sobota

Fikcja literacka

Jedziemy z ojcem i  ja nie czuję się synem, a on nie czuje się ojcem.

I nie widzieliśmy się cały tydzień i myślę, czy on wie, że mam matury, a jedna, to nawet była w moje urodziny.

Ale my tak jedziemy i on zostaje przewodnikiem, zakłada na głowę zieloną czapkę z napisem "Krzysztof" i pokazuje mi to wszystko, co mijamy i on wie wszystko o wszystkim i macha mi palcami przed oczyma i mówi, że tu była powódź, a tu jest ten dobry skrót, i człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją, i tutaj mam na przykład autobus, ale nie wiadomo za bardzo, gdzie on jedzie, a z drugiej strony jest taki ładny dom, który mu się podoba, i człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją. I mijamy jakieś lasy w połowie wykarczowane i on mówi, że chodził tu na grzyby, ale kiedyś to się wszystko pozmienia.

Ale ja potrafię powiedzieć tylko "no", znam "no" każdej tonacji, smutne "no", że ich zalało, i "no" zaskoczone, że tędy naprawdę można przejechać, "no" podirytowane, gdy wkurzamy się razem na te wszystkie dziury w drogach i "no" podekscytowane, gdy mówi - patrz na te sikory.

I mamy skręcić w lewo, ale jedziemy prosto, bo chce mi pokazać karczmę, która tu jest i pewnie o niej nie wiedziałem, bo człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją. I oglądamy tę karczmę w starej stodole i z okna wystaje pies i nie mam o tym psie żadnej myśli.

I potem dojeżdżamy do domu, a ja pytam "dwie czy jedną", a on mówi "dwie" i otwieram dwie połówki bramy wjazdowej.

A potem pijemy kawę orzechową i on się mnie teraz pyta, czy lubię mocno posłodzoną, a ja mówię "dwie i pół".

Człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją.

I gdy nie patrzy chowam twarz w dłonie i wzdycham ciężko, bo jest mi tak śmiesznie ciepło w brzuchu, i nie wytrzymuję już presji tych rozmów i tak bardzo nie wiem, jak mam się teraz zachować.

A potem w rogu kuchni widzę jaszczurkę, dotykam ją palcem i odpada jej ogon, i mówię, że kiedyś to się wszystko faktycznie pozmienia.

Brak komentarzy: