Jedziemy z ojcem i ja nie czuję się synem, a on nie czuje się ojcem.
I nie widzieliśmy się cały tydzień i myślę, czy on wie, że mam matury, a jedna, to nawet była w moje urodziny.
Ale my tak jedziemy i on zostaje przewodnikiem, zakłada na głowę zieloną czapkę z napisem "Krzysztof" i pokazuje mi to wszystko, co mijamy i on wie wszystko o wszystkim i macha mi palcami przed oczyma i mówi, że tu była powódź, a tu jest ten dobry skrót, i człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją, i tutaj mam na przykład autobus, ale nie wiadomo za bardzo, gdzie on jedzie, a z drugiej strony jest taki ładny dom, który mu się podoba, i człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją. I mijamy jakieś lasy w połowie wykarczowane i on mówi, że chodził tu na grzyby, ale kiedyś to się wszystko pozmienia.
Ale ja potrafię powiedzieć tylko "no", znam "no" każdej tonacji, smutne "no", że ich zalało, i "no" zaskoczone, że tędy naprawdę można przejechać, "no" podirytowane, gdy wkurzamy się razem na te wszystkie dziury w drogach i "no" podekscytowane, gdy mówi - patrz na te sikory.
I mamy skręcić w lewo, ale jedziemy prosto, bo chce mi pokazać karczmę, która tu jest i pewnie o niej nie wiedziałem, bo człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją. I oglądamy tę karczmę w starej stodole i z okna wystaje pies i nie mam o tym psie żadnej myśli.
I potem dojeżdżamy do domu, a ja pytam "dwie czy jedną", a on mówi "dwie" i otwieram dwie połówki bramy wjazdowej.
A potem pijemy kawę orzechową i on się mnie teraz pyta, czy lubię mocno posłodzoną, a ja mówię "dwie i pół".
Człowiek nawet nie wie, że takie rzeczy istnieją.
I gdy nie patrzy chowam twarz w dłonie i wzdycham ciężko, bo jest mi tak śmiesznie ciepło w brzuchu, i nie wytrzymuję już presji tych rozmów i tak bardzo nie wiem, jak mam się teraz zachować.
A potem w rogu kuchni widzę jaszczurkę, dotykam ją palcem i odpada jej ogon, i mówię, że kiedyś to się wszystko faktycznie pozmienia.
sobota
niedziela
Ablacja albo krzesło jest puste
Odważnie uciekłem do kibla i stałem tam przy tych takich do sikania bez klapy i opierałem się ręką o ścianę. Postałem tak chwilę wdychając pełną piersią unoszące się cząsteczki moczu i może nawet spermy, kto wie - te bary, i wróciłem na miejsce.
Ściskała mnie jakby bała się, że porwie ją jakiś silny wiatr, ale byliśmy w budynku, więc to bez sensu.
Bawiliśmy rękoma w kotka i myszkę, w papier i kamień, w wojnę kciuków i w łapki, ale ten jeden kciuk coś ciągle spierdalał i te dwie moje łapki coś ciągle nie chciały się bawić.
Więc zbiegła z tych schodów ta płacząca lekkość bytu czy coś takiego.
A potem ta pani pyta się mnie, czemu ludzie przeze mnie płaczą, a ja chciałbym teraz jej odpowiedzieć, że to chyba taki dar.
I jak się mnie czyta, to to jest tak słabe, że się płacze i odchodzi.
I wkurwiają mnie sny, bo się potem budzę, i wtedy się obudziłeś, Michał.
I że zostanę ja, który już w sumie nie potrafi zasnąć bez kieliszka wódki przed snem, ja i mój bezcieb, mój całkowity bezcieb.
Więc siedzę tam JAK NA SZPILKACH I PATRZĘ W TE JEBANE PUSTE SZKLANKI, TE JEBANE SZKLANKI, KTÓRE SĄ TAK BARDZO WYPITE I PUSTE, BO NIC INNEGO NIE MOGĘ, JAK NIE PATRZEĆ W TE SZKLANKI, JAK ONE SĄ TAK BARDZO JAK JA, TE KUREWSKIE SZKLANKI, WYPITE CAŁKOWICIE ALBO Z PIANĄ NA DNIE, TE SZKLANKI ZE ŚLADEM POMADKI I TE ZE STRUŻKĄ ŚLINY, CO TAK STOJĄ I CZEMU NIKT ICH STĄD NIE ZABIERZE, JAK ONE TU TAK STOJĄ BEZ SENSU TAK PUSTE.
Większość rzeczy, które pisałem do siebie teraz to takie małe okłamywanie się, klepanie się po plecach, ale nie da się poklepać siebie samego, tak samo, jak nie da się połaskotać w stopę, a ja tak bardzo chciałbym umieć się rozśmieszyć.
I ja wrócę do domu, gdzie mam taką małą wannę, i taplam się w niej pustej, bo jest tak przyjemnie chłodna i nie wystają mi tam nawet palce.
Chcę moje małe życie, moją małą pracę i moje małe ambicję, chcę wracać pijany z roboty, nastawiać sobie pyszne tosty i puszczać predatora, póki nie zasnę.
(Sparafrazowałem pana, którego spotkałem w autobusie, taki chcę być mamo, co mi teraz więcej potrzeba w życiu, chyba tylko kurwa oregano - do tych tostów).
I czuję się trochę jakbym robił taki performens - Słup soli - że stanę, i tak będę stał, czasem coś zjem i zesram się pod siebie, i tak będę stał, póki nie umrę, i z tego będę znany, że on tak kurwa przestał całe życie, jak ten jebany słup soli.
Prezentacji maturalnej chyba też nie zrobię, wyjdę tam, powiem, że już mnie nie interesuje ta jebana psychologia, że Freud to był pedał, ojcobójca i matkojebca, że kurwa dzieciństwo miał smutne to mu odjebało, że jak on myśli, że wchodzenie do kościoła, to jest stosunek, to jest jakiś kurwa pojebany i ja pierdolę taką maturę. Mogłem sobie wziąć motyw lustra a nie jakieś gówno, dziękuję.
I tak powiem i może dostanę 6 pkt., może oni też nie lubią tego pachoła.
Więc poszedłem spać w łóżku, które było takie duże i nie-moje, i chyba to mi właśnie w życiu podoba, żeby spać w łóżkach, które są duże i nie-moje, i są tylko po to, żebym spał w nich raz.
I obudziłem się rano i palec z paznokciem jest cały czarny i zastanawiam się, czy czegoś nie pamiętam, czy może naprawdę zacząłem gnić i będę pierwszym człowiekiem, co tak sobie zgnił sam z siebie, bo nie miał nnic ciekawszego do roboty.
Ciągle do pokoju wlatuje mi pszczoła, od paru dni jedna i ta sama pszczoła wlatuje mi do pokoju, a może kilka innych, skąd mam kurwa wiedzieć. Zażartowałbym, że pachnę kwiatkami, ale ja wiem, że leci do zgnilizny mojego ciała, bo to przecież tak słodko pachnie, ale nie są to jednak te zgniłe jabłka.
Wytatuuję sobie na czole jakiś głupi napis i będą o mnie mówić "O, TO TEN POJEBANY Z TATUAŻEM NA CZOLE!", i chyba wolę tak, niż żeby mówili "O, TO TEN POJEBANY!"
Patrzę teraz na świat trochę jak dziecko, które boi się filmu i ogląda go przez palce, mając nadzieje, ze ominą je straszne rzeczy, ale jest zbyt ciekawe, żeby przestać oglądać.
I ta pszczoła, albo kilka różnych, ale zawsze pojedynczo, krąży mi wokół palca.
I to nie mogło być jak w tych filmach familijnych gdzie biega się razem po drzewach i wspina się na łąki.
A na drugi dzień ogarniam w pokoju, bo za często potykam się o stare śmieci i gdy tak porządkowałem te wszystkie papiery z tych wszystkich dni z tych trzech lat coś tak mocno ukłuło mnie w twarz.
Więc tak siedzę, ja i cierpienia młodego Michała, kręcę się między górą a dołem, na górze trochę się krzywię i grymaszę, na dole popijam pepsi i oddaje tacie dachówkę, którą znalazłem w pokoju, lekko się przy tym uśmiechając, i mówiąc, że 'no nie wiem skąd ona tutaj', dając tacie zagadkę na resztę dnia, a może nawet życia.
I potem leci jakiś 'CHEER UP, BABY, NIE ZAWSZE BYŁO TAK ŹLE', A JA MUSZĘ STĄD WYJŚĆ, MUSZĘ WYJŚĆ, MUSZĘ WYJŚĆ, MUSZĘ WYJŚĆ.
I znowu schodzę na dół, a ojciec śmieje się z gejowskich barw, bo zobaczył prześcieradło sąsiada, choć mówi, że nawet za bardzo nie wie, jakie to są dokładnie, więc ja mówię, że chyba bardzo krzykliwe, wychodzę na dwór i pies przynosi mi w zębach tęczowego misia, i wtedy wydaje mi się to śmieszne.
Chciałbym iść gdzieś daleko, ale z tego wszystkiego zapomniałem założyć paska więc ciągle zsuwają mi się spodnie.
Potem wołam psa, który lubi ze mną spacerować, ale tylko gdy na niego gwiżdżę i macham wysoko pięścią.
I wiatr rozwiewa mi włosy, tylko na chuj mi dzisiaj ta cała filmowość.
I nie mogłem wczoraj zasnąć, więc zamiast baranków liczyłem, ile razy powiedziałem wieczorem "ja pierdolę".
I znalazłem w kieszeni połowę papierosa, na szczęście tę z filtrem, więc nie jest takie złe to moje życie.
I wieje tak mocno, że nie mogę odpalić tego Laki Strajka, więc ta połowa Szczęśliwego Trafu faktycznie jest tylko w połowie szczęśliwa.
A potem jedną zapałką podpalam całe pudełko, bo marnowanie okazji najlepiej mi w życiu wychodzi.
A potem wracam do miejsca w którym śpię od kilku lat, bo home to ja miałem tylko w piosence i tylko przez parę miesięcy.
I schodzę na dół, nabijam na patyka chleb i kiełbasę, wkładam to do piekarnika, i ojciec chwali mnie, że dobrze pomyślane.
Więc jem tę kiełbasę i przeglądam stare zdjęcia z krzesłami, bo one zawsze były o mnie.
I potem oddzwaniam na jakiś numer, który dzwonił w nocy i mamy się spotkać pod kościołem, więc biorę bluzę i wychodzę, a spodnie wciąż mi spadają.
I wsiadam do auta pod kościołem i pyta się mnie, co tam u mnie, więc otwieram już usta, żeby coś powiedzieć, a on do mnie, że ma arytmię, więc zamykam usta, kogo obchodzi co u mnie, skoro ten gość ma arytmię, więc ja z moimi małymi problemami i zdrowym sercem zapadam się w fotel i słucham.
I mówi mi, że będzie miał ablację, czyli że przez pachwinę wprowadzają taki drucik, że ci taki drucik przechodzi przez połowę twojego ciała, aż dotknie twojego serca, i ten drucik, a dokładniej to elektroda, jak już dotknie twojego serca, to tak je smaży i smaży póki nie zesmaży tego, co sercu przeszkadza bić równo i bez niespodzianek. I mogę mieć potem – mówi – krwiaka lub tętniaka, mogę mieć jakieś tam zaburzenia albo zakrzepice, czyli mogą uszkodzić mi serce, albo w ogóle umrę, no więc zobaczymy jak to będzie.
I słucham go tak i przytakuję: 'no masakra', albo 'o kurwa', i ja już się więcej nie odzywam, ja się teraz nie liczę, moje problemy się rozwiązały, skoro on ma mieć ablację.
Z motyką na słońce
Ustaliliśmy z właścicielem hotelu, że będzie o połowę taniej, ale musimy po sobie sprzątać.
Czasem źle coś wymówię, ale mogło być gorzej, przynajmniej nie jestem tabasaraninem.
Zawsze nosisz w staniku batonik, a mówili mi, że sny są niejasne.
czwartek
Skrętkowicz
Siedziałem w tramwaju, i zastanawiałem się, dlaczego myślenie o niczym ma związek z niebieskimi migdałami. Dręczyła mnie też wizja tak zwanej przyszłości, jak nigdy teraz niepewnej, samotności, która ostatnio tak śmiesznie kuła mnie w policzek. Pod siedzeniem zobaczyłem papierosa.
Byłem kilka centymetrów od jego krocza, gdy schyliłem się, żeby go podnieść. Tramwaj zahamował, a ja upadłem na kolana w wymuszonym podziękowaniu. Filtr był w połowie szary, brudny, owinięty włosiem. Wstałem, włożyłem go między zęby i strzepałem pył z kolan. W zębach zazgrzytał mi piach.
- Ma pan ognia?
Spojrzał na mnie z jakąś dziwną troską, śmierdząca potem z jąder matka Teresa, wyschłe, smutne usteczka i brudne ręce złożone do modlitwy, do gestu pobłogosławienia tego, który zbłądził. Sięgnął do kieszeni kurtki - tej, która tak wkurwiająco szeleści i podał mi zapalniczkę. Trójwymiarową gołą kobietę. Kamień zatrzeszczał.
- Nie skrzy się. Nieskrzysię. Nieskrzęsię. – Rzuciłem mu ją w ręce.
Wysiadłem z tramwaju, zaglądając szybko, czy znajdę pod siedzeniami coś jeszcze.
- Zapałki? – Garść srebrnego śmiecia zadzwoniła w kioskowym okienku, rozpalając lekko tą panią. Dźwięk przerywanej nudy, dźwięk ‘może coś się wreszcie wydarzy’, dźwięk, który śni ci się w nocy, sen idealny, gdy klienci nigdy się nie kończą.
- Tylko dwajścia, tylko.
- Przesadziłem, co? – Zaśmiałem się głośno. To był naprawdę dobry dzień.
Papieros miał smak bazarowych kapci albo tramwajowej podłogi, co dało mi do myślenia. Siedziałem pod kwitnącą, chyba wiśnią, ale ciągle czułem padlinę. Siedziałem obok kota ze śmiesznymi oczami.
„I nie wódź nas na pokuszenie” rozbrzmiało za moimi plecami głosem starych dewotek, tak mocno przesyconym desperacją, samotnością i pożądaniem. A więc wiśnia była kościelna.
I mijające mnie dziecko w śmiesznej czapce, na ramionach ojca, które popatrzyło na mnie wzrokiem pełnym szczerej litości i zaciekawienia.
- Lekko się taplam w tym wszystkim – powiedziałem mu na głos lub w myślach, nie jestem w stanie stwierdzić. Duże, zatroskane oczy przypomniały mi zdjęcie wiszące na lodówce. Mam 3 lata, głowa całkiem sporawa, kołnierzyk pod różowym sweterkiem, te same usta, tylko nos trochę mniejszy, mniej żydowski. Ale ja nie mogłem być tym dzieckiem.
W gardle miałem dym gęsty, niemożliwy do wciągnięcia, jakbym trzymał w ustach płonącą, plastikową butelkę. Wypalony filtr poparzył mnie w usta.
Z wiszących pod szyją słuchawek usłyszałem ‘God, who'd want to be such an asshole?’.
wtorek
Odszranianie oziębiaczy powietrza
Przeglądałem „Absorbcję na węglu aktywnym”, gdy dostrzegłem, że siedzi obok mnie ze słuchawkami podpiętymi do ściany i słucha Billy Jeana. Rozpoznałem po melodii i białych skarpetkach, które wychodziły mu z buta, gdy prawą piętą kręcił munłoka. Wspólny język złapaliśmy od razu, szturchnąłem go i mrugnąłem porozumiewawczo, powiedziałem, że podoba mi się jego sweter, a on do mnie, że ja też jestem w porządku. Z pochwał przeszliśmy na przekomarzanie, wyśmiałem go, gdy stwierdził, że EC2 stanowi jednoznacznie, że jeżeli równowaga statyczna konstrukcji zależy od nośności jej elementów na skręcanie, to należy przeprowadzić pełne obliczenie na skręcanie zarówno w stanie granicznym nośności jak i użytkowalności. Nie pozostał mi dłużny, ziewał ostentacyjnie, przeciągał się dźwiękiem pękających żeber, gdy próbowałem wytłumaczyć mu, że praca oziębiaczy powietrza nowego urządzenia chłodniczego z okresową zamianą ról wymienników ciepła zawiera podstawowe cykle pracy ziębienia i przełączenia. Sporo przerzucaliśmy się wzorami, ale naprawdę ciężko je zapisać.
Pomilczeliśmy chwilę i powiedziałem, że mam różową szczoteczkę do zębów, ale przynajmniej czyści język i policzki. Pochwaliłem się kalendarzem, z którego można wyrywać kartki, a potem gnieść je i wyrzucać do kosza, a z tyłu są porady lub ciekawostki.
Zamilkłem nagle więc zapytał, co się stało, więc mówię mu, że coś mi ostatnio słowa nie powstają, że jak kiedyś widziałem je w głowie w formie takich białych chmurek, to teraz niebo jest czyste, że jak ja mogę żyć w czasach, w których wyburza się dom Gatsbiego, że kiedyś wysyłaliśmy sobie zdjęcia ścian, żebyśmy mogli patrzeć w nie wspólnie, a teraz to ścianą jesteśmy podzieleni, że przewijam się przez te ręce, tą głowę i te plecy, ale to tylko ręce, głowa i plecy, więc tak naprawdę nie mam znaczenia.
I nagle zniknął, a ja żałowałem, że nie przyszedłem tu pijany.
sobota
poniedziałek
Geny
Matka pyta się mnie czasem, co tam u tej i u tej, a ja jej mówię, że nie wiem. Potem pyta się mnie, co tam u tej i u tej, a ja mówię, że zobaczymy.
Wieczorem ojciec wraca z pracy, ale nie pyta, co tam u tej i u tej, czy jeszcze tej i tamtej, albo co tam u mnie, obok mnie i ze mną, przechodzi obok syna lekko ruszającego ustami, kiedy ten tworzy sobie najcieplejsze odpowiedzi do tych małych rodzinnych dialogów.
Wieczorem ojciec wraca z pracy, ale nie pyta, co tam u tej i u tej, czy jeszcze tej i tamtej, albo co tam u mnie, obok mnie i ze mną, przechodzi obok syna lekko ruszającego ustami, kiedy ten tworzy sobie najcieplejsze odpowiedzi do tych małych rodzinnych dialogów.
środa
W oczach masz płonące pola
Rozglądam się po twarzach, po ciałach, na wbijane w plecy noże i wzajemne oblizywanie ostrzy.
Zastanawiam się, czy byłbym w stanie krzyknąć "dość, kurwa!", ale przecież ja tu nie jestem, żeby ratować świat - wręcz przeciwnie, my ten świat mieliśmy wywrócić do góry nogami. Świat był dla nas, nie my dla świata, nasze wartości miały przyjąć się same, ale wartości już nie ma, wartości wpadły w gówno, za przeproszeniem, w rzygi, idea stała się niezaszczepialna. Już na początku nikt nie zauważył, że pies zdechł zanim ujrzał światło monitora, urodził się bez serca i nawet, gdyby przeżył, potrafiłby tylko żreć i się pieprzyć.
Mówiliśmy światu "spierdalaj", a teraz świat mówi nam "to wy spierdoliliście".
Nie potraficie ze sobą rozmawiać, a czym, jak nie słowem, chcieliście zdobyć ten świat?
Wasz świat był planetą bez pokrycia, pragnęliście, żeby wszystko pierdolnęło, bo tak byłoby łatwiej, umrzeć przy wybuchających wulkanach zalewanych przez ogromne fale, trzymać się za ręce przy topniejącym słońcu, z uśmiechem pokazywać palcami spadające bomby, odejść w momencie, gdy wszyscy myśleli, że cel był szczytny, pobudki szlachetne, a wartości niezaprzeczalne, nienaruszalne i nieprzemijalne.
Ale na głowę spadły wam dekoracje - styropianowe fale, radio puszczające syrenę alarmową, paczka fajerwerków i dwie petardy. Okazało się, że można jeszcze żyć, można się śmiać, a nawet czasem zapomnieć i poddać się chwili. Ale najgorzej jest w nocy, bo tak bardzo nienawidzisz wtedy przysłowia, że czas leczy rany, że do wesela się zagoi, nienawidzisz siebie za to, że zaczynasz czuć się dobrze, nie możesz spojrzeć w lustro, bo przyzwyczajasz się do normalności, a przecież na duszę matki zarzekałeś się, że już nigdy nie będzie, jak kiedyś.
Końca świata nigdy nie było i to jest waszą największą tragedią.
Zastanawiam się, czy byłbym w stanie krzyknąć "dość, kurwa!", ale przecież ja tu nie jestem, żeby ratować świat - wręcz przeciwnie, my ten świat mieliśmy wywrócić do góry nogami. Świat był dla nas, nie my dla świata, nasze wartości miały przyjąć się same, ale wartości już nie ma, wartości wpadły w gówno, za przeproszeniem, w rzygi, idea stała się niezaszczepialna. Już na początku nikt nie zauważył, że pies zdechł zanim ujrzał światło monitora, urodził się bez serca i nawet, gdyby przeżył, potrafiłby tylko żreć i się pieprzyć.
Mówiliśmy światu "spierdalaj", a teraz świat mówi nam "to wy spierdoliliście".
Nie potraficie ze sobą rozmawiać, a czym, jak nie słowem, chcieliście zdobyć ten świat?
Wasz świat był planetą bez pokrycia, pragnęliście, żeby wszystko pierdolnęło, bo tak byłoby łatwiej, umrzeć przy wybuchających wulkanach zalewanych przez ogromne fale, trzymać się za ręce przy topniejącym słońcu, z uśmiechem pokazywać palcami spadające bomby, odejść w momencie, gdy wszyscy myśleli, że cel był szczytny, pobudki szlachetne, a wartości niezaprzeczalne, nienaruszalne i nieprzemijalne.
Ale na głowę spadły wam dekoracje - styropianowe fale, radio puszczające syrenę alarmową, paczka fajerwerków i dwie petardy. Okazało się, że można jeszcze żyć, można się śmiać, a nawet czasem zapomnieć i poddać się chwili. Ale najgorzej jest w nocy, bo tak bardzo nienawidzisz wtedy przysłowia, że czas leczy rany, że do wesela się zagoi, nienawidzisz siebie za to, że zaczynasz czuć się dobrze, nie możesz spojrzeć w lustro, bo przyzwyczajasz się do normalności, a przecież na duszę matki zarzekałeś się, że już nigdy nie będzie, jak kiedyś.
Końca świata nigdy nie było i to jest waszą największą tragedią.
niedziela
Listy z kodeksów prawnych
(...) W niedzielę, dwudziestego siódmego marca siedzimy i pytamy się nawzajem "co teraz?", ze świadomością, że to jak ciągłe zaglądanie do lodówki, w której nic przecież nie ma.
Mijasz pewne miejsca, słyszysz pewnie słowa i do głowy wpada ci myśl - zupełnie jak po zgaszeniu światła, gdy przed oczami pojawiają ci się wczorajsze sny.
Mijasz pewne miejsca, słyszysz pewnie słowa i do głowy wpada ci myśl - zupełnie jak po zgaszeniu światła, gdy przed oczami pojawiają ci się wczorajsze sny.
piątek
niedziela
Lodołamacz
Moja matka czyta teraz książkę bez tytułu, bo sprzedaż wzrośnie, będącą najbardziej typowym romansidłem.
Po wielu fabularnych zawirowaniach, odmowach i seksie, na ostatnich stronach, po sakramentalnym 'tak', autorka umieściła PRZEPIS NA CIASTO.
JEST TO NOWA ERA LITERATURY KOBIECEJ.
