unikamy tego wokół, nie mówimy, że idziemy srać, tylko że do toalety, nie mówimy, że mamy wielkiego syfa na twarzy tylko że trzeba iść do dermatologa. W byciu ludźmi najbardziej przeszkadza nam ciało, ciało śmierdzi, idziesz i się pocisz i śmierdzisz, leżysz i też się pocisz i śmierdzisz, pizdy śmierdzą wybitnie ale trzeba je lizać, a chuje śmiesznie dyndają ale trzeba brać je do buzi. Przepraszam za te słowa ale to zupełnie prawda. Ciała chorują częściej niż dusze, mało dusz choruje na tym świecie, bo tak naprawdę nikogo ten świat nie obchodzi, a jak już choruje ci ta dusza i chcesz się żalić nad światem to nagle dobra myśl ci ucieka bo zaswędziała cię dupa.
PRZEPRASZAM ALE TO PRAWDA, i to jest nie do zniesienia. Miłosz ładnie o tym napisał, trochę grzeczniej, to ja rozwinę - że powinniśmy usiąść obok siebie i wszyscy wspólnie zobaczyć jak sramy, może w końcu zrobiłoby się między nami normalnie.
Śmiać mi się chcę, śmieję się i piszę to wszystko, i zaraz pójdę się umyć bo trzeba chociaż raz dziennie, i to chyba największa życiowa ironia, że jak bardzo kogoś kochasz, to udajesz, że nie robi kupy. Tak bardzo dążyłem do idealizacji wszystkiego wokół ale to chyba we mnie upadło, zaczęło się niedawno, gdy ćwiczyłem angielski czytając angielskie wiadomości, i zobaczyłem zdanie „Poop-throwing chimps hints at human origins”, czyli "Ludzie się rozwinęli bo rzucali gównem", i to nas tak dobrze podsumowuje, jak napisał kiedyś Vonnegut, coś tam, że ziemię można podsumować zdaniem o narodzinach Chrystusa, bla bla, ja mówię, że można ją podsumować zdaniem "małpy rzucały gównem, a potem rzucały gównem w miastach", i tak dalej, itepe., to typowe chwalenie się wiedzą, te cytaty, jak te artykuły krytyczne w gazetach, które stosunek cytat do opinia autora utrzymują w okolicach jeden do jednego, i wszystkie dobre zdania w artykule to właśnie te cytowane, można i tak, też trochę tak chcę, podnieść poprzeczkę. Jeszcze mogę rzucić Proustem, coś tam, że wszystkie szczęśliwe dni to dni zmarnowane, albo Nabokovem "Lolita coś tam ugryzłem się w język". To zresztą najlepszy cytat jaki znam.
Mówiło się tak w dzieciństwie, "to przecież były tylko żarty", ale ten żart wymyka się spod kontroli, "prepare for unforseen consequences", cytuję teraz grę komputerową.
Niech ktoś wyciągnie mnie z tej farsy, przecież nawet mnie to już męczy.
Śmiać mi się czasem chcę, jak myślisz sobie o takim Leśmianie, jak on ładnie rymował, a potem nagle myślisz, że kiedyś na pewno miał katar.
To wszystko jest takie gorzkie, śmiejemy się ze smrodu kataru i kupy, wkładamy sobie korki w dupę więc wycieka nam porami, myślę o seksie kilkanaście razy na dobę, a gdy staram się nie, widać to na moich spodniach. Czasem nie chcę być człowiekiem, chcę być sztuczny, jak ci w filmach albo grach, zawsze piękni i ze słowami godnymi zacytowania.
Może dlatego zawsze byłem za fotografią, tak łatwo na niej idealizować, ułożyć włosy i spuścić w bluzce ramiączko, wypiąć biust i wciągnąć brzuch, przez tę chwilę jesteś piękna a na zdjęciu nie śmierdzisz, jesteś lepsza niż zwykle, taka, jaka powinnaś być zawsze.
A z drugiej strony, chcę obnażyć to wszystko, chcę pokazać tył pleców i sukienkę spiętą spinkami do włosów dla lepszego przylegania, chcę, żeby w tle stały wszystkie zużyte preparaty, chcę, żeby za opis zdjęcia posłużył zestaw filtrów użytych w programie graficznym.
Albo jeszcze dalej, chcę pokazać wszystko, chcę kogoś kochać tak mocno, żebym nie brzydził się zrobić zdjęcia defekacji, od dołu, z fokusem na odbyt.
Czy nie wydaje mi się teraz piękna ekstrementofagia, pociąg do najgorszego... gówna?, podniecenie poprzez najbardziej ludzką, ze wszystkich rzeczy?
NIEEeeee, PRZESADA. FUJ.
Trzeba się dostosować do pewnego stylu, siebie czy tam formy, styl stosunku do kogoś czy do świata, ALE JA NIE CHCĘ, MAMO, JA NIE CHCĘ, DLACZEGO JUŻ NIE WOLNO ROBIĆ GŁUPICH RZECZY, i czemu nikt już nie mówi, że ktoś jest gruby, jakby otyłość była jak śmierć ojca, niezależna od losu, ale ja już bym wolał żeby umarła ci cała rodzina, niż żebyś była gruba!
I wszyscy o tym myślą, tak jak wszyscy chcą mieć ładny telefon, dlaczego mam ukrywać, że to taki wiek (mój dziewiętnasty a ogólnie dwudziesty pierwszy), że chcę mieć to i tamto, że ty kupisz sobie ajfona, a ja chcę dać tysiąc dwieście zloty za samsunga galaksi esdwójkę bo jestem zajebiście próżny.
Skupiam się ostatnio na detalach, sposób w jaki rosną gałęzie samotnego drzewa, teoria chaosu, czy jest na to jakiś wzór, na to drewno? Obierana mandarynka, czy ktoś widział ten sok, jak pryska (trochę jak pizda tylko, że nie śmierdzi)?
Pamiętam jak nie wiedziałem gdzie jest nóż więc kroiłem parówki zębami, wypluwałem to potem na chleb i smakowało nam jak nigdy.
Czytałem dziś wywiad z pewną pisarką i mówiła "jedna książka dziennie przez całe liceum", poczułem się w dupie jak nigdy.
Zresztą, ojciec miał rację, gdy powiedział, że jedyna praca do jakiej jestem zdolny, to praca w kantorze, bo języki.
Fryderyk Nicze powiedział kiedyś "LOLOLOLOL!!!", ciężko mi się z tym nie zgodzić.
Czasem prawie się łamię, chcę przeprosić wszystkie te rude i grube, wszystkie źle nazwane i źle wychowane, albo właśnie zbyt dobrze wychowane, chcę czasem oddać karimatę i już nigdy się nie odezwać, albo jeszcze co innego zakończyć wcześnie bo sroki mają rację i kiedyś coś się spierdoli.
Potem śni mi się Sparta, tylko zmieniam zasady i mogę wrzucać ludzi do kanionu w osiemnastym roku życia, każdy z nas miał kiedyś ten sen, to chyba tak częste jak własny pogrzeb, który w sumie nigdy mi się nie śnił, jest w tym pewna ciekawość ale BOŻE KTO BY COŚ POWIEDZIAŁ SENSOWNEGO?
Chciałbym kiedyś żyć w post-apo, chciałbym zabijać ludzi na wojnie albo chodzić po nuklearnym pastwisku, chciałbym, żeby dzieci się nie rodziły albo żebyśmy byli pod ciągłym nadzorem, żeby była wieczna zima i palenie bibliotek z przymusu ciepła albo wieczny skwar i robienie z książek papierowych szałasów. Chciałbym, żeby pojawiło się wydarzenie nadające mojemu życiu jakiś bieg, bo nie można oprzeć się na tym, że nic się nie ma. Oczywiście przesadzam i gdyby wybuchła wojna byłym polskim pisarzem na emigracji. Taka karma, psy nie narzekają.
Czytałem ostatnio o czarnej dziurze wielkiej jak miliard słońc, i nikt nie wie, co ma w środku - to prawie tak, jak twoja mama.
Włożyłem jej w spodnie, trwało to chwilę i już wiła się pod ręką, była na ścianach i była na podłodze, śmiałem się głośno, ale już nie patrzyła, na mnie i nigdzie, w ogóle. Była zbyt naga, żeby patrzeć, była zbyt zajęta sobą, żebym ja był więcej niż palcem, który w niej, była bezbronną ale winną, rozdartą, obdartą z siebie, a może właśnie sobą w całości, nie wiem.
Potem mocniej i dyszała i siadała i wstawała to znów się kładła, potem stała bo już nie mogła usiedzieć, wbiła mi palce w uda i z tego uda leciała mi krew, krzew krzepła i krzepły nam oddechy.
Frajerzy z kwiatami
"obciągnie mi chuja"
Mimo całej niepoważności, chciałbym, aby odebrać to wszystko poważnie, chociaż lat mam za mało, żeby ktoś potraktował to poważnie. Wyliczyłem kiedyś, że wielkość się zaczyna mniej więcej koło 24, a jak mi założą na zęby aparat, to już w ogóle. I mimo, że liczy się wnętrze, ale przecież sam dążę do tego, żeby było jak najmniej poważne, nic już nie rozumiem.
Bywa ze mną różnie, ale mimo to wszystko dość to do siebie podobne, mówią (niestety nie mi), że jestem taki i taki albo ten i tamten, dużo tych opinii, co Polak to dwie opinie, co kobieta to opinia bez sensu.
Nieprzewidywalny błazen, dzieciak, zmanierowany dzieciak, ciężki dzieciak, dzieciak-socjopata, krzykliwy dzieciak, on Cię nie szanuje, to jest chłopak bez świętości, podziwiam jego dziewczynę, z nim jest ciężkie życie, a mimo wszystko węgiel przyniesie, więc złoty i uczynny. Sam się czasem gubię już w tym wszystkim, gubię się w opiniach, ciężko stworzyć się jednego, skoro każdy myśli o tobie inaczej.
Już było o tym tyle, człowiek spotęgowany człowiekiem i człowiek z gębą, człowiek w stosunku do innego, czy człowiek jest jak drugiego nie ma?, drzewo w lesie i tak dalej, to wszystko już trochę mnie znudziło, tylko, że inaczej się nie da, bo podobno udaję dopiero wtedy, gdy zaczynam być sobą, trochę jak ta kobieta w pubie, która powiedziała, że podstawą mnie jest niebycie mną.
Wchodzę pod samochody ale boję się stawać na żelaznych kratach odpływowych.
Ci ludzie, ci poważni, ci co nie wiedzą art of trolling, przecież ja tak często popadam w zupełną przesadę.
Ale! są też ludzie łamiący pewne postawy, czy raczej KOBIETY potrafiące złamać pewne postawy, szczerość wynikająca z gestów i słów, jakiś rodzaj zachowań, który zauważam od razu, sprawiający, żę chce się taką "zaklepać", chce się taką, no, wziąć, i nic nie poradzę, całość robi się wulgarna ale ja nic nie poradzę, mam nadzieję, że matka tego nie zobaczy (jak ja mogę pisać o matce, przecież...), ale one są takie, że się nic nie poradzi, jak Evy Braun, Hitler wiedział co dobre, wiedział też, co zabijać, ale o tym innym razem.
Tylko ta reszta, dlaczego ta reszta tak mocno próbuje wniknąć, czemu pojawia się ta i tamta szepcąc jej do ucha.
Jestem rozwydrzonym dzieciakiem, bywa, że krzyczę i ciągam, bywa, że już nie wytrzymuję i uciekam, bywa tak, że już nie mogę, i one cieszą się wtedy najmocniej, czekając aż pęknę, ach! te usta! będą mogły!
Stałem się ŻARCIEM DLA KONI, PASZĄ DLA ŚWIŃ, moje ruchy są teraz przeliczane na wiadra gówna, którymi można mnie potem obrzucić.
Wszyscy ludzie ci znani są aktorami, kiedy ja czuję się największym, jakbym dostał główną rolę w spektaklu "On i ta nuda", gdzie tą nudą są ci wokół, o boże, to tak źle brzmi, tak zupełnie nie powinno się pisać w moim wieku, NIGDY NIE POWINNO SIĘ TAK PISAĆ, to mi już nie przystoi, NIGDY NIE PRZYSTAŁO, nie buntuje się w ostatniej nastce, to już za póżno, nie ten czas, nie ta pora, w szyję ciśnie mnie krawat, a ręce krępują mi mankiety, ale najgorsze są te oczy, świdrujące każdy ruch, który nie jest ruchem po wytartych od kroków kafelkach do biura.
Skaczę po szafach jak ruda Pippi, nie lubię murzynów jak Tom Sawyer (???), trochę Tolek Banan i jak dzieci z Bulerbyn, czasem już nie mogę i rola pęka, prowokacja się sypie, maska spada jak u Hiczkoka czy tam Szekspira, zaczynam się śmiać i czasem śmiejemy się we dwoje, a oni tak patrzą, i ten taki późny bunt z kapciami na nogach, może też trochę na siłę, ale nie byłoby tak mocno, gdyby nie irytowało wokół, co poniekąd też jest przecież na przekór. I przecież tak się nie powinno, to nawet jakbym miał piętnaście lat by nie przeszło i rozmawialiśmy kiedyś o tym, że nie można o tym pisać, ale też nie da się tak nie myśleć.
Bawi mnie sposób w jaki kichają ludzie, bardziej chyba niż sposób w jaki mówią o sobie. Albo jak ktoś ci coś mówi, kobieta, a ty tak kierujesz rozmową, że zaczynają mówić ci wszystko, otwierają kolejne drzwi (potem otwierają pizdę ale odmawiasz bo pizdy śmierdzą), i kolejne, jesteś w niej coraz dalej (ale nie chujem) ale w końcu zaczynasz się śmiać z nadmiaru POWICHROWANIA.
Tylko, że to nie pomaga, desperacka potrzeba utrzymywania dobrych relacji sprawia, że ludzie starają się za Ciebie, puszczają pewne teksty nad sobą, jakby lepsi niż ty ale wiedzą że gorsi, tak bardzo chcą, żeby było dobrze ze wszystkimi (wcale nie, wszystko kręci się o ewolucję, kiedyś lizali, bo jak Stalin, mogłeś zabić, teraz możesz obrazić, zniszczyć [opinię]) że nie widzą tych otwartych nawiązań, prostych aluzji i widocznych podtekstów.
I jak już raz przeklnąłem będę musiał przeklinać teraz ciągle, bo wpadłem teraz w pewną BUNTOWNICZĄ FORMĘ. Potwierdzam swoją dziecinność, dziecięcość, gówniarość, nie ma takich słów, potwierdzam swoje gówniarestwo, wieje ode mnie infantylizmememem. Pisanie jak terapia, siedzisz i się śmiejesz, a potem wrzucasz to w internet i klikają ci, że fajne, a ty czujesz, że tak oto zapisałeś się we wszechświat, idziesz spać tak bardzo szczęśliwy, że ci kliknęli, log out a rano uczysz się niemieckiego, mimo że jesteś filologia angielska, a z niemcami była wojna.
Tyle, że nie, sam się pogrążam, pisanie pod publiczkę, ale przecież zupełnie na odwrót, bo tworzysz najgorszy obraz siebie, obrażasz sam siebie, mieszasz się z błotem bo tego się oczekuje, żeby ci nie wyszło, ten najbardziej chciany przez wszystkich obraz ciebie, obdzierasz się ze wszystkiego, co w tobie dobre, mówiąc, że nie ma w tobie nic dobrego, ale tak naprawdę jest to krzywdząco powierzchowne, to jednak krzywda chciana, popkultura, bunt i ironia, więc już zupełny skandal i komercha, "Ha! on naprawdę taki jest!", ale to przecież żarty, tak nie jest naprawdę, ja taki nie jestem, gram tu z wami, ale dla wygody nikt nie zwraca na tę grę uwagi.
Chcę mówić o tym długo, unikamy tego wokół, nie mówimy, że idziemy srać, tylko że do toalety, nie mówimy, że mamy wielkiego syfa na twarzy tylko że trzeba iść do dermatologa. W byciu ludźmi najbardziej przeszkadza nam ciało, ciało śmierdzi, idziesz i się pocisz i śmierdzisz, leżysz i też się pocisz i śmierdzisz, pizdy śmierdzą wybitnie ale trzeba je lizać, a chuje śmiesznie dyndają ale trzeba brać je do buzi. Przepraszam za te słowa ale to zupełnie prawda. Ciała chorują częściej niż dusze, mało dusz choruje na tym świecie, bo tak naprawdę nikogo ten świat nie obchodzi, a jak już choruje ci ta dusza i chcesz się żalić nad światem to nagle dobra myśl ci ucieka bo zaswędziała cię dupa.
PRZEPRASZAM ALE TO PRAWDA, i to jest nie do zniesienia. Miłosz ładnie o tym napisał, trochę grzeczniej, to ja rozwinę - że powinniśmy usiąść obok siebie i wszyscy wspólnie zobaczyć jak sramy, może w końcu zrobiłoby się między nami normalnie.
Śmiać mi się chcę, śmieję się i piszę to wszystko, i zaraz pójdę się umyć bo trzeba chociaż raz dziennie, i to chyba największa życiowa ironia, że jak bardzo kogoś kochasz, to udajesz, że nie robi kupy. Tak bardzo dążyłem do idealizacji wszystkiego wokół ale to chyba we mnie upadło, zaczęło się niedawno, gdy ćwiczyłem angielski czytając angielskie wiadomości, i zobaczyłem zdanie „Poop-throwing chimps hints at human origins”, czyli "Ludzie się rozwinęli bo rzucali gównem", i to nas tak dobrze podsumowuje, jak napisał kiedyś Vonnegut, coś tam, że ziemię można podsumować zdaniem o narodzinach Chrystusa, bla bla, ja mówię, że można ją podsumować zdaniem "małpy rzucały gównem, a potem rzucały gównem w miastach", i tak dalej, itepe., to typowe chwalenie się wiedzą, te cytaty, jak te artykuły krytyczne w gazetach, które stosunek cytat do opinia autora utrzymują w okolicach jeden do jednego, i wszystkie dobre zdania w artykule to właśnie te cytowane, można i tak, też trochę tak chcę, podnieść poprzeczkę. Jeszcze mogę rzucić Proustem, coś tam, że wszystkie szczęśliwe dni to dni zmarnowane, albo Nabokovem "Lolita coś tam ugryzłem się w język". To zresztą najlepszy cytat jaki znam.
Mówiło się tak w dzieciństwie, "to przecież były tylko żarty", ale ten żart wymyka się spod kontroli, "prepare for unforseen consequences", cytuję teraz grę komputerową.
Niech ktoś wyciągnie mnie z tej farsy, przecież nawet mnie to już męczy.
Śmiać mi się czasem chcę, jak myślisz sobie o takim Leśmianie, jak on ładnie rymował, a potem nagle myślisz, że kiedyś na pewno miał katar.
To wszystko jest takie gorzkie, śmiejemy się ze smrodu kataru i kupy, wkładamy sobie korki w dupę więc wycieka nam porami, myślę o seksie kilkanaście razy na dobę, a gdy staram się nie, widać to na moich spodniach. Czasem nie chcę być człowiekiem, chcę być sztuczny, jak ci w filmach albo grach, zawsze piękni i ze słowami godnymi zacytowania.
Może dlatego zawsze byłem za fotografią, tak łatwo na niej idealizować, ułożyć włosy i spuścić w bluzce ramiączko, wypiąć biust i wciągnąć brzuch, przez tę chwilę jesteś piękna a na zdjęciu nie śmierdzisz, jesteś lepsza niż zwykle, taka, jaka powinnaś być zawsze.
A z drugiej strony, chcę obnażyć to wszystko, chcę pokazać tył pleców i sukienkę spiętą spinkami do włosów dla lepszego przylegania, chcę, żeby w tle stały wszystkie zużyte preparaty, chcę, żeby za opis zdjęcia posłużył zestaw filtrów użytych w programie graficznym.
Albo jeszcze dalej, chcę pokazać wszystko, chcę kogoś kochać tak mocno, żebym nie brzydził się zrobić zdjęcia defekacji, od dołu, z fokusem na odbyt.
Czy nie wydaje mi się teraz piękna ekstrementofagia, pociąg do najgorszego... gówna?, podniecenie poprzez najbardziej ludzką, ze wszystkich rzeczy?
NIEEeeee, PRZESADA. FUJ.
Trzeba się dostosować do pewnego stylu, siebie czy tam formy, styl stosunku do kogoś czy do świata, ALE JA NIE CHCĘ, MAMO, JA NIE CHCĘ, DLACZEGO JUŻ NIE WOLNO ROBIĆ GŁUPICH RZECZY, i czemu nikt już nie mówi, że ktoś jest gruby, jakby otyłość była jak śmierć ojca, niezależna od losu, ale ja już bym wolał żeby umarła ci cała rodzina, niż żebyś była gruba!
I wszyscy o tym myślą, tak jak wszyscy chcą mieć ładny telefon, dlaczego mam ukrywać, że to taki wiek (mój dziewiętnasty a ogólnie dwudziesty pierwszy), że chcę mieć to i tamto, że ty kupisz sobie ajfona, a ja chcę dać tysiąc dwieście zloty za samsunga galaksi esdwójkę bo jestem zajebiście próżny.
Skupiam się ostatnio na detalach, sposób w jaki rosną gałęzie samotnego drzewa, teoria chaosu, czy jest na to jakiś wzór, na to drewno? Obierana mandarynka, czy ktoś widział ten sok, jak pryska (trochę jak pizda tylko, że nie śmierdzi)?
Pamiętam jak nie wiedziałem gdzie jest nóż więc kroiłem parówki zębami, wypluwałem to potem na chleb i smakowało nam jak nigdy.
Czytałem dziś wywiad z pewną pisarką i mówiła "jedna książka dziennie przez całe liceum", poczułem się w dupie jak nigdy.
Zresztą, ojciec miał rację, gdy powiedział, że jedyna praca do jakiej jestem zdolny, to praca w kantorze, bo języki.
Fryderyk Nicze powiedział kiedyś "LOLOLOLOL!!!", ciężko mi się z tym nie zgodzić.
Czasem prawie się łamię, chcę przeprosić wszystkie te rude i grube, wszystkie źle nazwane i źle wychowane, albo właśnie zbyt dobrze wychowane, chcę czasem oddać karimatę i już nigdy się nie odezwać, albo jeszcze co innego zakończyć wcześnie bo sroki mają rację i kiedyś coś się spierdoli.
Potem śni mi się Sparta, tylko zmieniam zasady i mogę wrzucać ludzi do kanionu w osiemnastym roku życia, każdy z nas miał kiedyś ten sen, to chyba tak częste jak własny pogrzeb, który w sumie nigdy mi się nie śnił, jest w tym pewna ciekawość ale BOŻE KTO BY COŚ POWIEDZIAŁ SENSOWNEGO?
Chciałbym kiedyś żyć w post-apo, chciałbym zabijać ludzi na wojnie albo chodzić po nuklearnym pastwisku, chciałbym, żeby dzieci się nie rodziły albo żebyśmy byli pod ciągłym nadzorem, żeby była wieczna zima i palenie bibliotek z przymusu ciepła albo wieczny skwar i robienie z książek papierowych szałasów. Chciałbym, żeby pojawiło się wydarzenie nadające mojemu życiu jakiś bieg, bo nie można oprzeć się na tym, że nic się nie ma. Oczywiście przesadzam i gdyby wybuchła wojna byłym polskim pisarzem na emigracji. Taka karma, psy nie narzekają.
Czytałem ostatnio o czarnej dziurze wielkiej jak miliard słońc, i nikt nie wie, co ma w środku - to prawie tak, jak twoja mama.
Włożyłem jej w spodnie, trwało to chwilę i już wiła się pod ręką, była na ścianach i była na podłodze, śmiałem się głośno, ale już nie patrzyła, na mnie i nigdzie, w ogóle. Była zbyt naga, żeby patrzeć, była zbyt zajęta sobą, żebym ja był więcej niż palcem, który w niej, była bezbronną ale winną, rozdartą, obdartą z siebie, a może właśnie sobą w całości, nie wiem.
Potem mocniej i dyszała i siadała i wstawała to znów się kładła, potem stała bo już nie mogła usiedzieć, wbiła mi palce w uda i z tego uda leciała mi krew, krzew krzepła i krzepły nam oddechy.
Frajerzy z kwiatami
"obciągnie mi chuja"
piątek
Stara ma osiemdziesiąt trzy lata
Stara często myli pokoje, weszła kiedyś w nocnej koszuli i położyła się koło mnie. Złapałem ją pod brzuchem, tam gdzie ma teraz piersi i zasnęliśmy. Rano powiedziała, że śnił jej się Stefan, świętej pamięci mąż, odparłem, że pomodlić się trzeba trzy zdrowaśki. Przyzwyczaiłem się dzięki niej do głośnej lodówki w kącie pokoju, kazała mi udawać, że to morze tak szumi na naszych wspólnych wakacjach. Stara podkrada się czasem pod łazienkę i zagląda przez dziurkę jak sikam, bywa, że nie zdąża odejść spod drzwi, ciągle chodzi teraz z podbitym od klamki okiem. Zdarza się, że wody nie ma przez kilka dni, ustawiamy wtedy wszystkie szklanki na balkonie i czekamy, aż sąsiedzi z góry wyleją swoje pomyje. Do starej często przychodzą znajome i rozmawiają o wojnie, słucham ich wtedy uważnie, żałując, że nie dano Niemcom trochę więcej czasu. Stara przynosi mi czasem placki ziemniaczane, dziękuję jej serdecznie i podtruwam nimi potem psy sąsiadów. Podziwiam jej płuca, kradnę jej czasem papierosy wmawiając, że z pamięcią to ma coraz gorzej, a potem palimy pod blokiem jednego na trzech, krztusząc się i mówiąc, że tego kurestwa już nigdy więcej do ust.
A jeśli już do ust, to stara smakuje trochę jak podgnite owoce, hamuje odruch wymiotny konsekwencjami.
Często rozmawiam z nią w kuchni, siedząc w prowokacyjnym rozkroku twierdzi, że robię się coraz bardziej nieobecny, opowiada o ścianie między nami, której kiedyś nie czuła, mówi o odnoszonym ciągle wrażeniu, jakby tak naprawdę mnie tam nie było. Uśmiecham się i mówię o moich dwóch sposobach patrzenia, tłumaczę, że to nie jej wina i proszę, żeby się przyzwyczaiła, bo inaczej już się nie da, a ja wciąż tak mocno jej potrzebuję. Przytula mnie wtedy do mokrego od potu fartuszka, a ja mówię, że coraz bardziej godzę się z umieraniem, opowiadam wtulony w jej obwisłe piersi, że życie wydaje mi się już jakby nienaturalne i niepotrzebne, że ciągle i coraz bardziej próbuję niszczyć wszystko związane ze mną, bo zwyczajny, dobry dzień jest nie do wytrzymania. Klepie mnie wtedy po plecach, schodząc ręką coraz niżej, a smród jej starego ciała upewnia mnie w każdej mojej myśli o wczesnej śmierci. Mówię, że jestem już niemal przygotowany.
sobota
Absens carens
Śniło mi się dziecko rozjeżdżane tysiącem samochodów, tak, że na ulicy zostało tylko ubranie. Potem wsiadłem do autobusu i kierowca z ogórkiem w ręku sprzedał mi bilet, ale to było naprawdę i śmiałem się na tylnym siedzeniu.
Próbujemy być jak ci starzy literaci, chcemy usiąść w kafejce pisząc i popijając kawę, ale siadamy w rogu KFC i zerkamy kątem oka na obsługę, czy przypadkiem nie idą nas wyrzucić, bo nie stać nas nawet na b-smarta. Otwieram czasem usta chcąc pomówić z przechodzącą osobą, ale ona wie tylko ile kosztują grillowane udka.
Było to w czasie, gdy się przeprowadziliśmy. Mieszkanie było zaskakująco ruchliwe, układ pomieszczeń zmieniał się w zależności od pory dnia, za każdym razem od nowa szukaliśmy naszego pokoju. Zaspani i znużeni kładliśmy się czasem na łazienkowym chodniku. Zmieniały się zamki i klucz nie pasował, drzwi ryglowały się od środka srebrnym łańcuszkiem, zupełnie jakbyśmy nie byli w tym czasie potrzebni. Nocowaliśmy wtedy pod drzwiami, rano próbując znowu. Zastanawialiśmy się wtedy, co się tam dzieje pod naszą nieobecność.
Zmieniali się też ludzie, kilka razy dziennie widziałem płaczące w różnych częściach domu kobiety. Pukają do naszych drzwi i opowiadają nam o czasach wojny. Siedzimy udając, że słuchamy uważnie, ale pod stołem przebieramy z nudów palcami, bawimy się w Niemców, pociągamy za spusty tych samych karabinów. Opowiadają nam o swoich zmarnowanych życiach i niespełnionych ambicjach, współczujemy im nieszczerze, ciesząc się, że urodziliśmy się w tak nudnych czasach.
Widziałem raz przebierającą się w kuchni dziewczynę, odwróciłem głowę naśladując dobre wychowanie, podziękowała i wyszła zostawiając za sobą otwarte drzwi.
W paleniu najbardziej kręci mnie smak czekolady, ludzie nudzą mnie jak zwykle.
Poczułem jakbym się szybko jednał i się bardzo jednałem.
Miałem wrażenie, jakbyśmy próbowali złapać nieuchwytne, skakaliśmy po pokoju i drapaliśmy ściany, żeby znaleźć rozwiązanie, ale pod spodem była tylko stara tapeta. Czasem byliśmy bardzo blisko, podjęliśmy decyzję wielokrotnie, szybko jednak pojawiało się jakieś "ale". Rzucaliśmy monetą ale w sumie to stawała na brzegu, orzeł czy reszka, kogo to kurwa obchodzi skoro i tak nie wiadomo co zrobić.
Mieszkanie było zimne, było zimne jak psiarnia, zresztą nocą po korytarzu biega banda ulicznych kundli. Wkładam czasem nogi do mikrofalówki i ustawiam ROZMRAŻANIE.
Jak tamte Żydówki, smaruje policzki krwią żeby zdrowiej wyglądać.
Chodziłem po mieście ale grali tylko Yann Tiersena, we Wrocławiu grają tylko Yann Tiersena. Chodziłem po mieście śmiejąc się z siebie - daję się jak dziecko, wierzę czasem jak kiedyś rodzicom, gdy tłumaczyli mi, co stało się z kociętami.
Pamiętam origami nadające się tylko do spalenia. Pamiętam jak byliśmy pijani i nagrywaliśmy filmy, pamiętam jak piwo wylało się na Proces Kafki a my na to: "i tak za bardzo kombinował!" Pamiętam barmańską i zgubione papierosy. Pamiętam nocne spacery i związane z tym krzyki, na szczęście wszystkie psy polowały wtedy na jeże. Pamiętam ciepłe stopy w łazience i plucie do zlewu, pamiętam niestosowność łóżka rodziców i głosy za oknem, pamiętam filmy oglądane w nocy, ty nie, bo zezgonowałaś. Pamiętam jak chcieliśmy wejść na dach i myśleć o życiu, ale nie mogłaś się podciągnąć. Pamiętam maliny po których śmierć była by naszym najromantyczniejszym. Pamiętam Amerykę, jak staliśmy na Manhattanie, pamiętam rysunki z piknikiem, gdzie nasze głowy były zszyte jak w tych japońskich filmach gore. Pamiętam jak zmieniłem mieszkanie, jak mówiliśmy "teraz jest tak blisko!", ale dystans się zwiększył, bo nie było już wymówek. Pamiętam parówki, te w cieście francuskim, to całkiem świeże wspomnienie, pamiętam szczerbot widelców w walce o ostatni kawałek. Wygrałem, ale teraz myślę, że nie powinienem. Pamiętam jak próbowałem myśleć o tym raz w tygodniu, ale w sumie to raz w tygodniu nie myślałem. Pamiętam jak mówiłaś "No ale wpadam!" i nie wpadłaś.
czwartek
Może będzie fajnie!
To bardzo przyjemne uczucie, napisać coś, co może zostać przeczytane. Jestem Michał i przenoszę przez drogę ślimaki, ale tylko te z muszlami, służy to udowadnianiu niesprawiedliwości.
Gdybym miał podsumować ostatnie czasy, byłoby to zdanie "nic mi nie pasuje" albo "zawsze jest jakiś problem".
Ale ja chyba zawsze tak podsumowywałem?
Podsumowania są nudne!
Wszystko jest prostsze niż kiedyś, bo czynników składających się na życie jest znacznie mniej.
Ktoś napisał pod poprzednimi słowami: "Dlaczego ten blog umarł?", zacząłem się śmiać, bo przed oczami miałem mnie krzyczącego "BO JA UMARŁEM!!!", a za oknem wiał wiatr i zrobiło się pochmurnie, NIE CIERPIĘ CIĘ, TROSKO.
Statystycznie było tutaj siedemnaście tysięcy wejść, więc odejmując moje piętnaście daje jakieś dwa tysiące (mogę się mylić, ledwo zdałem na maturze matematykę, żart też raczej przeciętny).
Przyjemne są też 223 komentarze, z których podobały mi się może trzy, ale liczy się zainteresowanie.
Napisałem 294 wpisy z czego też podobają mi się może trzy, ale liczą się chęci.
Teraz sam zastanawiam się, czy to już koniec, skoro podsumowuję.
***
Piszę do ciebie pogrążony w żalu.
Jestem bardzo niesłowny, wróciłem, a nie skończyłem.
Jestem jednak niesłowny tylko do połowy - wróciłem, żeby napisać parę słów i już nie wrócić.
Sam sobie nie wierzę, przecież jestem niesłowny!
(Stare zegary: "Jeden, bo jako jedyny mnie rozumiesz")
Prawdę mówiąc, trochę mi wstyd.
Jestem też bardzo leniwy.
To już nie to, co kiedyś, chyba za bardzo przyzwyczaiłem się do pisania dla siebie, trochę jakbym zapomniał, jak się mówi po długich wakacjach, chcę mówić mądrze, a robię tylko takie BLA BLA BLA.
Z drugiej strony, to chyba zawsze było takie BLA BLA BLA?
Do pokoju wleciał mi bąk i zdechł na nocnym stoliku, robiłem mu potem zdjęcia podpisując je markerem DANCE MACABRE, ale żadna galeria nie chciała ich pokazywać.
Pamiętam, że kiedyś było normalnie, a może nie było, a może nie pamiętam?
Pamiętam, gdy ojciec zgubił siedemset złotych i sprzedawałem złote monety.
Pamiętam, jak często miałem stare sny.
Pamiętam, jak we dwoje udawaliśmy socjopatów, ale wygrałaś.
Pamiętam, ale to już słabiej, że kiedyś mi na czymś w życiu zależało.
Pamiętam, jak wyłączyłem telefon traktując to jako dobre wytłumaczenie.
Pamiętam, jak próbowałem napisać wiersz, ale poezji już nie ma.
Pamiętam, jak pierwszy raz w życiu biegłem przez godzinę i nie umiałem się z tego cieszyć.
Pamiętam, jak babcia umarła.
Upał. Stoimy bez ruchu, mając nadzieję, że nas nie dopadnie. Uspokajamy serca i myśli, chowając je w cień własnej świadomości. Upał wysusza nasze gardła, nie odzywamy się ze strachu przed popękanymi ustami. Trzymamy ręce na stole, bo jesteśmy zbyt spoceni, żeby trzymać się za dłonie. Upał. Chciałbym powiedzieć, że to gorączka zmian, ale dobrze wiem, że nic nigdy się nie zmieni. Moja babcia umarła, ale ja tak samo usmażyłem sobie parówki, a matka tak samo zmywała naczynia.
Chciałbym móc zmienić nasze gesty, chciałbym każdym ruchem pokazać, że od teraz wszystko będzie inaczej. Ale najbardziej przytłacza nas ta gorąca letnia normalność, nasze rozgrzane ruchy różnią się od codzienności tylko łzami, ściekającymi po policzkach, które mylnie bierzemy za pot. Świat się nie zmienił, świat nie umarł razem z nią, my się nie zmieniliśmy, a na ulicy nikt nie przystanął, czując tą dziwną, parząca wibrację, którą mylnie wzięli za falę gorąca.
Pieką nas w twarz te same myśli, które przychodzą przy cieple śmierci. Żałujemy, że czasu było tak mało, a słowa wydawały się zbyt ckliwe, żeby mówić je głośno. Ciężko przełykamy dumę i bijemy się w mokrą pierś, mówiąc, że gdybyśmy cofnęli czas, było by inaczej. Słońce oślepia nas ironicznie - nic by się nie zmieniło.
Od dawna nikt z nas nie czuł się tak bezsilny i bezwartościowy, milczymy wspólnie z nadzieją, że smutek podzielmy przez dwa, jak w prostym przykładzie matematycznym. Ale nikt nas wcześniej nie nauczył, że nie ma w tym żadnej matematyki, że reguły są jasne, ale nikt nie wymyślił na to prostego twierdzenia. Upał. Koszulki kleją nam się do pleców, pocimy się obficie, ale ja mam wrażenie, że to całe nasza ciała płaczą.
***
Gdy babcia umarła a naszym zmartwieniem stało się walczenie o spadki i polisy, zaczęliśmy z ojcem myśleć o przyszłości, przeglądając ofertę ubezpieczeń, bo jak powiedział, „człowiek nigdy nie wie, jakie licho za rogiem nie śpi”.
Przekrzykujemy się tabelkami, wykresami i ofertami, licytujemy się na kwoty, procenty i składki. Śmierć przestaje być stanem, staje się wartością.
- O, patrz, tutaj masz pięć tysięcy za śmierć dziecka.
- Nieźle, ale masz dużo mniej, gdy zginę w wypadku komunikacyjnym.
- Cholera.
Licytacja trwa, przerzucamy strony, wertujemy liczby i planujemy zgony, myśląc nawet o jakimś małym wypadeczku w dalekiej przyszłości. Pojawia się w naszych głowach myśl, że śmierć, nie jest taka straszna, jest wręcz dochodowa, ale nikt nie mówi tego głośno, bo nie jesteśmy rodziną materialistów, a może dlatego, że ogólnie jesteśmy rodziną. Wertowanie tych tabel sprawia nam przyjemność, przyjmuje formę obdarcia śmierci z jej potęgi i tajemniczości - nieprzewidywane i nieuchronne staje się przewidywanym i pożądanym.
Kilka minut obliczeń, liczby nerwowo zapisane spoconym ściśnięciem długopisu. Kwoty stają się bardziej imponujące i przerażające niż sama śmierć, oczy błyszczą nam, gdy z naszych ust pada słowo „milion”. Liczymy jeszcze kilka razy, dla pewności. Liczby nie kłamią - znaleźliśmy ofertę idealną. Ojciec nerwowo wykonuje telefon.
- Chciałbym zamówić polisę.
Dzisiaj, dwa tygodnie po odejściu babci, ojciec i ja wygraliśmy ze śmiercią.
Ludzie często pytają się mnie o drogę, a ja nie potrafię nawet wytłumaczyć, gdzie jestem.
("Dwa, bo są na świecie dwie takie osoby - ja i ty")
Dużo mi było w głowie ostatnio pieprzyków.
Ojciec powiesił sobie przy lusterku pamiątkowy brelok z wojska, pokazał mi go mówiąc "To były czasy!", trochę na pamiątkę najlepszych lat, żeby pokazać, co się naprawdę liczyło.
Kupiłem sobie ciasne spodnie i matka powiedziała, że wyglądam jak pedał.
Dużo było ostatnio w moim życiu dziąseł, moje też czasem jeszcze cierpną, dziękuję.
Wróciłem do domu i kąpałem się długo, ale już nie wkładałem głowy w wodę, myłem się bezwiednie.
Słyszę czasem za ścianą, jak siostra pieprzy się z chłopakiem, mówię sobie wtedy jednak, że wytrzymam te DZIESIĘĆ MINUT.
Matce śniło się, że oszalałem, więc wzięła mnie do psychiatry i znaleźli:
Zaburzenia afektywne dwubiegunowe.
Jej twarz wydawała się być obklejona wycinkami z gazet, a każdy jeden przedstawiał inną jej część. Jak ze starą, odstającą naklejką, chciałem zdrapać jej te papierowe rysy. Patrzyłem na nią długo, była trochę jak papier-mache o zbyt rzadkiej konsystencji, zresztą, gdy wysiadła, jeden z kawałków odkleił się i uleciał na wietrze.
Po ciężkich nocach nadchodzą ciężkie poranki.
Byłem pijany, więc mówiłem, byli pijani, więc słuchali.
Mówiłem, bo byłem pijany, mówiłem dużo i szybko.
Zauważyłem w ich oczach pewną powagę, jakby stanęli przed czymś, czego nie rozumieją, irytowali się z niecierpliwości, gdy tylko robiłem przerwę na zaczerpnięcie oddechu.
Mówiłem, bo byłem piany, a oni słuchali, ale jakby z ledwością, nieprzyzwyczajeni do takiej uwagi.
Im więcej przystanków do domu, tym lepiej się czuję.
Drinki zawsze robię trzema kostkami lodu w proporcjach 1:3.
Zabijam czas powolnym zabijaniem siebie.
Udawałem dziś dzieciństwo, zadawałem mnóstwo pytań, ubrałem czapkę z daszkiem i buty ze świecącymi podeszwami. Chodziłem po drzewach, ale nie tak jak kiedyś, bo gałęzie się uginały, a potem piłką wybiłem okno u sąsiada, ale on tylko spytał się mnie, czy „pan widział tych gnojów, co to zrobili”. Łapałem muchy w pudełka od zapałek i podtapiałem je w zlewie, naszły mnie jednak wyrzuty sumienia - kto dał mi prawo do takiej zabawy? Wołałem starych kolegów, ale byli zajęci całowaniem się z dziewczynami, krzyczałem za nimi głośno „OHYDA!!!”, ale było w tym sporo zazdrości. Ukradłem tacie papierosa, żeby zapalić w ukryciu, ale nakrył mnie szybko, a potem poczęstował ogniem.
Nadszedł wieczór i moje buty wciąż świeciły przy stawianych krokach, a ja pomyślałem, że to może czas dorosnąć.
Przechodziłem obok pokoju, słysząc, jak matka płacze, zajrzałem tylko i poszedłem zrobić sobie kanapkę.
Robiliśmy kiedyś zdjęcia naszych ulubionych ścian, tych, w które najlepiej się patrzy, ale teraz nie ma z kim się wymieniać.
Pamiętam, choć nikt nie wierzy, że było kiedyś parę zdjęć, na których się uśmiechałem.
Muszę jechać do fryzjera, spinam już włosy spinką, gdy chodzę po domu.
Cześć pieśni, było miło, ale nie jest, pobite gary i krzyżówka wykreślanka, wycinam cię funkcją WYTNIJ, miało być tak pięknie a jest tylko dziura w telefonie, szansa poszła w las jak te zwierzątka od futerek, pobite gary i zakwasy na butach.
Wybiegłem szybko z wanny, spłukując się niedbale i wciąż słyszę strzelające mi w uchu bąbelki.
("Trzy, bo tyle lat się już znamy")
Mój przyjaciel w podstawówce mieszkał w starym pałacu prawie na końcu świata, ale zawsze mnie to trochę dziwiło, bo był to pałac ludzi biednych.
Wejście w dorosłość jakieś takie trudne, mieszkanie jakieś takie puste i sam czytam poranną gazetę.
Piję dużo zielonej herbaty, bo podobno źle działa na pamięć.
Na co Ty powiesz, że nie Michał, że to tak nie działa, że coś sobie napiszesz i już, na co ja powiem, a zamknij się, właśnie, że tak to działa.
Na co Ty powiesz, że no widzisz kurwa, jaki Ty jesteś, znowu to robisz, znowu bagatelizujesz, robisz ze mnie dzieciaka debila kretynkę idiotkę jakąś, a z siebie niewiadomokogo, kiedy Ty nawet wiadomokim nie jesteś, no ale widzisz za to, jaki jesteś, nie słuchasz bagatelizujesz i jaki Ty jesteś.
Na co ja się uśmiechnę, co Cię też podkurwi znacznie, ale ja tylko podejdę i Cię przytulę, co Cię wkurwi jeszcze bardziej, bo co to kurwa ma być, że mam się wykpić jakimś przytulanie, co będzie w mojej głowie trochę niezręczne, bo pomyślę sobie o Twojej trzyletniej waginie, ale jakoś to w sobie zduszę. I może zadziała, na jakiś ułamek setnej sekundy, na chwilę tak krótką, że drgnie Ci powieka i może nawet mocniej zaciśniesz na mnie ręce, ale nagle - HOLA, KURWA.
Ty powiesz, A SPIERDALAJ Z TAKIM CZYMŚ, JA CHCĘ CZYNÓW, NIE SŁÓW I PRZYTULAKÓW, takie coś, to mi nawet mama może dać, do misia mogę się przytulić, na poduszce ręce zacisnąć.
Na co ja powiem, no dobra, będą czyny, ale musisz dać mi szansę, albo sobie szansę, no ogólnie wiesz, szansę, no nie, a nie wywalać mnie z domu, co nie.
Na co Ty powiesz, a chuja, nie ma szansy, szansa była ale się zmyła, szansę miałeś ale już jej nie masz, były ze trzy teraz przepadły, każdą jedną przejebałeś boś buc, i jeszcze do tego debil. Szans miałeś wręcz za dużo, o dwa lub trzy razy za dobra dla Ciebie byłam, Ty chuju.
Na co ja tylko popatrzę jak smutny mops i ziemię butem posmyram i palce sobie ze wstydu powykręcam, wzrok w podłogę wpuszczę, na co Ty powiesz, no i po co jak ten smutny mops w tę ziemię patrzysz, no i po co tę ziemię butem smyrasz, no i po co te palce ze wstydu wykręcasz, no i po co ten wzrok w podłogę wpuszczasz, kiedy to już koniec, przepadło, decyzja jest nieodwołalna, poszło w eter, pierwsze słowo do dziennika, słowo się rzekło, nic nie zrobię, choćbym chciała, a nie chcę, ale nawet, jakbym chciała, to już kurwa nie mogę, no nie da się i już, Maryję proś, Józefa świętego Kleofasa, boga i powstańców.
