niedziela

Ablacja albo krzesło jest puste


Odważnie uciekłem do kibla i stałem tam przy tych takich do sikania bez klapy i opierałem się ręką o ścianę. Postałem tak chwilę wdychając pełną piersią unoszące się cząsteczki moczu i może nawet spermy, kto wie - te bary, i wróciłem na miejsce.

Ściskała mnie jakby bała się, że porwie ją jakiś silny wiatr, ale byliśmy w budynku, więc to bez sensu.

Bawiliśmy rękoma w kotka i myszkę, w papier i kamień, w wojnę kciuków i w łapki, ale ten jeden kciuk coś ciągle spierdalał i te dwie moje łapki coś ciągle nie chciały się bawić.

Więc zbiegła z tych schodów ta płacząca lekkość bytu czy coś takiego.

A potem ta pani pyta się mnie, czemu ludzie przeze mnie płaczą, a ja chciałbym teraz jej odpowiedzieć, że to chyba taki dar.

I jak się mnie czyta, to to jest tak słabe, że się płacze i odchodzi.

I wkurwiają mnie sny, bo się potem budzę, i wtedy się obudziłeś, Michał.

I że zostanę ja, który już w sumie nie potrafi zasnąć bez kieliszka wódki przed snem, ja i mój bezcieb, mój całkowity bezcieb.

Więc siedzę tam JAK NA SZPILKACH I PATRZĘ W TE JEBANE PUSTE SZKLANKI, TE JEBANE SZKLANKI, KTÓRE SĄ TAK BARDZO WYPITE I PUSTE, BO NIC INNEGO NIE MOGĘ, JAK NIE PATRZEĆ W TE SZKLANKI, JAK ONE SĄ TAK BARDZO JAK JA, TE KUREWSKIE SZKLANKI, WYPITE CAŁKOWICIE ALBO Z PIANĄ NA DNIE, TE SZKLANKI ZE ŚLADEM POMADKI I TE ZE STRUŻKĄ ŚLINY, CO TAK STOJĄ I CZEMU NIKT ICH STĄD NIE ZABIERZE, JAK ONE TU TAK STOJĄ BEZ SENSU TAK PUSTE.

Większość rzeczy, które pisałem do siebie teraz to takie małe okłamywanie się, klepanie się po plecach, ale nie da się poklepać siebie samego, tak samo, jak nie da się połaskotać w stopę, a ja tak bardzo chciałbym umieć się rozśmieszyć.

I ja wrócę do domu, gdzie mam taką małą wannę, i taplam się w niej pustej, bo jest tak przyjemnie chłodna i nie wystają mi tam nawet palce.

Chcę moje małe życie, moją małą pracę i moje małe ambicję, chcę wracać pijany z roboty, nastawiać sobie pyszne tosty i puszczać predatora, póki nie zasnę.

(Sparafrazowałem pana, którego spotkałem w autobusie, taki chcę być mamo, co mi teraz więcej potrzeba w życiu, chyba tylko kurwa oregano - do tych tostów).

I czuję się trochę jakbym robił taki performens - Słup soli - że stanę, i tak będę stał, czasem coś zjem i zesram się pod siebie, i tak będę stał, póki nie umrę, i z tego będę znany, że on tak kurwa przestał całe życie, jak ten jebany słup soli.

Prezentacji maturalnej chyba też nie zrobię, wyjdę tam, powiem, że już mnie nie interesuje ta jebana psychologia, że Freud to był pedał, ojcobójca i matkojebca, że kurwa dzieciństwo miał smutne to mu odjebało, że jak on myśli, że wchodzenie do kościoła, to jest stosunek, to jest jakiś kurwa pojebany i ja pierdolę taką maturę. Mogłem sobie wziąć motyw lustra a nie jakieś gówno, dziękuję.

I tak powiem i może dostanę 6 pkt., może oni też nie lubią tego pachoła.

Więc poszedłem spać w łóżku, które było takie duże i nie-moje, i chyba to mi właśnie w życiu podoba, żeby spać w łóżkach, które są duże i nie-moje, i są tylko po to, żebym spał w nich raz.

I obudziłem się rano i palec z paznokciem jest cały czarny i zastanawiam się, czy czegoś nie pamiętam, czy może naprawdę zacząłem gnić i będę pierwszym człowiekiem, co tak sobie zgnił sam z siebie, bo nie miał nnic ciekawszego do roboty.

Ciągle do pokoju wlatuje mi pszczoła, od paru dni jedna i ta sama pszczoła wlatuje mi do pokoju, a może kilka innych, skąd mam kurwa wiedzieć. Zażartowałbym, że pachnę kwiatkami, ale ja wiem, że leci do zgnilizny mojego ciała, bo to przecież tak słodko pachnie, ale nie są to jednak te zgniłe jabłka.