Literatura, która w subtelny sposób mówi kobiecie - "No, no, już, już, popłakałaś sobie, opowieść była smutna, ale przecież dobrze się skończyła, spędzisz teraz resztę dnia, myśląc, że dobrze by było, gdyby cię to spotkało, ale teraz RÓB DZIECIOM CIASTO, DZIWKO!"
Po wielu fabularnych zawirowaniach, odmowach i seksie, na ostatnich stronach, po sakramentalnym 'tak', autorka umieściła PRZEPIS NA CIASTO.
JEST TO NOWA ERA LITERATURY KOBIECEJ.
Literatura, która w subtelny sposób mówi kobiecie - "No, no, już, już, popłakałaś sobie, opowieść była smutna, ale przecież dobrze się skończyła, spędzisz teraz resztę dnia, myśląc, że dobrze by było, gdyby cię to spotkało, ale teraz RÓB DZIECIOM CIASTO, DZIWKO!"
Umyszł
Zaczęło się.
Wiedziałem, że się zacznie. (Musiało się zacząć).
W piąty dzień bezsenności, po stu dwudziestu godzinach pełnej świadomości z kilkoma godzinnymi przerwami, gdy miałem dość słuchania MOICH myśli i bycia w MOJEJ głowie, ktoś mnie zawołał.
Usłyszałem banalne, BOŻE, JAK BANALNE - "Michał".
wtorek
Smugi
Nad morzem nasze dziecko umiera.
Przez te wszystkie siniaki od rzucania nim z ręki do ręki, przez to, jak bardzo wyziębiło się od chłodu naszych ciał, przez to, że nie karmisz go już piersią, ale przede wszystkim przez to poczucie braku zainteresowania, które zżera je od środka, które sprawia, że jego mały słodki pępek gnije, że jego małe słodkie rączki wyginają się w jakiejś chorej, bolesnej pozie.
Porzucone leży w kącie i płacze, stara się płakać, bo otwiera tylko tę swoją paskudnie słodką gębę i próbuje zaskrzeczeć, ale nie wydaje żadnego dźwięku, bo tak naprawdę co nas to kurwa obchodzi. I tak leży w kącie samotne, walczy z nami żałośnie i powoli umiera, ten nasz mały karaluch, ten nasz pieprzony karakan, niechciany bękart, owoc spieprzonej miłości.
Zerkam tam czasem z pogardą, patrzę, jak się wije, zawinięte w mój mały niebieski kocyk w białą kratkę, o którym nigdy Ci nie mówiłem i ja też nic już nie czuję - wkurwia mnie tylko, że nie patrzysz teraz ze mną, jak to małe gówno właśnie zdechło.
sobota
Ale
Morze mnie porwało. Morze wciągnęło mnie pod taflę i zmiażdżyło swoim ogromem. Śmiałem się jak dziecko, krzyczałem nasze stare banały i rozmawiałem z mewami. Siedziałem na piasku, że świadomością, że tak powinno być, ale może nie do końca. Morze mnie przygarnęło, zaopiekowało się mną w ten jeden poranek. Myśli trochę jak fale, zmienne i zimne, niespokojne. Tyle już zostało o nim napisane, a ja wciąż mam ochotę pisać więcej. Piasek był mokry i zapadał się pod moimi nogami, chodziłem po lodzie, który zapadał się pod moimi stopami. Morze jest nieskończone.
W nocy ludzie topią się i wpływają w szczeliny między kamieniami. W nocy są tylko ulice i zbędnie zapalone światła wystaw, które jakby udają, że w mieście jest życie. Palą się całą noc, zachęcając do rzeczy, których naprawdę nie ma za szybami. Nie pozbędę się porównania z labiryntem, bo gubiłem się co chwilę, i nie poznawałem żadnej uliczki, w którą wszedłem drugi raz. Kroki, potężne i nieskończone, tylko twoje przez całą noc. Przystaję i nasłuchuję, nadaremno, bo poza mną i sklepami nie istnieje nic. Koło czwartej rano słyszę fajerwerki, radośnie chaotyczny dźwięk wybuchającego prochu, patrzę w niebo, pochmurne i ciemne. Może to tylko w mojej głowie, może słyszę tylko, jak moja pamięć pozbywa się wspomnień. Czuję zapach cynamonu.
Kołobrzeg
Tak, cały Kołobrzeg jest w nazwie, gdyby Kołobrzeg nie znajdował się koło brzegu nazywałby się Nudawchuj albo Starzyludzieumierajątuwolniej.
Na plażę w Kołobrzegu nie wejdziesz, bo niewybuchy urwą Ci dłonie lub ręce lub nawet głowę, jednym słowem umrzesz, bo tu morze jest do oglądania zza szyby pensjonatu.
Średnia wieku mieszkańców Kołobrzegu to 78 lat - licząc z mewami.
Widziałem raz biegnące dziecko, ale prawdopodobnie było porwane.