Ale w całym tym Twoim skurwysyństwie, Michał, kiedy Twoje chujowe cechy przewyższają te dobre jakoś trzykrotnie, czterokrotnie, pięciokrotnie, albo i kurwa tak przewyższają, że może Ty tych dobrych cech wcale już nie masz, to muszę Ci przyznać, Michał, że to leżenie sobie z Tobą i takie nic nie robienie było całkiem w porządku, mimo tego całego Twego chujstwa, i tego, jaki jesteś chujowy. Ale to już nic nie znaczy, bo leżeć, to ja tak sobie mogę z kim chcę, o tak, kiwnę palcem – i leżę. Więc tym leżeniem swoim to nic nie ugrałeś, zbędne to leżenie Ci było. Nie, nie, Michał, no nie ma przebacz, klamka zapadła, ostatni gasi światło, pobite gary, spalony i resztki dla psa. Może i bym chciała, ale nie mogę, a może i bym mogła, ale nie chcę.
Ale w całym tym Twoim skurwysyństwie, Michał, kiedy Twoje chujowe cechy przewyższają te dobre jakoś trzykrotnie, czterokrotnie, pięciokrotnie, albo i kurwa tak przewyższają, że może Ty tych dobrych cech wcale już nie masz, to muszę Ci przyznać, Michał, że to leżenie sobie z Tobą i takie nic nie robienie było całkiem w porządku, mimo tego całego Twego chujstwa, i tego, jaki jesteś chujowy. Ale to już nic nie znaczy, bo leżeć, to ja tak sobie mogę z kim chcę, o tak, kiwnę palcem – i leżę. Więc tym leżeniem swoim to nic nie ugrałeś, zbędne to leżenie Ci było. Nie, nie, Michał, no nie ma przebacz, klamka zapadła, ostatni gasi światło, pobite gary, spalony i resztki dla psa. Może i bym chciała, ale nie mogę, a może i bym mogła, ale nie chcę.
To w tym wszystkim boli najbardziej, nie ty, ale my, to, że IDEA UPADŁA, że czas LECZY RANY, że DO WESELA SIĘ ZAGOI, że nikogo już nie obchodzi, że nas już nie ma, ktoś wrzucił nam w kapelusz ostatnią złotówkę i krzyknął, że pora spierdalać, bo to już się znudziło, to już nie rusza, i tylko mokniemy na tym deszczu.
Wiersze o zimie, o śniegu białym jak kartki!
("Cztery, bo cztery dni i już tęsknię")
„Przecież jestem, spójrz jestem tu. Jeszcze przez chwilę”. Patrzyłem!
Najgorsze są poranki, gdy wracają idee wymyślone w nocy – wtedy tak odkrywcze, wzniosłe i błyszczące, prężyły się przed nami i pieściliśmy je lekko, a ich mruczenie sprawiało nam nieopisaną przyjemność. Patrzymy na nie potem i okazują się być parodią, wstydliwą, żałosną myślą, która wypełzła z naszych gardeł podstępem, myśl zbyt kaleka, żeby mogła zaistnieć w pełni dnia, gdy umysły są czyste, niezatrute zmęczeniem i alkoholem. Wstydzimy się tych nocnych poczwar, bękartów naszych wypchanych trocinami świadomości, więc unikamy rano swoich oczu, wodzimy po ścianach, obserwujemy nasze dłonie i obgryzamy paznokcie, chowając nosy w kawie. Panuje między nami zmowa milczenia, wypieramy się wczorajszych maszkar, zapędzamy je pod dywan i skaczemy po nich niby przypadkiem, chowamy je do szafy i skazujemy na wieczne zapomnienie.
Ktoś jednak podłapuje wczorajszą myśl, która przeżyła nasze deptanie, i ulega jej kiczowatemu urokowi. Śmiejemy się wszyscy z moich dziur w głowie, bawi nas wielce Michał na psychotropach, Michał, którego naprawdę nie ma, wszyscy obiecują mi, że jeśli trzeba, to mnie zabiją, i śmieję się, dziękuję im za tę wspaniałą znajomość i poświęcenie, wręczam im medale za odwagę, ale trzęsą mi się ręce, bo tak bardzo się tego boję.
Ktoś nagle zaczyna walić rękoma w stół i skandować „nie istniejesz, nie istniejesz, nie ma cię”. Śmiejemy się wszyscy, bo wtedy wydaje się to zabawne, znać kogoś, kogo nie ma. Skandowanie jednak nie ustaje, robi się coraz głośniejsze i bardziej nachalne, widzę w ich oczach szał, krążą wokół mnie, śpiewając nieznane mi plemienne pieśni, ciągną mnie za nogi i ręce, chcą się dzielić moją nicością, każdy chce dla siebie niemożliwą cząstkę niczego. Owinąłem się w kołdrę, w bezpieczną i ciepłą, i przeczekałem szał.
Pytałem ich potem, co się stało – nie pamiętali.
Wracałem do domu autobusem, usiadłem na siedzeniu, trzymając się oparcia. Czułem się zbyt miękki i lekki, ulatywałem przez otwarte okno. Uśmiechnąłem się – okazuję się, że to wszystko było prawdą, że ich rytuały były prawdziwe – nieznośna lekkość niebytu, świat odkrył mnie i przywraca równowagę, zabiera mnie stąd, wabi swoją pieśnią. Byłem już w górze, połową ciała na zewnątrz, wyciekałem przez okno, parowałem przez wpółotwartą szybę. Poranna duchota uderzyła mnie w twarz, wycisnęła mi łzy z oczu i zabrała dech. Gdy wydostałem się prawie cały, do autobusu dostał się kanar z purpurową ze złości twarzą, złapał mnie za nogę, wciągnąć do środka i krzycząc – NI CHUJ, NI CHUJ, BEZ BILETU NIE LECISZ.
Krztusiłem się i płakałem – chcę lecieć, mam dość, chcę nie być, ale on tylko śmiał się i powtarzał bezmyślnie, plując wokół śliną – bez biletu nie lecisz, bez biletu nie lecisz.
Wysiadłem z autobusu z przywróconą mi dawną ciężkością, wahałem się pomiędzy bytem a niebytem. Poczułem nagle zapach dojrzałej, mielonej brzoskwini, gnietli ją w rękach ludzie pod przystankiem, chowając pestki po kieszeniach szerokich spodni. Zaczyna padać deszcz, ale jest to deszcz dziurawy, deszcz niedokładny, taki, który pada tylko raz w roku, cały pokryty jest niezacerowanymi rozdarciami, więc pada niedbale, od niechcenia, bez żadnych reguł. Moczy nas co tylko trzeci krok.
Czuję na sobie te krople, które przygniatają mnie twardo do ziemi, nasiąkam cały i nie mogę się wznieść, więc wygląda na to, że jeszcze trochę tu pobędę.
„Zaprosiłam ich na kawę, ale mam nadzieję, że nie przyjdą”.
„Nie pamiętam, czy gdzieś o tym czytałem, czy jeden z dostawców o tym mówił - nie pamiętam, jak to fachowo było, ale cząstki siarki są w jakiś tam sposób rozbijane, jednak nadal są (jeśli źle coś ująłem, to sorry, ale nie pamiętam, jak to było z tą siarką, w każdym bądź razie o coś takiego chodziło)”.
Włożyłem tosty do tostera, ale ich nie nastawiłem, więc gdy wróciłem parę minut później i zobaczyłem, ze są na wierzchu pomyślałem, że już wyskoczyły, więc wyciągnałem je, posmarowałem masłem i nałożyłem wędline. Jem teraz rozmokły, zimny chleb.
Bywa, że sobą zadziwiam sam siebie.
Stwierdziliśmy, że rzut monetą jest zbyt dziecinny, więc postawiliśmy na najlepszego charta.
- Co czytasz?
- Balzaca.
- Co?
- Balzaca.
- A masz papierosa?
Usłyszeliśmy głośny pisk i śmiechy. To znowu ktoś dla żartu spuścił powietrze z człowieka z balonem zamiast głowy.
W sklepie panowała żałoba, sprzedawali tylko mak.
Życie na wsi wymierało powoli i niezauważalnie, odchodziło w cień przy naszym pierwszym piwie, wycofywało się łagodnie, zupełnie już niepożądane, gdy odkryliśmy miasto.
Przestaliśmy biegać po łąkach i spacerować brzegiem rzeki, nie było już czasu na zbieranie truskawek i patrzenie w ziemię obracaną przez pług. Starzy próbowali namawiać nas i przekonywać, szeptali nam do ucha słodkie tajemnice zbiorów, ale nikt z nas nie słuchał, kierując oczy na wielkie, kolorowe szyldy.
Czasem jeszcze znajdowaliśmy w chlewach stare widły czy grabie, próbując przypomnieć sobie, do czego służyły. Jednak były to ledwie przebłyski z dzieciństwa, mdłe zachcianki, szybko zapominane w szumie i drganiach nowoczesności. Życie niepotrzebne, życie wiejskie odchodziło wraz z ostatnimi gospodarzami, pamiętającymi przesiedlenie i znającymi tajemnicę, przez nas nigdy nieodkrytą.
17.11.03, z lekcji języka polskiego:
Cześć Ferdek!
Co u ciebie słychać? Ostatnio Pani na lekcji pytała o ulubioną bajkę. Dlatego postanowiłem Ci o niej opowiedzieć. Ta bajka to „Kubuś Puchatek”. Opowiada o przygodach małego, grubego misia, który bardzo lubi miód i ma bardzo mały iloraz inteligencji, co czasami prowadzi do wielu zabawnych i dziwnych sytuacji. Ma wielu przyjaciół m.in. Prosiaczka, Kłapouchego, Tygryska, Kangurka i Królika. Mam nadzieję, że gdy w przyszłości obejrzysz tą bajkę i Ci się spodoba.
Michał
Alkohol – opary alkoholu latają nad naszymi głowami jak sępy, pikują czasem w dół skłaniając do pozdrowień.
Masz dziurę w ścianie i chowasz ją za meblami, niby nic nie widać, ALE ONA TAM JEST I TY O TYM WIESZ. I ta dziura cię męczy, zapraszasz do domu gości i chwalą twój pokój, ale ty wiesz, że ta dziura, rozumiesz?
Burdel w pokoju, burdel w mej głowie.
Wchodzę do pokoju pustego i zimnego, sam jestem pusty i zimny.
("Pięć, bo, no dobra pięć")
Dołeczki, dziąsła, sto tysięcy kolorowych pieprzyków.
Zlewamy pot do butelek i wylewamy za okno, znacząc nasz szlak. Oblizujemy usta krzywiąc się natychmiast. Łapiemy się za ręce, ale są to kontakty krótkie i chaotyczne, dłonie wyślizgują się nam jak świeże ryby.
Autobus przegrańców 4:54, mazałem po szybie szukając cię w kształtach, wierciłem się szukając przystanku na żądanie, zawsze były dość jasne. W kieszeni tliły się niedopałki, wysiadłem z nadzieją na coś lepszego, szedłem z papierosem w ręku, chciałem żeby znów śmierdziały mi ręce, zimno mi w prawe ucho, słyszałem, że to oznacza lepszą pogodę, wracałem do domu jak wtedy, gdy zmartwienia były bardziej romantyczne.
Powiedziałem sobie – zrobię sobie drinka, gdy w lodówce będzie lód.
…
Cóż, lód zdrapany ze ścian zamrażarki w niczym nie jest gorszy od tego w kostkach.
Wyglądam trochę, jakbym się zgubił i nie chciał znaleźć.
środa
Wojsko
W tym samym czasie, gdy zacząłem wariować, dostałem wezwanie na komisję wojskową. Kiedyś chciałem być żołnierzem, albo dzieckiem powstańca noszącym amunicję. Ale przeszło mi, gdy wszedłem do sali i zobaczyłem te mordy. Usiadłem przed pułkownikiem, który zapytał:
Na szczęście polskie wojsko jest niepoważne, i nie umiem się w to wczuć, gdy ktoś na filmie usuwa miny kosiarką Bożena-4.
- Nazwisko?
- Skrętkowicz.
- Jak?
- Skrętkowicz.
- A, Skrętowicz.
- Nie, Skrętkowicz.
- Rozumiem.
Na mojej teczce, na mojej WOJSKOWEJ KARTOTECE napisał Skrętowicz.
- Skrętkowicz kurwa przez K, jak AK – tonąłem w braku opanowania, tonąłem w chęci natychmiastowego wyjścia.
Siadam i oglądamy wszyscy losowanie lotto, próbuję sobie wyobrazić, że to Wietnam i tak losują mój miesiąc i wyślą mnie na wojnę, ale jakoś mnie to nie rusza. I tak oglądamy to lotto, a on bierze nasze teczki i czyści nimi biurko z okruszków. Zastanawiam się, czy naprawdę jestem tyle wart, żeby zamiatać blat moją osobowością. A potem leci jakiś stary polski film o dzieciach, ale to chyba za dużo, więc podłączają diwidi i puszczają nam filmy.
Filmy są ciekawe, powiewa w nich dumnie biało-czerwona flaga, ładne panie i mężni panowie prężą się dumnie i z dumą mówią o swojej dumnej służbie i w ogóle czuć w tych filmach jakąś taką dumę. I ta muzyka jak z filmów o dużych bitwach elfów z orkami, łapię się czasem na tym, że się wciągam, bo te karabiny tak głośno strzelają i mocno dymią, a przecież każdy chłopak chcę być żołnierzem, a za mundurem panny sznurem i przyjedź mamo na przysięgę.
Na szczęście polskie wojsko jest niepoważne, i nie umiem się w to wczuć, gdy ktoś na filmie usuwa miny kosiarką Bożena-4.
Potem mam wrażenie, że chcą mi przytrzymać powieki i kazać to oglądać bez przerwy, ale możliwe, że to mi się pomyliło z jakimś filmem.
Wzywają mnie do innego pokoju, siadam i mówię, że nazwisko matki takie i takie, języki ten i ten, a potem moje zainteresowanie. Więc mówię:
- Fotografia, pisanie.
- Co?
- No pisanie, fotografia.
- He?
- LITERATURA.
I pan obok mówi:
- Więc możemy podać sobie rękę.
I sięga do torby, i grzebie w tej torbie i czegoś szuka, i podaje mi cienką książeczkę z zachodem słońca na okładce podpisaną „poezje” i trochę mną trzepie, że to poeta od zachodów słońca. Kartkuję to szybko, uśmiecham się i mówię, że na pewno przeczytam. On mi mówi, że nie przeczytam, bo trzeba dodrukować. Więc mówię, że postaram się znaleźć. Ale on mówi, że nigdzie już nie ma. Więc już chcę powiedzieć „TO KURWA ŁASKI BEZ, SAM SOBIE CZYTAJ”, ale przecież to poeta, wrażliwiec straszny, więc mówię, że i tak poszukam. I znowu chcę wyjść, staję w drzwiach, ale on coś mówi, i ja już pierdolę takiego poetę, co się tak narzuca, poeta jebany przeklęty, i już wychodzę, i przerywam mu w połowie jakiegoś wiesza i pytam, kogo mam zawołać, i już mnie nie ma i mam wrażenie, że rzuca we mnie z tym swoim tomikiem.
Zmieniam pokój, i mam się rozbierać, więc się rozbieram i tak stoję w moich ulubionych bokserkach i patrzą na mnie z każdej strony, ważą mnie i mierzą, jakby mi garnitur szyli, chociaż wiadomo, że kurwa mundur. I wojsko jest dla cwaniaków, więc uczę się szybko ostatniej kolumny liter na tablicy i błyszczę jak sokół, gdy sprawdzają mi wzrok.
I podchodzę do starego lekarza - masz świetne proporcje – trochę się krzywię się, gdy mi to mówi, bo śmierdziało mu z ust, a potem złapał mnie za gumkę od bokserek i patrzy tak chwilę na mojego penisa, przysiągłbym, że może nawet o sekundę za długo, ale co się będę kłócić, jak mam świetne proporcje.
Ale jest też we mnie pewna ułomność, co zaznaczone mam paragrafem i podpunktem i pogurbioną czcionką, mianowicie dwa pryszcze na plecach.
Ale jest też we mnie pewna ułomność, co zaznaczone mam paragrafem i podpunktem i pogurbioną czcionką, mianowicie dwa pryszcze na plecach.
A potem czekam, i czekam jeszcze trochę, czytając jakąś książkę, i moja brygada, moja kompania, moi bracia w ramionach tak patrzą, że mam ochotę podnieść tę książkę do góry i powiedzieć „taaak, too jeeeest ksiąąąążkaaaaa”, ale byli dwa razy więksi ode mnie, więc mogę nimi gardzić tylko głęboko w sobie, ale przynajmniej szczerze.
A potem dostaję kategorię „A”, co wydaje mi się dość śmieszne, bo pierwsze co bym zrobił z karabinem, to strzelił sobie w głowę.
sobota
Fikcja literacka
Jedziemy z ojcem i ja nie czuję się synem, a on nie czuje się ojcem.
I nie widzieliśmy się cały tydzień i myślę, czy on wie, że mam matury, a jedna, to nawet była w moje urodziny.
Ale my tak jedziemy i on zostaje przewodnikiem, zakłada na głowę zieloną czapkę z napisem "Krzysztof" i pokazuje mi to wszystko, co mijamy i on wie wszystko o wszystkim i macha mi palcami przed oczyma i mówi, że tu była powódź, a tu jest ten dobry skrót, i człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją, i tutaj mam na przykład autobus, ale nie wiadomo za bardzo, gdzie on jedzie, a z drugiej strony jest taki ładny dom, który mu się podoba, i człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją. I mijamy jakieś lasy w połowie wykarczowane i on mówi, że chodził tu na grzyby, ale kiedyś to się wszystko pozmienia.
Ale ja potrafię powiedzieć tylko "no", znam "no" każdej tonacji, smutne "no", że ich zalało, i "no" zaskoczone, że tędy naprawdę można przejechać, "no" podirytowane, gdy wkurzamy się razem na te wszystkie dziury w drogach i "no" podekscytowane, gdy mówi - patrz na te sikory.
I mamy skręcić w lewo, ale jedziemy prosto, bo chce mi pokazać karczmę, która tu jest i pewnie o niej nie wiedziałem, bo człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją. I oglądamy tę karczmę w starej stodole i z okna wystaje pies i nie mam o tym psie żadnej myśli.
I potem dojeżdżamy do domu, a ja pytam "dwie czy jedną", a on mówi "dwie" i otwieram dwie połówki bramy wjazdowej.
A potem pijemy kawę orzechową i on się mnie teraz pyta, czy lubię mocno posłodzoną, a ja mówię "dwie i pół".
Człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją.
I gdy nie patrzy chowam twarz w dłonie i wzdycham ciężko, bo jest mi tak śmiesznie ciepło w brzuchu, i nie wytrzymuję już presji tych rozmów i tak bardzo nie wiem, jak mam się teraz zachować.
A potem w rogu kuchni widzę jaszczurkę, dotykam ją palcem i odpada jej ogon, i mówię, że kiedyś to się wszystko faktycznie pozmienia.
I nie widzieliśmy się cały tydzień i myślę, czy on wie, że mam matury, a jedna, to nawet była w moje urodziny.
Ale my tak jedziemy i on zostaje przewodnikiem, zakłada na głowę zieloną czapkę z napisem "Krzysztof" i pokazuje mi to wszystko, co mijamy i on wie wszystko o wszystkim i macha mi palcami przed oczyma i mówi, że tu była powódź, a tu jest ten dobry skrót, i człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją, i tutaj mam na przykład autobus, ale nie wiadomo za bardzo, gdzie on jedzie, a z drugiej strony jest taki ładny dom, który mu się podoba, i człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją. I mijamy jakieś lasy w połowie wykarczowane i on mówi, że chodził tu na grzyby, ale kiedyś to się wszystko pozmienia.
Ale ja potrafię powiedzieć tylko "no", znam "no" każdej tonacji, smutne "no", że ich zalało, i "no" zaskoczone, że tędy naprawdę można przejechać, "no" podirytowane, gdy wkurzamy się razem na te wszystkie dziury w drogach i "no" podekscytowane, gdy mówi - patrz na te sikory.
I mamy skręcić w lewo, ale jedziemy prosto, bo chce mi pokazać karczmę, która tu jest i pewnie o niej nie wiedziałem, bo człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją. I oglądamy tę karczmę w starej stodole i z okna wystaje pies i nie mam o tym psie żadnej myśli.
I potem dojeżdżamy do domu, a ja pytam "dwie czy jedną", a on mówi "dwie" i otwieram dwie połówki bramy wjazdowej.
A potem pijemy kawę orzechową i on się mnie teraz pyta, czy lubię mocno posłodzoną, a ja mówię "dwie i pół".
Człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją.
I gdy nie patrzy chowam twarz w dłonie i wzdycham ciężko, bo jest mi tak śmiesznie ciepło w brzuchu, i nie wytrzymuję już presji tych rozmów i tak bardzo nie wiem, jak mam się teraz zachować.
A potem w rogu kuchni widzę jaszczurkę, dotykam ją palcem i odpada jej ogon, i mówię, że kiedyś to się wszystko faktycznie pozmienia.
niedziela
Ablacja albo krzesło jest puste
Odważnie uciekłem do kibla i stałem tam przy tych takich do sikania bez klapy i opierałem się ręką o ścianę. Postałem tak chwilę wdychając pełną piersią unoszące się cząsteczki moczu i może nawet spermy, kto wie - te bary, i wróciłem na miejsce.
Ściskała mnie jakby bała się, że porwie ją jakiś silny wiatr, ale byliśmy w budynku, więc to bez sensu.
Bawiliśmy rękoma w kotka i myszkę, w papier i kamień, w wojnę kciuków i w łapki, ale ten jeden kciuk coś ciągle spierdalał i te dwie moje łapki coś ciągle nie chciały się bawić.
Więc zbiegła z tych schodów ta płacząca lekkość bytu czy coś takiego.
A potem ta pani pyta się mnie, czemu ludzie przeze mnie płaczą, a ja chciałbym teraz jej odpowiedzieć, że to chyba taki dar.
I jak się mnie czyta, to to jest tak słabe, że się płacze i odchodzi.
I wkurwiają mnie sny, bo się potem budzę, i wtedy się obudziłeś, Michał.
I że zostanę ja, który już w sumie nie potrafi zasnąć bez kieliszka wódki przed snem, ja i mój bezcieb, mój całkowity bezcieb.
Więc siedzę tam JAK NA SZPILKACH I PATRZĘ W TE JEBANE PUSTE SZKLANKI, TE JEBANE SZKLANKI, KTÓRE SĄ TAK BARDZO WYPITE I PUSTE, BO NIC INNEGO NIE MOGĘ, JAK NIE PATRZEĆ W TE SZKLANKI, JAK ONE SĄ TAK BARDZO JAK JA, TE KUREWSKIE SZKLANKI, WYPITE CAŁKOWICIE ALBO Z PIANĄ NA DNIE, TE SZKLANKI ZE ŚLADEM POMADKI I TE ZE STRUŻKĄ ŚLINY, CO TAK STOJĄ I CZEMU NIKT ICH STĄD NIE ZABIERZE, JAK ONE TU TAK STOJĄ BEZ SENSU TAK PUSTE.
Większość rzeczy, które pisałem do siebie teraz to takie małe okłamywanie się, klepanie się po plecach, ale nie da się poklepać siebie samego, tak samo, jak nie da się połaskotać w stopę, a ja tak bardzo chciałbym umieć się rozśmieszyć.
I ja wrócę do domu, gdzie mam taką małą wannę, i taplam się w niej pustej, bo jest tak przyjemnie chłodna i nie wystają mi tam nawet palce.
Chcę moje małe życie, moją małą pracę i moje małe ambicję, chcę wracać pijany z roboty, nastawiać sobie pyszne tosty i puszczać predatora, póki nie zasnę.
(Sparafrazowałem pana, którego spotkałem w autobusie, taki chcę być mamo, co mi teraz więcej potrzeba w życiu, chyba tylko kurwa oregano - do tych tostów).
I czuję się trochę jakbym robił taki performens - Słup soli - że stanę, i tak będę stał, czasem coś zjem i zesram się pod siebie, i tak będę stał, póki nie umrę, i z tego będę znany, że on tak kurwa przestał całe życie, jak ten jebany słup soli.
Prezentacji maturalnej chyba też nie zrobię, wyjdę tam, powiem, że już mnie nie interesuje ta jebana psychologia, że Freud to był pedał, ojcobójca i matkojebca, że kurwa dzieciństwo miał smutne to mu odjebało, że jak on myśli, że wchodzenie do kościoła, to jest stosunek, to jest jakiś kurwa pojebany i ja pierdolę taką maturę. Mogłem sobie wziąć motyw lustra a nie jakieś gówno, dziękuję.
I tak powiem i może dostanę 6 pkt., może oni też nie lubią tego pachoła.
Więc poszedłem spać w łóżku, które było takie duże i nie-moje, i chyba to mi właśnie w życiu podoba, żeby spać w łóżkach, które są duże i nie-moje, i są tylko po to, żebym spał w nich raz.
I obudziłem się rano i palec z paznokciem jest cały czarny i zastanawiam się, czy czegoś nie pamiętam, czy może naprawdę zacząłem gnić i będę pierwszym człowiekiem, co tak sobie zgnił sam z siebie, bo nie miał nnic ciekawszego do roboty.
Ciągle do pokoju wlatuje mi pszczoła, od paru dni jedna i ta sama pszczoła wlatuje mi do pokoju, a może kilka innych, skąd mam kurwa wiedzieć. Zażartowałbym, że pachnę kwiatkami, ale ja wiem, że leci do zgnilizny mojego ciała, bo to przecież tak słodko pachnie, ale nie są to jednak te zgniłe jabłka.
Wytatuuję sobie na czole jakiś głupi napis i będą o mnie mówić "O, TO TEN POJEBANY Z TATUAŻEM NA CZOLE!", i chyba wolę tak, niż żeby mówili "O, TO TEN POJEBANY!"
Patrzę teraz na świat trochę jak dziecko, które boi się filmu i ogląda go przez palce, mając nadzieje, ze ominą je straszne rzeczy, ale jest zbyt ciekawe, żeby przestać oglądać.
I ta pszczoła, albo kilka różnych, ale zawsze pojedynczo, krąży mi wokół palca.
I to nie mogło być jak w tych filmach familijnych gdzie biega się razem po drzewach i wspina się na łąki.
A na drugi dzień ogarniam w pokoju, bo za często potykam się o stare śmieci i gdy tak porządkowałem te wszystkie papiery z tych wszystkich dni z tych trzech lat coś tak mocno ukłuło mnie w twarz.
Więc tak siedzę, ja i cierpienia młodego Michała, kręcę się między górą a dołem, na górze trochę się krzywię i grymaszę, na dole popijam pepsi i oddaje tacie dachówkę, którą znalazłem w pokoju, lekko się przy tym uśmiechając, i mówiąc, że 'no nie wiem skąd ona tutaj', dając tacie zagadkę na resztę dnia, a może nawet życia.
I potem leci jakiś 'CHEER UP, BABY, NIE ZAWSZE BYŁO TAK ŹLE', A JA MUSZĘ STĄD WYJŚĆ, MUSZĘ WYJŚĆ, MUSZĘ WYJŚĆ, MUSZĘ WYJŚĆ.
I znowu schodzę na dół, a ojciec śmieje się z gejowskich barw, bo zobaczył prześcieradło sąsiada, choć mówi, że nawet za bardzo nie wie, jakie to są dokładnie, więc ja mówię, że chyba bardzo krzykliwe, wychodzę na dwór i pies przynosi mi w zębach tęczowego misia, i wtedy wydaje mi się to śmieszne.
Chciałbym iść gdzieś daleko, ale z tego wszystkiego zapomniałem założyć paska więc ciągle zsuwają mi się spodnie.
Potem wołam psa, który lubi ze mną spacerować, ale tylko gdy na niego gwiżdżę i macham wysoko pięścią.
I wiatr rozwiewa mi włosy, tylko na chuj mi dzisiaj ta cała filmowość.
I nie mogłem wczoraj zasnąć, więc zamiast baranków liczyłem, ile razy powiedziałem wieczorem "ja pierdolę".
I znalazłem w kieszeni połowę papierosa, na szczęście tę z filtrem, więc nie jest takie złe to moje życie.
I wieje tak mocno, że nie mogę odpalić tego Laki Strajka, więc ta połowa Szczęśliwego Trafu faktycznie jest tylko w połowie szczęśliwa.
A potem jedną zapałką podpalam całe pudełko, bo marnowanie okazji najlepiej mi w życiu wychodzi.
A potem wracam do miejsca w którym śpię od kilku lat, bo home to ja miałem tylko w piosence i tylko przez parę miesięcy.
I schodzę na dół, nabijam na patyka chleb i kiełbasę, wkładam to do piekarnika, i ojciec chwali mnie, że dobrze pomyślane.
Więc jem tę kiełbasę i przeglądam stare zdjęcia z krzesłami, bo one zawsze były o mnie.
I potem oddzwaniam na jakiś numer, który dzwonił w nocy i mamy się spotkać pod kościołem, więc biorę bluzę i wychodzę, a spodnie wciąż mi spadają.
I wsiadam do auta pod kościołem i pyta się mnie, co tam u mnie, więc otwieram już usta, żeby coś powiedzieć, a on do mnie, że ma arytmię, więc zamykam usta, kogo obchodzi co u mnie, skoro ten gość ma arytmię, więc ja z moimi małymi problemami i zdrowym sercem zapadam się w fotel i słucham.
I mówi mi, że będzie miał ablację, czyli że przez pachwinę wprowadzają taki drucik, że ci taki drucik przechodzi przez połowę twojego ciała, aż dotknie twojego serca, i ten drucik, a dokładniej to elektroda, jak już dotknie twojego serca, to tak je smaży i smaży póki nie zesmaży tego, co sercu przeszkadza bić równo i bez niespodzianek. I mogę mieć potem – mówi – krwiaka lub tętniaka, mogę mieć jakieś tam zaburzenia albo zakrzepice, czyli mogą uszkodzić mi serce, albo w ogóle umrę, no więc zobaczymy jak to będzie.
I słucham go tak i przytakuję: 'no masakra', albo 'o kurwa', i ja już się więcej nie odzywam, ja się teraz nie liczę, moje problemy się rozwiązały, skoro on ma mieć ablację.
Z motyką na słońce
Ustaliliśmy z właścicielem hotelu, że będzie o połowę taniej, ale musimy po sobie sprzątać.
Czasem źle coś wymówię, ale mogło być gorzej, przynajmniej nie jestem tabasaraninem.
Zawsze nosisz w staniku batonik, a mówili mi, że sny są niejasne.
czwartek
Skrętkowicz
Siedziałem w tramwaju, i zastanawiałem się, dlaczego myślenie o niczym ma związek z niebieskimi migdałami. Dręczyła mnie też wizja tak zwanej przyszłości, jak nigdy teraz niepewnej, samotności, która ostatnio tak śmiesznie kuła mnie w policzek. Pod siedzeniem zobaczyłem papierosa.
Byłem kilka centymetrów od jego krocza, gdy schyliłem się, żeby go podnieść. Tramwaj zahamował, a ja upadłem na kolana w wymuszonym podziękowaniu. Filtr był w połowie szary, brudny, owinięty włosiem. Wstałem, włożyłem go między zęby i strzepałem pył z kolan. W zębach zazgrzytał mi piach.
- Ma pan ognia?
Spojrzał na mnie z jakąś dziwną troską, śmierdząca potem z jąder matka Teresa, wyschłe, smutne usteczka i brudne ręce złożone do modlitwy, do gestu pobłogosławienia tego, który zbłądził. Sięgnął do kieszeni kurtki - tej, która tak wkurwiająco szeleści i podał mi zapalniczkę. Trójwymiarową gołą kobietę. Kamień zatrzeszczał.
- Nie skrzy się. Nieskrzysię. Nieskrzęsię. – Rzuciłem mu ją w ręce.
Wysiadłem z tramwaju, zaglądając szybko, czy znajdę pod siedzeniami coś jeszcze.
- Zapałki? – Garść srebrnego śmiecia zadzwoniła w kioskowym okienku, rozpalając lekko tą panią. Dźwięk przerywanej nudy, dźwięk ‘może coś się wreszcie wydarzy’, dźwięk, który śni ci się w nocy, sen idealny, gdy klienci nigdy się nie kończą.
- Tylko dwajścia, tylko.
- Przesadziłem, co? – Zaśmiałem się głośno. To był naprawdę dobry dzień.
Papieros miał smak bazarowych kapci albo tramwajowej podłogi, co dało mi do myślenia. Siedziałem pod kwitnącą, chyba wiśnią, ale ciągle czułem padlinę. Siedziałem obok kota ze śmiesznymi oczami.
„I nie wódź nas na pokuszenie” rozbrzmiało za moimi plecami głosem starych dewotek, tak mocno przesyconym desperacją, samotnością i pożądaniem. A więc wiśnia była kościelna.
I mijające mnie dziecko w śmiesznej czapce, na ramionach ojca, które popatrzyło na mnie wzrokiem pełnym szczerej litości i zaciekawienia.
- Lekko się taplam w tym wszystkim – powiedziałem mu na głos lub w myślach, nie jestem w stanie stwierdzić. Duże, zatroskane oczy przypomniały mi zdjęcie wiszące na lodówce. Mam 3 lata, głowa całkiem sporawa, kołnierzyk pod różowym sweterkiem, te same usta, tylko nos trochę mniejszy, mniej żydowski. Ale ja nie mogłem być tym dzieckiem.
W gardle miałem dym gęsty, niemożliwy do wciągnięcia, jakbym trzymał w ustach płonącą, plastikową butelkę. Wypalony filtr poparzył mnie w usta.
Z wiszących pod szyją słuchawek usłyszałem ‘God, who'd want to be such an asshole?’.
wtorek
Odszranianie oziębiaczy powietrza
Przeglądałem „Absorbcję na węglu aktywnym”, gdy dostrzegłem, że siedzi obok mnie ze słuchawkami podpiętymi do ściany i słucha Billy Jeana. Rozpoznałem po melodii i białych skarpetkach, które wychodziły mu z buta, gdy prawą piętą kręcił munłoka. Wspólny język złapaliśmy od razu, szturchnąłem go i mrugnąłem porozumiewawczo, powiedziałem, że podoba mi się jego sweter, a on do mnie, że ja też jestem w porządku. Z pochwał przeszliśmy na przekomarzanie, wyśmiałem go, gdy stwierdził, że EC2 stanowi jednoznacznie, że jeżeli równowaga statyczna konstrukcji zależy od nośności jej elementów na skręcanie, to należy przeprowadzić pełne obliczenie na skręcanie zarówno w stanie granicznym nośności jak i użytkowalności. Nie pozostał mi dłużny, ziewał ostentacyjnie, przeciągał się dźwiękiem pękających żeber, gdy próbowałem wytłumaczyć mu, że praca oziębiaczy powietrza nowego urządzenia chłodniczego z okresową zamianą ról wymienników ciepła zawiera podstawowe cykle pracy ziębienia i przełączenia. Sporo przerzucaliśmy się wzorami, ale naprawdę ciężko je zapisać.
Pomilczeliśmy chwilę i powiedziałem, że mam różową szczoteczkę do zębów, ale przynajmniej czyści język i policzki. Pochwaliłem się kalendarzem, z którego można wyrywać kartki, a potem gnieść je i wyrzucać do kosza, a z tyłu są porady lub ciekawostki.
Zamilkłem nagle więc zapytał, co się stało, więc mówię mu, że coś mi ostatnio słowa nie powstają, że jak kiedyś widziałem je w głowie w formie takich białych chmurek, to teraz niebo jest czyste, że jak ja mogę żyć w czasach, w których wyburza się dom Gatsbiego, że kiedyś wysyłaliśmy sobie zdjęcia ścian, żebyśmy mogli patrzeć w nie wspólnie, a teraz to ścianą jesteśmy podzieleni, że przewijam się przez te ręce, tą głowę i te plecy, ale to tylko ręce, głowa i plecy, więc tak naprawdę nie mam znaczenia.
I nagle zniknął, a ja żałowałem, że nie przyszedłem tu pijany.
sobota
poniedziałek
Geny
Matka pyta się mnie czasem, co tam u tej i u tej, a ja jej mówię, że nie wiem. Potem pyta się mnie, co tam u tej i u tej, a ja mówię, że zobaczymy.
Wieczorem ojciec wraca z pracy, ale nie pyta, co tam u tej i u tej, czy jeszcze tej i tamtej, albo co tam u mnie, obok mnie i ze mną, przechodzi obok syna lekko ruszającego ustami, kiedy ten tworzy sobie najcieplejsze odpowiedzi do tych małych rodzinnych dialogów.
Wieczorem ojciec wraca z pracy, ale nie pyta, co tam u tej i u tej, czy jeszcze tej i tamtej, albo co tam u mnie, obok mnie i ze mną, przechodzi obok syna lekko ruszającego ustami, kiedy ten tworzy sobie najcieplejsze odpowiedzi do tych małych rodzinnych dialogów.
środa
W oczach masz płonące pola
Rozglądam się po twarzach, po ciałach, na wbijane w plecy noże i wzajemne oblizywanie ostrzy.
Zastanawiam się, czy byłbym w stanie krzyknąć "dość, kurwa!", ale przecież ja tu nie jestem, żeby ratować świat - wręcz przeciwnie, my ten świat mieliśmy wywrócić do góry nogami. Świat był dla nas, nie my dla świata, nasze wartości miały przyjąć się same, ale wartości już nie ma, wartości wpadły w gówno, za przeproszeniem, w rzygi, idea stała się niezaszczepialna. Już na początku nikt nie zauważył, że pies zdechł zanim ujrzał światło monitora, urodził się bez serca i nawet, gdyby przeżył, potrafiłby tylko żreć i się pieprzyć.
Mówiliśmy światu "spierdalaj", a teraz świat mówi nam "to wy spierdoliliście".
Nie potraficie ze sobą rozmawiać, a czym, jak nie słowem, chcieliście zdobyć ten świat?
Wasz świat był planetą bez pokrycia, pragnęliście, żeby wszystko pierdolnęło, bo tak byłoby łatwiej, umrzeć przy wybuchających wulkanach zalewanych przez ogromne fale, trzymać się za ręce przy topniejącym słońcu, z uśmiechem pokazywać palcami spadające bomby, odejść w momencie, gdy wszyscy myśleli, że cel był szczytny, pobudki szlachetne, a wartości niezaprzeczalne, nienaruszalne i nieprzemijalne.
Ale na głowę spadły wam dekoracje - styropianowe fale, radio puszczające syrenę alarmową, paczka fajerwerków i dwie petardy. Okazało się, że można jeszcze żyć, można się śmiać, a nawet czasem zapomnieć i poddać się chwili. Ale najgorzej jest w nocy, bo tak bardzo nienawidzisz wtedy przysłowia, że czas leczy rany, że do wesela się zagoi, nienawidzisz siebie za to, że zaczynasz czuć się dobrze, nie możesz spojrzeć w lustro, bo przyzwyczajasz się do normalności, a przecież na duszę matki zarzekałeś się, że już nigdy nie będzie, jak kiedyś.
Końca świata nigdy nie było i to jest waszą największą tragedią.
Zastanawiam się, czy byłbym w stanie krzyknąć "dość, kurwa!", ale przecież ja tu nie jestem, żeby ratować świat - wręcz przeciwnie, my ten świat mieliśmy wywrócić do góry nogami. Świat był dla nas, nie my dla świata, nasze wartości miały przyjąć się same, ale wartości już nie ma, wartości wpadły w gówno, za przeproszeniem, w rzygi, idea stała się niezaszczepialna. Już na początku nikt nie zauważył, że pies zdechł zanim ujrzał światło monitora, urodził się bez serca i nawet, gdyby przeżył, potrafiłby tylko żreć i się pieprzyć.
Mówiliśmy światu "spierdalaj", a teraz świat mówi nam "to wy spierdoliliście".
Nie potraficie ze sobą rozmawiać, a czym, jak nie słowem, chcieliście zdobyć ten świat?
Wasz świat był planetą bez pokrycia, pragnęliście, żeby wszystko pierdolnęło, bo tak byłoby łatwiej, umrzeć przy wybuchających wulkanach zalewanych przez ogromne fale, trzymać się za ręce przy topniejącym słońcu, z uśmiechem pokazywać palcami spadające bomby, odejść w momencie, gdy wszyscy myśleli, że cel był szczytny, pobudki szlachetne, a wartości niezaprzeczalne, nienaruszalne i nieprzemijalne.
Ale na głowę spadły wam dekoracje - styropianowe fale, radio puszczające syrenę alarmową, paczka fajerwerków i dwie petardy. Okazało się, że można jeszcze żyć, można się śmiać, a nawet czasem zapomnieć i poddać się chwili. Ale najgorzej jest w nocy, bo tak bardzo nienawidzisz wtedy przysłowia, że czas leczy rany, że do wesela się zagoi, nienawidzisz siebie za to, że zaczynasz czuć się dobrze, nie możesz spojrzeć w lustro, bo przyzwyczajasz się do normalności, a przecież na duszę matki zarzekałeś się, że już nigdy nie będzie, jak kiedyś.
Końca świata nigdy nie było i to jest waszą największą tragedią.
niedziela
Listy z kodeksów prawnych
(...) W niedzielę, dwudziestego siódmego marca siedzimy i pytamy się nawzajem "co teraz?", ze świadomością, że to jak ciągłe zaglądanie do lodówki, w której nic przecież nie ma.
Mijasz pewne miejsca, słyszysz pewnie słowa i do głowy wpada ci myśl - zupełnie jak po zgaszeniu światła, gdy przed oczami pojawiają ci się wczorajsze sny.
Mijasz pewne miejsca, słyszysz pewnie słowa i do głowy wpada ci myśl - zupełnie jak po zgaszeniu światła, gdy przed oczami pojawiają ci się wczorajsze sny.
piątek
niedziela
Lodołamacz
Moja matka czyta teraz książkę bez tytułu, bo sprzedaż wzrośnie, będącą najbardziej typowym romansidłem.
Po wielu fabularnych zawirowaniach, odmowach i seksie, na ostatnich stronach, po sakramentalnym 'tak', autorka umieściła PRZEPIS NA CIASTO.
JEST TO NOWA ERA LITERATURY KOBIECEJ.
Literatura, która w subtelny sposób mówi kobiecie - "No, no, już, już, popłakałaś sobie, opowieść była smutna, ale przecież dobrze się skończyła, spędzisz teraz resztę dnia, myśląc, że dobrze by było, gdyby cię to spotkało, ale teraz RÓB DZIECIOM CIASTO, DZIWKO!"
Po wielu fabularnych zawirowaniach, odmowach i seksie, na ostatnich stronach, po sakramentalnym 'tak', autorka umieściła PRZEPIS NA CIASTO.
JEST TO NOWA ERA LITERATURY KOBIECEJ.
Literatura, która w subtelny sposób mówi kobiecie - "No, no, już, już, popłakałaś sobie, opowieść była smutna, ale przecież dobrze się skończyła, spędzisz teraz resztę dnia, myśląc, że dobrze by było, gdyby cię to spotkało, ale teraz RÓB DZIECIOM CIASTO, DZIWKO!"
Umyszł
Zaczęło się.
Wiedziałem, że się zacznie. (Musiało się zacząć).
W piąty dzień bezsenności, po stu dwudziestu godzinach pełnej świadomości z kilkoma godzinnymi przerwami, gdy miałem dość słuchania MOICH myśli i bycia w MOJEJ głowie, ktoś mnie zawołał.
Usłyszałem banalne, BOŻE, JAK BANALNE - "Michał".
wtorek
Smugi
Nad morzem nasze dziecko umiera.
Przez te wszystkie siniaki od rzucania nim z ręki do ręki, przez to, jak bardzo wyziębiło się od chłodu naszych ciał, przez to, że nie karmisz go już piersią, ale przede wszystkim przez to poczucie braku zainteresowania, które zżera je od środka, które sprawia, że jego mały słodki pępek gnije, że jego małe słodkie rączki wyginają się w jakiejś chorej, bolesnej pozie.
Porzucone leży w kącie i płacze, stara się płakać, bo otwiera tylko tę swoją paskudnie słodką gębę i próbuje zaskrzeczeć, ale nie wydaje żadnego dźwięku, bo tak naprawdę co nas to kurwa obchodzi. I tak leży w kącie samotne, walczy z nami żałośnie i powoli umiera, ten nasz mały karaluch, ten nasz pieprzony karakan, niechciany bękart, owoc spieprzonej miłości.
Zerkam tam czasem z pogardą, patrzę, jak się wije, zawinięte w mój mały niebieski kocyk w białą kratkę, o którym nigdy Ci nie mówiłem i ja też nic już nie czuję - wkurwia mnie tylko, że nie patrzysz teraz ze mną, jak to małe gówno właśnie zdechło.
sobota
Ale
Morze mnie porwało. Morze wciągnęło mnie pod taflę i zmiażdżyło swoim ogromem. Śmiałem się jak dziecko, krzyczałem nasze stare banały i rozmawiałem z mewami. Siedziałem na piasku, że świadomością, że tak powinno być, ale może nie do końca. Morze mnie przygarnęło, zaopiekowało się mną w ten jeden poranek. Myśli trochę jak fale, zmienne i zimne, niespokojne. Tyle już zostało o nim napisane, a ja wciąż mam ochotę pisać więcej. Piasek był mokry i zapadał się pod moimi nogami, chodziłem po lodzie, który zapadał się pod moimi stopami. Morze jest nieskończone.
W nocy ludzie topią się i wpływają w szczeliny między kamieniami. W nocy są tylko ulice i zbędnie zapalone światła wystaw, które jakby udają, że w mieście jest życie. Palą się całą noc, zachęcając do rzeczy, których naprawdę nie ma za szybami. Nie pozbędę się porównania z labiryntem, bo gubiłem się co chwilę, i nie poznawałem żadnej uliczki, w którą wszedłem drugi raz. Kroki, potężne i nieskończone, tylko twoje przez całą noc. Przystaję i nasłuchuję, nadaremno, bo poza mną i sklepami nie istnieje nic. Koło czwartej rano słyszę fajerwerki, radośnie chaotyczny dźwięk wybuchającego prochu, patrzę w niebo, pochmurne i ciemne. Może to tylko w mojej głowie, może słyszę tylko, jak moja pamięć pozbywa się wspomnień. Czuję zapach cynamonu.
Kołobrzeg
Tak, cały Kołobrzeg jest w nazwie, gdyby Kołobrzeg nie znajdował się koło brzegu nazywałby się Nudawchuj albo Starzyludzieumierajątuwolniej.
Na plażę w Kołobrzegu nie wejdziesz, bo niewybuchy urwą Ci dłonie lub ręce lub nawet głowę, jednym słowem umrzesz, bo tu morze jest do oglądania zza szyby pensjonatu.
Średnia wieku mieszkańców Kołobrzegu to 78 lat - licząc z mewami.