Wytatuuję sobie na czole jakiś głupi napis i będą o mnie mówić "O, TO TEN POJEBANY Z TATUAŻEM NA CZOLE!", i chyba wolę tak, niż żeby mówili "O, TO TEN POJEBANY!"

Patrzę teraz na świat trochę jak dziecko, które boi się filmu i ogląda go przez palce, mając nadzieje, ze ominą je straszne rzeczy, ale jest zbyt ciekawe, żeby przestać oglądać.

I ta pszczoła, albo kilka różnych, ale zawsze pojedynczo, krąży mi wokół palca.

I to nie mogło być jak w tych filmach familijnych gdzie biega się razem po drzewach i wspina się na łąki.

A na drugi dzień ogarniam w pokoju, bo za często potykam się o stare śmieci i gdy tak porządkowałem te wszystkie papiery z tych wszystkich dni z tych trzech lat coś tak mocno ukłuło mnie w twarz.

Więc tak siedzę, ja i cierpienia młodego Michała, kręcę się między górą a dołem, na górze trochę się krzywię i grymaszę, na dole popijam pepsi i oddaje tacie dachówkę, którą znalazłem w pokoju, lekko się przy tym uśmiechając, i mówiąc, że 'no nie wiem skąd ona tutaj', dając tacie zagadkę na resztę dnia, a może nawet życia.

I potem leci jakiś 'CHEER UP, BABY, NIE ZAWSZE BYŁO TAK ŹLE', A JA MUSZĘ STĄD WYJŚĆ, MUSZĘ WYJŚĆ, MUSZĘ WYJŚĆ, MUSZĘ WYJŚĆ.

I znowu schodzę na dół, a ojciec śmieje się z gejowskich barw, bo zobaczył prześcieradło sąsiada, choć mówi, że nawet za bardzo nie wie, jakie to są dokładnie, więc ja mówię, że chyba bardzo krzykliwe, wychodzę na dwór i pies przynosi mi w zębach tęczowego misia, i wtedy wydaje mi się to śmieszne.

Chciałbym iść gdzieś daleko, ale z tego wszystkiego zapomniałem założyć paska więc ciągle zsuwają mi się spodnie.

Potem wołam psa, który lubi ze mną spacerować, ale tylko gdy na niego gwiżdżę i macham wysoko pięścią.

I wiatr rozwiewa mi włosy, tylko na chuj mi dzisiaj ta cała filmowość.

I nie mogłem wczoraj zasnąć, więc zamiast baranków liczyłem, ile razy powiedziałem wieczorem "ja pierdolę".

I znalazłem w kieszeni połowę papierosa, na szczęście tę z filtrem, więc nie jest takie złe to moje życie.

I wieje tak mocno, że nie mogę odpalić tego Laki Strajka, więc ta połowa Szczęśliwego Trafu faktycznie jest tylko w połowie szczęśliwa.

A potem jedną zapałką podpalam całe pudełko, bo marnowanie okazji najlepiej mi w życiu wychodzi.

A potem wracam do miejsca w którym śpię od kilku lat, bo home to ja miałem tylko w piosence i tylko przez parę miesięcy.

I schodzę na dół, nabijam na patyka chleb i kiełbasę, wkładam to do piekarnika, i ojciec chwali mnie, że dobrze pomyślane.

Więc jem tę kiełbasę i przeglądam stare zdjęcia z krzesłami, bo one zawsze były o mnie.

I potem oddzwaniam na jakiś numer, który dzwonił w nocy i mamy się spotkać pod kościołem, więc biorę bluzę i wychodzę, a spodnie wciąż mi spadają.

I wsiadam do auta pod kościołem i pyta się mnie, co tam u mnie, więc otwieram już usta, żeby coś powiedzieć, a on do mnie, że ma arytmię, więc zamykam usta, kogo obchodzi co u mnie, skoro ten gość ma arytmię, więc ja z moimi małymi problemami i zdrowym sercem zapadam się w fotel i słucham.

I mówi mi, że będzie miał ablację, czyli że przez pachwinę wprowadzają taki drucik, że ci taki drucik przechodzi przez połowę twojego ciała, aż dotknie twojego serca, i ten drucik, a dokładniej to elektroda, jak już dotknie twojego serca, to tak je smaży i smaży póki nie zesmaży tego, co sercu przeszkadza bić równo i bez niespodzianek. I mogę mieć potem – mówi – krwiaka lub tętniaka, mogę mieć jakieś tam zaburzenia albo zakrzepice, czyli mogą uszkodzić mi serce, albo w ogóle umrę, no więc zobaczymy jak to będzie.

I słucham go tak i przytakuję: 'no masakra', albo 'o kurwa', i ja już się więcej nie odzywam, ja się teraz nie liczę, moje problemy się rozwiązały, skoro on ma mieć ablację.

1 komentarz:

bezsens pisze...

'płacząca lekkość bytu' wywołała uśmiech na mojej twarzy.