W Kołobrzegu jest jeden klub, nazywa się Underground i ma światła, które sprawiają, że białe rzeczy świecą się na niebiesko. Zbiera się tu młodzieżowa elita miasta, kulturalna śmietanka, w piątek piętnaście osób.
Pod kościołem widziałem trzy nekrologi. Był to zbiór z całego roku.
Jedyne ciepłe miejsce w Kołobrzegu, które nie jest sanatorium to pomieszczenia z bankomatami.
O czwartej rano słyszałem fajerwerki, ktoś pewnie skończył 150 lat.
Kołobrzeg nie ma rynku, nie ma nawet jednej głównej ulicy.
Potrafię podsumować Kołobrzeg jednym zdjęciem.
Na plażę w Kołobrzegu nie wejdziesz, bo niewybuchy urwą Ci dłonie lub ręce lub nawet głowę, jednym słowem umrzesz, bo tu morze jest do oglądania zza szyby pensjonatu.
Średnia wieku mieszkańców Kołobrzegu to 78 lat - licząc z mewami.
Widziałem raz biegnące dziecko, ale prawdopodobnie było porwane.
W Kołobrzegu jest jeden klub, nazywa się Underground i ma światła, które sprawiają, że białe rzeczy świecą się na niebiesko. Zbiera się tu młodzieżowa elita miasta, kulturalna śmietanka, w piątek piętnaście osób.
Pod kościołem widziałem trzy nekrologi. Był to zbiór z całego roku.
Jedyne ciepłe miejsce w Kołobrzegu, które nie jest sanatorium to pomieszczenia z bankomatami.
O czwartej rano słyszałem fajerwerki, ktoś pewnie skończył 150 lat.
Kołobrzeg nie ma rynku, nie ma nawet jednej głównej ulicy.
Potrafię podsumować Kołobrzeg jednym zdjęciem.
czwartek
Ale na co morzu tytuł?
Będzie lecieć mi w głowie, i to chyba pierwszy raz, gdy coś cytuję.
Well, see what you want to see
You should see it all
Well, I want a better place
Or just a better way to fall
Spakowałem się, czyli wziąłem dziennik do ręki.
Ja i moje morze, czyli pojechałem, bo do trzech razy sztuka, jak powiedział poeta.
Albo jakiś wiejski mądrala, NIEWAŻNE.
Przegrałeś, Freud. Ty i Twoje śmieszne teorie, Ty i twój seks z rodzicami.
Plecak będzie trochę mniejszy i nie będę miał odcisków, i nie będzie komu pisać, że samemu to nie to samo.
Tak, mamo, wiem jakie są czasy, tak mamo, wiem, że różni ludzie chodzą po świecie, co, nie, nie wiem jeszcze gdzie, gdzieś nad morze, może Kołobrzeg, nie mamo, Bóg nie pomoże, Boże święty nic nie da.
Obiecuję trochę jodu w portfelu i dwa wdechy bursztynu, albo jakoś tak, nie pamiętam, bo naprawdę mnie to nie obchodziło.
Nie po to nam było morze, żeby zbierać muszelki.
Ja i moja mała spowiedź, ja i mój mały czyściec, ja i mój mały koniec świata.
Prawdopodobnie krzyknę też coś o kochaniu nad morzem, ale to banały, małe i słodkie, urocze i zabawne, ładne i nasze, tylko czemu tak boli.
Naiwnie głupi uśmiech wagabundy.
Dobra, więcej nie mam, na więcej nie starczyło, więcej nie trzeba.
Niedziela albo może wcale, bo mieszkanie pod molo traktowałem całkiem poważnie.
Ojciec
Nie zauważyliśmy chwili, w której ojciec zdziecinniał.
Któregoś dnia bał się jechać do fryzjera, ciągnął matkę za rękaw i przyniósł jej moje stare szkolne nożyczki. Wzięliśmy to za pewien rodzaj kryzysu, wybryku starego ekscentryka, który minie z czasem. Nie wiedzieliśmy, że niedługo zacznie moczyć łóżko.
Zyskałem młodszego brata, który podkradał mi czasem pieniądze i woził do szkoły, melodycznie komentując każdą zaklejoną dziurę w drodze słowem „łatka” i „brrum”.
ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA. BRRRUUM ŁATKKA!
Tato, przestań.
ŁATKA BRUM BRUM, ŁATKA, ŁATKA ŁATKA, O ŁATKA, I TU ŁATKA, ŁATKA ŁATKA.
Tato.
ŁATKA ŁATKA ŁATKA. BRRRUMMM!
Potem jeździłem autobusem, bo przestał sięgać pedałów.
Pierwszy raz płaczącą matkę zobaczyłem, gdy ojca wyrzucili z pracy, bo na dokumentach zaczął podpisywać się TATA. Gdy próbowałem na nowo nauczyć go podpisu, trzymał długopis całą pięścią.