Widziałem raz biegnące dziecko, ale prawdopodobnie było porwane.
W Kołobrzegu jest jeden klub, nazywa się Underground i ma światła, które sprawiają, że białe rzeczy świecą się na niebiesko. Zbiera się tu młodzieżowa elita miasta, kulturalna śmietanka, w piątek piętnaście osób.
Pod kościołem widziałem trzy nekrologi. Był to zbiór z całego roku.
Jedyne ciepłe miejsce w Kołobrzegu, które nie jest sanatorium to pomieszczenia z bankomatami.
O czwartej rano słyszałem fajerwerki, ktoś pewnie skończył 150 lat.
Kołobrzeg nie ma rynku, nie ma nawet jednej głównej ulicy.
Potrafię podsumować Kołobrzeg jednym zdjęciem.
Na plażę w Kołobrzegu nie wejdziesz, bo niewybuchy urwą Ci dłonie lub ręce lub nawet głowę, jednym słowem umrzesz, bo tu morze jest do oglądania zza szyby pensjonatu.
Średnia wieku mieszkańców Kołobrzegu to 78 lat - licząc z mewami.
Widziałem raz biegnące dziecko, ale prawdopodobnie było porwane.
W Kołobrzegu jest jeden klub, nazywa się Underground i ma światła, które sprawiają, że białe rzeczy świecą się na niebiesko. Zbiera się tu młodzieżowa elita miasta, kulturalna śmietanka, w piątek piętnaście osób.
Pod kościołem widziałem trzy nekrologi. Był to zbiór z całego roku.
Jedyne ciepłe miejsce w Kołobrzegu, które nie jest sanatorium to pomieszczenia z bankomatami.
O czwartej rano słyszałem fajerwerki, ktoś pewnie skończył 150 lat.
Kołobrzeg nie ma rynku, nie ma nawet jednej głównej ulicy.
Potrafię podsumować Kołobrzeg jednym zdjęciem.
czwartek
Ale na co morzu tytuł?
Będzie lecieć mi w głowie, i to chyba pierwszy raz, gdy coś cytuję.
Well, see what you want to see
You should see it all
Well, I want a better place
Or just a better way to fall
Spakowałem się, czyli wziąłem dziennik do ręki.
Ja i moje morze, czyli pojechałem, bo do trzech razy sztuka, jak powiedział poeta.
Albo jakiś wiejski mądrala, NIEWAŻNE.
Przegrałeś, Freud. Ty i Twoje śmieszne teorie, Ty i twój seks z rodzicami.
Plecak będzie trochę mniejszy i nie będę miał odcisków, i nie będzie komu pisać, że samemu to nie to samo.
Tak, mamo, wiem jakie są czasy, tak mamo, wiem, że różni ludzie chodzą po świecie, co, nie, nie wiem jeszcze gdzie, gdzieś nad morze, może Kołobrzeg, nie mamo, Bóg nie pomoże, Boże święty nic nie da.
Obiecuję trochę jodu w portfelu i dwa wdechy bursztynu, albo jakoś tak, nie pamiętam, bo naprawdę mnie to nie obchodziło.
Nie po to nam było morze, żeby zbierać muszelki.
Ja i moja mała spowiedź, ja i mój mały czyściec, ja i mój mały koniec świata.
Prawdopodobnie krzyknę też coś o kochaniu nad morzem, ale to banały, małe i słodkie, urocze i zabawne, ładne i nasze, tylko czemu tak boli.
Naiwnie głupi uśmiech wagabundy.
Dobra, więcej nie mam, na więcej nie starczyło, więcej nie trzeba.
Niedziela albo może wcale, bo mieszkanie pod molo traktowałem całkiem poważnie.
Ojciec
Nie zauważyliśmy chwili, w której ojciec zdziecinniał.
Któregoś dnia bał się jechać do fryzjera, ciągnął matkę za rękaw i przyniósł jej moje stare szkolne nożyczki. Wzięliśmy to za pewien rodzaj kryzysu, wybryku starego ekscentryka, który minie z czasem. Nie wiedzieliśmy, że niedługo zacznie moczyć łóżko.
Zyskałem młodszego brata, który podkradał mi czasem pieniądze i woził do szkoły, melodycznie komentując każdą zaklejoną dziurę w drodze słowem „łatka” i „brrum”.
ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA. BRRRUUM ŁATKKA!
Tato, przestań.
ŁATKA BRUM BRUM, ŁATKA, ŁATKA ŁATKA, O ŁATKA, I TU ŁATKA, ŁATKA ŁATKA.
Tato.
ŁATKA ŁATKA ŁATKA. BRRRUMMM!
Potem jeździłem autobusem, bo przestał sięgać pedałów.
Pierwszy raz płaczącą matkę zobaczyłem, gdy ojca wyrzucili z pracy, bo na dokumentach zaczął podpisywać się TATA. Gdy próbowałem na nowo nauczyć go podpisu, trzymał długopis całą pięścią.
Matka płakała coraz częściej, ojca nie było w domu przez całe dnie, wracał wieczorami cały w błocie, z porwanymi spodniami. Mówił, że odkrywa, że nie rozumiemy, że wszystko będzie dobrze, mamo.
Potem zaczęły się problemy z chodzeniem - cieszyliśmy się, że przynajmniej jest w domu.
Matka odeszła, gdy nocami zaczął ssać jej pierś.
Któregoś dnia bał się jechać do fryzjera, ciągnął matkę za rękaw i przyniósł jej moje stare szkolne nożyczki. Wzięliśmy to za pewien rodzaj kryzysu, wybryku starego ekscentryka, który minie z czasem. Nie wiedzieliśmy, że niedługo zacznie moczyć łóżko.
Zyskałem młodszego brata, który podkradał mi czasem pieniądze i woził do szkoły, melodycznie komentując każdą zaklejoną dziurę w drodze słowem „łatka” i „brrum”.
ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA. BRRRUUM ŁATKKA!
Tato, przestań.
ŁATKA BRUM BRUM, ŁATKA, ŁATKA ŁATKA, O ŁATKA, I TU ŁATKA, ŁATKA ŁATKA.
Tato.
ŁATKA ŁATKA ŁATKA. BRRRUMMM!
Potem jeździłem autobusem, bo przestał sięgać pedałów.
Pierwszy raz płaczącą matkę zobaczyłem, gdy ojca wyrzucili z pracy, bo na dokumentach zaczął podpisywać się TATA. Gdy próbowałem na nowo nauczyć go podpisu, trzymał długopis całą pięścią.
Matka płakała coraz częściej, ojca nie było w domu przez całe dnie, wracał wieczorami cały w błocie, z porwanymi spodniami. Mówił, że odkrywa, że nie rozumiemy, że wszystko będzie dobrze, mamo.
Potem zaczęły się problemy z chodzeniem - cieszyliśmy się, że przynajmniej jest w domu.
Matka odeszła, gdy nocami zaczął ssać jej pierś.
wtorek
Dźwięk, który wydają palce w kontakcie ze ścianą jest tytułem tego tekstu
Mur był nieskończony. M. szedł niespokojnie, co chwila obracając się za siebie. Krew ciekła mu z lewego oka, łaskocząc go w policzek. Idąc, gładził ręką chropowatą powierzchnię ściany, która delikatnie łaskotała go w palce. Gdy wyczuwał pod nimi papier, przystawał, chwytał za odstający róg i ciągnął. Oderwał mały kawałek, który odszedł z kawałkiem cegły. M. drapał i próbował odcinać fragmenty paznokciami. Chodziło tylko o zdjęcie. Starał się nie patrzeć przed siebie, na mur w całości pokryty fotografiami. Jak na marnej wystawie, jak rozłożone wzdłuż karty z rodzinnego albumu. Mur był nieskończony.
Orkiestra przygrywała cichą melodię bez końca, kilka monotonnych tonów, które w jego głowie mogły oznaczać tylko jedno.
Orkiestra przygrywała cichą melodię bez końca, kilka monotonnych tonów, które w jego głowie mogły oznaczać tylko jedno.
czwartek
Dzienniki - jubileuszowe fragmenty
str. 198
str. 199
str. 200
I co z tego, że mogę Ci coś opowiedzieć, skoro nie będzie to nawet setną częścią tego, jak naprawdę to odczułem. A gdybyś przeżyła to ze mną, widziałabyś to zupełnie inaczej, oparte na twoich doświadczeniach i emocjach, więc bylibyśmy tylko dwojgiem ludźmi, stojącymi koło siebie w jednej chwili, ale przeżywającymi to wszystko osobno.
str. 199
I tym sposobem dotarłem do strony jubileuszowej, dwusetnej. Czy wiążę z tym NOWYM OKRESEM W MOIM ŻYCIU JAKIEŚ OCZEKIWANIA? I CZY PRZESZŁOŚĆ JEST ZA MNĄ?
str. 200
NIE.
wtorek
Idzie wiosna – z ulic wyrastają bezdomni
Chodniki pękają, ze szczelin między płytami wychylają się brudne, śmierdzące kubki, które jeszcze przed dojrzeniem krzyczą sobą o pieniądze. Pęknięcie poszerza się i puchnie, kipiąc fekaliami, a nad ulicę wystaje już trzęsący się w błagalnym geście tułów. Pokryte zeschniętym śluzem i warstwą popękanej ziemi ciało wynurza się w konwulsjach i zaczyna zatruwać miasto.
niedziela
Mam czas to poczekam, czyli pączek w maśle
Słyszę moje serce, jak bas z budynku ulicę dalej. Głośna, ohydnie mechaniczna rytmika.
Odruchowo przesuwam pod nosem palcem, sprawdzając, czy znowu nie leci z niego krew.
Przed oczami ciągle mam mroczki, bo w ten sposób potrafię tłumić omdlenia.
Odruchowo przesuwam pod nosem palcem, sprawdzając, czy znowu nie leci z niego krew.
Przed oczami ciągle mam mroczki, bo w ten sposób potrafię tłumić omdlenia.
I znowu trzęsą mi się ręce, nie wiem czy to wciąż nerwy, czy już choroba.
CZYLI RAJSKIE ŻYCIE I SENS ŻYCIA I ŻYCIE NA GORĄCO I ŻYCIE JAK W MADRYCIE I STO PROCENT ŻYCIA W ŻYCIU I ŻYCIE PEŁNIĄ ŻYCIA I ŻYĆ NIE UMIERAĆ.
środa
poniedziałek
Śniło mi się (szóstego sierpnia dwa lata temu)
Zamknąłem oczy.
Przeglądałem w kiosku garnitury, kiedy jakiś chłopak spytał się sprzedawcy, gdzie może kupić marihuanę. Kazał nam szukać na ulicy. Wróciłem do domu.
Stanąłem pod drzwiami i leniwie wyciągnąłem klucz. Nie mogłem przekręcić zamka, drzwi były już otwarte. Wszedłem do środka, dom był pusty, w salonie stał tylko telewizor i kanapa. Ściany były białe, okna gdzieś zniknęły. Światło było ostre, migotało lekko ale męcząco. Nie zmartwiłem się kradzieżą, wiedziałem przecież, że to tylko sen.
Na kanapie siedział mój znajomy, uśmiechając się zapytałem co tu robi i po co ogląda telewizję, skoro to mój sen. Zaczął się wypierać i krzyczeć, próbował przekonać mnie, że to nie sen, że mnie okradli i nie mam już nic. Jego ruchy były nieludzkie, ręce wykręcały się za głową i drgały, twarz rozmywała się lekko i płaszczyła. Wiedziałem, jaki będzie jego następny ruch, znałem każde następne słowo, działał zgodnie z moimi przewidywaniami. Ciągle mnie przekonywał, wmawiał, że to wszystko dzieje się naprawdę. Oboje wiedzieliśmy, że jest tu dzięki mnie, i jeśli mu nie uwierzę - zniknie. Zacząłem się śmiać i powiedziałem, żeby pokazał mi mnie.
Przeobraził się jak połączenie klatek dwóch zupełnie innych filmów, pstryknęło. Był mną, pomimo różnic czułem, że to ja. Przestraszyłem się, krzyczałem, że to nie mogę być ja. Zaczął mówić, chodzić, zachowywać się bardzo podobnie do mnie, śmiał się głośno i szyderczo, w jego ruchach czuć było nadpobudliwość i trochę szaleństwa. Biegał korytarzem i sunął ręką po ścianie. Wiedziałem, że to ja, ale wstydziłem się, wypierałem się siebie. Podświadomie czułem, że jeśli to ja, to nie chcę taki być.
Oglądaliśmy razem film o apokalipsie, wybuchła bomba atomowa, błysnęło, świat stał się pomarańczowy. Widzę człowieka, którego podmuch wyrzucił w powietrze, kilkaset metrów ponad budynki, nie robiąc mu żadnej krzywdy, widzę jak odzyskuje równowagę i rozkłada ręce - jakby leciał, jakby był ptakiem. Uśmiecha się i mówi „Siła bomby atomowej uczyniła z nas wolnych ludzi”.
Powiedziałem sobie siedzącemu obok, żeby pokazał mi mnie, gdy będę starszy. Zobaczyłem się w telewizorze, wiem, że miałem trzydzieści lat, długie włosy i inne rysy, może po prostu bardziej dojrzałe. Patrzyłem długo, próbując zapamiętać jak najwięcej, chciałem wyczytać z twarzy co mnie czeka, co mam dalej robić. Film jednak rozsypywał się, szumy stawały się coraz większe, obraz gubił kratki, wyglądał jak spalana powoli taśma.
Przyjrzałem się mocniej, ale na ekranie pojawił się człowiek lecący nad miastem. Obraz znów przeskoczył i zobaczyłem siebie w wieku sześćdziesięciu lat. Byłem siwy, byłem stary, byłem zupełnie niepodobny. Dziadek uśmiechnął się i znowu wróciła apokalipsa. Trwało to bardzo długo, człowiek na ekranie ciągle leciał nieruchomo, zacząłem się niecierpliwić i krzyczeć. Bez przerwy chciałem widzieć siebie tak, jak widzą mnie inni ludzie, chciałem wrócić do obrazu trzydziestolatka. Chciałem wiedzieć, co ze mną będzie.
Obraz ciął się coraz bardziej, a ja bałem się, że to sen, że przecież kiedyś się obudzę, stracę wszystko, co widziałem, przerażało mnie, że zapomnę przyszłego siebie, że znowu będę zagubiony. Krzyczałem, miałem łzy w oczach, waliłem w telewizor, kazałem mu pokazać mi to wszystko jeszcze raz, mówiłem, że muszę to zobaczyć. Rozpłakałem się. Obraz zniknął.
Mój senny ja siedzący na kanapie powiedział „To jest opowieść o obłędzie".
Otworzyłem oczy.
niedziela
Czterdzieści minut poprawiania literówek
Przestanę tak pisać, gdy nauczę się, że pisanie po pijanemu już było i się znudziło.
Śniła mi się dziś Czerwona Trawa, którą kupiłem w antykwariacie i maszynopisarz, który chciał ją przepisać, żeby nauczyć się pisać na maszynie.
Gdy miałem dwa lata, bez przerwy chwytałem dziadka za rękę i bawiłem się jego złotym zegarkiem.
Mieliśmy też taką niebieską, drewnianą łódkę, którą wodowaliśmy, gdy zalewało pola.
Kiedyś straciłem w błocie but, bo tak śmiesznie się zassał. Znalazłem go tydzień później, bo wystawała sznurówka.
A ojciec wesoło powiedział dziś do matki "Caaałe żyyycie raaazem!".
I gdy tak siedzimy we dwoje - moja rodzina i ja, z nich wszystkich mówię najmniej, trochę mnie tam nawet nie ma, pomimo głupiej świadomości, że mógłbym przecież mówić najwięcej. Mógłbym mówić przez dwa dni, mógłbym mówić tyle, że wszyscy zdążyliby pójść spać i zjeść śniadanie, a ja bym dalej mówił, bo chciałbym nadrobić te osiemnaście lat.
Opowiedziałbym o wszystkim co przeżyłem, co widziałem, co chcę przeżyć i zobaczyć.
O tym, co chcę zrobić, i czego nie zrobiłbym nigdy.
O tym, że uwielbiam sny za to uczucie, że zawsze wiem, co mam dalej robić.
Mówiłbym o słowach, które mnie bawią, jak pacha lub fajerwerk, albo o słowach, których nie znoszę, jak krzaki czy rzepka.
Pośmialibyśmy się razem z tego, że istnieje prawo Michała, które mówi, że jeśli stoi koło mnie odkręcona butelka, to na pewno ją przewrócę.
Wytłumaczyłbym, czemu tak dużo mówię do siebie, czemu tak często zaciskam usta i składam kanapki spodami na odwrót.
Albo czemu czasem nie reaguje, gdy ktoś powie coś śmiesznego, mimo, że bardzo mnie to bawi i czemu postanowiłem kiedyś, że będę brzydko pisać.
Na koniec powiedziałbym, że czuję ostatnio, że mam w życiu dwie drogi - drogę leżenia na brzuchu i drogę leżenia na plecach, albo jak kurewsko się teraz wszystkiego boję.
Ale nie mówię nic, bo ktoś musi wypić tę wódkę.
Śniła mi się dziś Czerwona Trawa, którą kupiłem w antykwariacie i maszynopisarz, który chciał ją przepisać, żeby nauczyć się pisać na maszynie.
Gdy miałem dwa lata, bez przerwy chwytałem dziadka za rękę i bawiłem się jego złotym zegarkiem.
Mieliśmy też taką niebieską, drewnianą łódkę, którą wodowaliśmy, gdy zalewało pola.
Kiedyś straciłem w błocie but, bo tak śmiesznie się zassał. Znalazłem go tydzień później, bo wystawała sznurówka.
A ojciec wesoło powiedział dziś do matki "Caaałe żyyycie raaazem!".
I gdy tak siedzimy we dwoje - moja rodzina i ja, z nich wszystkich mówię najmniej, trochę mnie tam nawet nie ma, pomimo głupiej świadomości, że mógłbym przecież mówić najwięcej. Mógłbym mówić przez dwa dni, mógłbym mówić tyle, że wszyscy zdążyliby pójść spać i zjeść śniadanie, a ja bym dalej mówił, bo chciałbym nadrobić te osiemnaście lat.
Opowiedziałbym o wszystkim co przeżyłem, co widziałem, co chcę przeżyć i zobaczyć.
O tym, co chcę zrobić, i czego nie zrobiłbym nigdy.
O tym, że uwielbiam sny za to uczucie, że zawsze wiem, co mam dalej robić.
Mówiłbym o słowach, które mnie bawią, jak pacha lub fajerwerk, albo o słowach, których nie znoszę, jak krzaki czy rzepka.
Pośmialibyśmy się razem z tego, że istnieje prawo Michała, które mówi, że jeśli stoi koło mnie odkręcona butelka, to na pewno ją przewrócę.
Wytłumaczyłbym, czemu tak dużo mówię do siebie, czemu tak często zaciskam usta i składam kanapki spodami na odwrót.
Albo czemu czasem nie reaguje, gdy ktoś powie coś śmiesznego, mimo, że bardzo mnie to bawi i czemu postanowiłem kiedyś, że będę brzydko pisać.
Na koniec powiedziałbym, że czuję ostatnio, że mam w życiu dwie drogi - drogę leżenia na brzuchu i drogę leżenia na plecach, albo jak kurewsko się teraz wszystkiego boję.
Ale nie mówię nic, bo ktoś musi wypić tę wódkę.
czwartek
Trzecia minuta nieprzytomności
Najlepszym momentem w ciągu dnia jest ten, w którym tracę przytomność.
Na początku trwało to kilka sekund, teraz liczę ten czas z w pełnych minutach. Staje się to tak częste, że zacząłem mówić "o, znowu!" za każdym razem, gdy czuję utratę kolorów.
Słodkie nie-bycie, świadomość, że TY NAPRAWDĘ NIE MASZ KONTROLI i poddajesz się lenistwu swojego ciała.
Lubię zabawne mroczki przed oczami, bo to najzabawniejsza część dnia i ciekawe geometryczne wzorki, bo to najciekawsza część dnia. Siniaków mam mało, bo zazwyczaj ląduję bezpiecznie, a ze schodów schodzę szybko, bo całkiem głupio jest złamać kręgosłup.
Uroczy jest sposób mojej ekscytacji, gdy podczas przechodzenia przez ulicę robi się ciemno, a ja po prostu próbuję nie upaść. Uśmiecham się też w momencie, gdy matka pyta się mnie, czy dobrze się czuję, bo blado wyglądam, a ja mówię tylko "da się przeżyć."
Na początku trwało to kilka sekund, teraz liczę ten czas z w pełnych minutach. Staje się to tak częste, że zacząłem mówić "o, znowu!" za każdym razem, gdy czuję utratę kolorów.
Słodkie nie-bycie, świadomość, że TY NAPRAWDĘ NIE MASZ KONTROLI i poddajesz się lenistwu swojego ciała.
Lubię zabawne mroczki przed oczami, bo to najzabawniejsza część dnia i ciekawe geometryczne wzorki, bo to najciekawsza część dnia. Siniaków mam mało, bo zazwyczaj ląduję bezpiecznie, a ze schodów schodzę szybko, bo całkiem głupio jest złamać kręgosłup.
Uroczy jest sposób mojej ekscytacji, gdy podczas przechodzenia przez ulicę robi się ciemno, a ja po prostu próbuję nie upaść. Uśmiecham się też w momencie, gdy matka pyta się mnie, czy dobrze się czuję, bo blado wyglądam, a ja mówię tylko "da się przeżyć."
poniedziałek
Droga
Moje ruchy są nerwowe i niekontrolowane, potencjalne wszystko ląduje na ścianie.
Nie mogę zawiązać buta, za mocno trzęsą mi się ręce.
Narzucam na siebie szarą bluzę w której nie działa zamek i zakładam kaptur.
Wychodzę z domu i przeszywa mnie dreszcz stukotu kamiennych puzzli.
Idę szybko, z mocno zaciśniętymi pięściami.
Staję na moście i biorę kilka głębokich wdechów, plując w tafle wody.
Ruszam.
Przecież droga nie jest pod górkę, nareszcie widzę, że droga nie jest pod górkę.
Jestem spokojny.
Kładę się na śniegu i rozkładam ręce, śmiejąc się do siebie.
Nie mogę zawiązać buta, za mocno trzęsą mi się ręce.
Narzucam na siebie szarą bluzę w której nie działa zamek i zakładam kaptur.
Wychodzę z domu i przeszywa mnie dreszcz stukotu kamiennych puzzli.
Idę szybko, z mocno zaciśniętymi pięściami.
Staję na moście i biorę kilka głębokich wdechów, plując w tafle wody.
Ruszam.
Potykam się, popierając się rękoma. Droga błyszczy się odbitym w lodzie księżycem.
Uśmiecham się pod nosem.
Biegnę.
Momentalnie owiewa mnie zimne powietrze, uderza w twarz, szumi w uszach i rzęzi w płucach.
Przymykam oczy, które mglą się i łzawią.
Biegnę coraz szybciej, buty ślizgają się po drodze, tracę prawie każdy krok, nie mam kontroli.
Znowu się uśmiecham.
Zastanawiam się, jak wytrzymałem bez tego sześć miesięcy.
Dzień spływa mi po czole, wiatr zdmuchuje go ze skroni i trafia mnie w ucho, tydzień spływa po rękach i wsiąka w rękawy, pół roku spływa po plecach, zimne i nieprzyjemne, ale odległe i już zupełnie nie moje.
Biegnę.
Nie mogę oddychać, lód dostał się do mojego ciała i zamroził mi nerwy, serce bije mi dźwiękiem pękającej tafli, ale ja jestem spokojny.
Wciąż się uśmiecham.
Uśmiecham się pod nosem.
Biegnę.
Momentalnie owiewa mnie zimne powietrze, uderza w twarz, szumi w uszach i rzęzi w płucach.
Przymykam oczy, które mglą się i łzawią.
Biegnę coraz szybciej, buty ślizgają się po drodze, tracę prawie każdy krok, nie mam kontroli.
Znowu się uśmiecham.
Zastanawiam się, jak wytrzymałem bez tego sześć miesięcy.
Dzień spływa mi po czole, wiatr zdmuchuje go ze skroni i trafia mnie w ucho, tydzień spływa po rękach i wsiąka w rękawy, pół roku spływa po plecach, zimne i nieprzyjemne, ale odległe i już zupełnie nie moje.
Biegnę.
Nie mogę oddychać, lód dostał się do mojego ciała i zamroził mi nerwy, serce bije mi dźwiękiem pękającej tafli, ale ja jestem spokojny.
Wciąż się uśmiecham.
Przecież droga nie jest pod górkę, nareszcie widzę, że droga nie jest pod górkę.
Jestem spokojny.
Kładę się na śniegu i rozkładam ręce, śmiejąc się do siebie.
czwartek
O "Sam się obsłuż"
Gdy kupiłem dziś jogurt pitny waniliowy w maszynie samoobsługowej do płacenia kartą*, po transakcji dostałem od nich nieskładnego maila o treści:
Witaj dziekujemy za transakcję. Zapraszamy ponownie na zakupy do naszego sklepu.
Bardzo prosimy o wystawienie komentarza do transakcji. Możesz to uczynic pod adresem:
Zacząłem bać się o moją prywatność i czekam na mail o treści "NO JAK SIĘ SRAŁO PO JOGURCIKU?"
*KTÓRE ZAWSZE, NAPRAWDĘ ZAWSZE, OBSŁUGIWANE SĄ PRZEZ KARŁY Z POGARDĄ INSTRUUJĄCE LUDZI JAK SIĘ TEGO UŻYWA I WSPINAJĄCE SIĘ NA NIE JAK DZIECI CYRKOWCÓW NA INDYJSKIE SŁONIE
Witaj dziekujemy za transakcję. Zapraszamy ponownie na zakupy do naszego sklepu.
Bardzo prosimy o wystawienie komentarza do transakcji. Możesz to uczynic pod adresem:
Zacząłem bać się o moją prywatność i czekam na mail o treści "NO JAK SIĘ SRAŁO PO JOGURCIKU?"
*KTÓRE ZAWSZE, NAPRAWDĘ ZAWSZE, OBSŁUGIWANE SĄ PRZEZ KARŁY Z POGARDĄ INSTRUUJĄCE LUDZI JAK SIĘ TEGO UŻYWA I WSPINAJĄCE SIĘ NA NIE JAK DZIECI CYRKOWCÓW NA INDYJSKIE SŁONIE
niedziela
Pies na pieniądze
Mam trzy euro, pierwsze pieniądze zarobione na pisaniu, boję się, że woda sodowa uderzy mi do głowy, że zacznę się szmacić, pisać rzeczy pochwalne, pod reklamę, że przestanę robić cokolwiek i zacznę wrzucać tu nagie zdjęcia z internetu dla większej popularności, że będę chodził i obrzucał ludzi gównem, krzycząc adres tej strony.
Czy zamierzona przesada jest opłacalna?
Pogoda jak nad morze, a w lesie wyrosło wrzosowisko, więc boję się, że nagle wyskoczy jakiś pies.
Czy na nawiązaniach literackich się zarabia?
To wszystko to tylko mała prowokacja.
Ale czy są z tego jakieś pieniądze?
Enlarge your penis.
Czy zamierzona przesada jest opłacalna?
Pogoda jak nad morze, a w lesie wyrosło wrzosowisko, więc boję się, że nagle wyskoczy jakiś pies.
Czy na nawiązaniach literackich się zarabia?
To wszystko to tylko mała prowokacja.
Ale czy są z tego jakieś pieniądze?
Enlarge your penis.
wtorek
Pogrubiane pudełeczko głupich oczywistości
Jak masz pudełeczko, co nie? Jak masz dwa pudełeczka, jedno jest takie niegłupie, nie? Normalne niegłupie pudełeczko. No ale obok jest to drugie, głupie pudełeczko. I ty jesteś tym głupim.
Im dłużej myślę o Internecie, tym bardziej postrzegam go jako twór transcendentalny. Człowiek stał się wolną duszą, atomem krążącym po ziemi z prędkością myśli. Jestem wyzwolony spod ograniczeń własnego ciała. Mogę być jednocześnie w każdym miejscu, w którym kiedykolwiek stał człowiek, do którego sięgają statki, samoloty, teleskopy. Okolice piątego wymiaru, PERYFERIA NIESKOŃCZONOŚCI - nieograniczona ilość możliwości w ciągu jednej sekundy. Jestem na Times Square, okiem kamery zerkam na ruchliwą ulicę i przelewających się ludzi, śledząc jednocześnie w drugim oknie wykluwanie się małego pingwina w stacji badawczej na Antarktydzie, i płaczącą ze wzruszenia małą foczkę obok.
(...)
Ale Internet PODPORZĄDKOWUJE, zabiera wolną wolę, niszczy kreatywność i chęć działania.
BO DLACZEGO MAM TWORZYĆ, SKORO LEŻĄC W ŁÓŻKU MOGĘ PRZEZ TYDZIEŃ PATRZEĆ NA ROSJĘ Z DZIOBU KOLEJKI TRANSSYBERYJSKIEJ Z PODŁOŻONYM DO TEGO MININAL TECHNO?
Z Internetu niepłynnie przechodzę do sztuki, do czasów, kiedy można wmówić człowiekowi, że kwadrat nie jest kwadratem, tylko czymś zupełnie innym, może nie kołem, ale np. sceną biblijną. Gówno w puszce już przeszło, więc dlaczego nie kwadraty, ciągi liczbowe lub malowanie słoniem, czy piersiami?
Czekam tylko niecierpliwie, aż ktoś wejdzie na wystawę kwadratów, stanie, pomyśli, i w głowie zakiełkuje mu myśl, tak radośnie oczywista, że będzie miał ochotę ją krzyczeć. I będzie to robił.
Będzie krzyczał „HEJ, PRZECIEŻ TO JEST ŻAŁOSNE! ALE SERIO, JAKIEŚ POJEBANE".
I nagle wszyscy wrócą do starego dobrego malowania kurwa ludzi.
I nagle wszyscy wrócą do starego dobrego malowania kurwa ludzi.
(...)
Każde pokolenie w historii miało w zanadrzu wielkie, wzniosłe wydarzenie, wokół którego mogło kręcić się ich życie. Inspiracja, PUNKT DO KTÓREGO MOŻNA SIĘ ODNIEŚĆ, co można poprzeć lub zupełnie odrzucić. IDEE.
My kręcimy się wokół tego, że nie mamy wokół czego się kręcić, sami próbujemy tworzyć takie sytuację, egzaltujemy się drobnicą, ochłapami, dorabiamy sens, wzniosłość do wydarzeń, o których sami zapominamy tydzień później. Szukamy wydarzenia, które pokaże nam, że nasze pokolenie miało jakikolwiek sens i wpływ na historię.
Chcemy gestów, czynów wielkich i znaczących, aktów zupełnego poświęcenia czegoś lub kogoś. Chcemy poczucia, że obok nas jest też coś, o czym warto pisać, malować, tworzyć.
I nie mówię tu o bezmyślnym uwielbieniu, o ślepym poświęceniu, mówię o sprawie, o rzeczy, wokół której warto się zebrać, o inspiracji, potrzebie, sensie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