Matka płakała coraz częściej, ojca nie było w domu przez całe dnie, wracał wieczorami cały w błocie, z porwanymi spodniami. Mówił, że odkrywa, że nie rozumiemy, że wszystko będzie dobrze, mamo.
Potem zaczęły się problemy z chodzeniem - cieszyliśmy się, że przynajmniej jest w domu.
Matka odeszła, gdy nocami zaczął ssać jej pierś.
Któregoś dnia bał się jechać do fryzjera, ciągnął matkę za rękaw i przyniósł jej moje stare szkolne nożyczki. Wzięliśmy to za pewien rodzaj kryzysu, wybryku starego ekscentryka, który minie z czasem. Nie wiedzieliśmy, że niedługo zacznie moczyć łóżko.
Zyskałem młodszego brata, który podkradał mi czasem pieniądze i woził do szkoły, melodycznie komentując każdą zaklejoną dziurę w drodze słowem „łatka” i „brrum”.
ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA. BRRRUUM ŁATKKA!
Tato, przestań.
ŁATKA BRUM BRUM, ŁATKA, ŁATKA ŁATKA, O ŁATKA, I TU ŁATKA, ŁATKA ŁATKA.
Tato.
ŁATKA ŁATKA ŁATKA. BRRRUMMM!
Potem jeździłem autobusem, bo przestał sięgać pedałów.
Pierwszy raz płaczącą matkę zobaczyłem, gdy ojca wyrzucili z pracy, bo na dokumentach zaczął podpisywać się TATA. Gdy próbowałem na nowo nauczyć go podpisu, trzymał długopis całą pięścią.
Matka płakała coraz częściej, ojca nie było w domu przez całe dnie, wracał wieczorami cały w błocie, z porwanymi spodniami. Mówił, że odkrywa, że nie rozumiemy, że wszystko będzie dobrze, mamo.
Potem zaczęły się problemy z chodzeniem - cieszyliśmy się, że przynajmniej jest w domu.
Matka odeszła, gdy nocami zaczął ssać jej pierś.
wtorek
Dźwięk, który wydają palce w kontakcie ze ścianą jest tytułem tego tekstu
Mur był nieskończony. M. szedł niespokojnie, co chwila obracając się za siebie. Krew ciekła mu z lewego oka, łaskocząc go w policzek. Idąc, gładził ręką chropowatą powierzchnię ściany, która delikatnie łaskotała go w palce. Gdy wyczuwał pod nimi papier, przystawał, chwytał za odstający róg i ciągnął. Oderwał mały kawałek, który odszedł z kawałkiem cegły. M. drapał i próbował odcinać fragmenty paznokciami. Chodziło tylko o zdjęcie. Starał się nie patrzeć przed siebie, na mur w całości pokryty fotografiami. Jak na marnej wystawie, jak rozłożone wzdłuż karty z rodzinnego albumu. Mur był nieskończony.
Orkiestra przygrywała cichą melodię bez końca, kilka monotonnych tonów, które w jego głowie mogły oznaczać tylko jedno.
Orkiestra przygrywała cichą melodię bez końca, kilka monotonnych tonów, które w jego głowie mogły oznaczać tylko jedno.
czwartek
Dzienniki - jubileuszowe fragmenty
str. 198
str. 199
str. 200
I co z tego, że mogę Ci coś opowiedzieć, skoro nie będzie to nawet setną częścią tego, jak naprawdę to odczułem. A gdybyś przeżyła to ze mną, widziałabyś to zupełnie inaczej, oparte na twoich doświadczeniach i emocjach, więc bylibyśmy tylko dwojgiem ludźmi, stojącymi koło siebie w jednej chwili, ale przeżywającymi to wszystko osobno.
str. 199
I tym sposobem dotarłem do strony jubileuszowej, dwusetnej. Czy wiążę z tym NOWYM OKRESEM W MOIM ŻYCIU JAKIEŚ OCZEKIWANIA? I CZY PRZESZŁOŚĆ JEST ZA MNĄ?
str. 200
NIE.
wtorek
Idzie wiosna – z ulic wyrastają bezdomni
Chodniki pękają, ze szczelin między płytami wychylają się brudne, śmierdzące kubki, które jeszcze przed dojrzeniem krzyczą sobą o pieniądze. Pęknięcie poszerza się i puchnie, kipiąc fekaliami, a nad ulicę wystaje już trzęsący się w błagalnym geście tułów. Pokryte zeschniętym śluzem i warstwą popękanej ziemi ciało wynurza się w konwulsjach i zaczyna zatruwać miasto.
niedziela
Mam czas to poczekam, czyli pączek w maśle
Słyszę moje serce, jak bas z budynku ulicę dalej. Głośna, ohydnie mechaniczna rytmika.
Odruchowo przesuwam pod nosem palcem, sprawdzając, czy znowu nie leci z niego krew.
Przed oczami ciągle mam mroczki, bo w ten sposób potrafię tłumić omdlenia.
Odruchowo przesuwam pod nosem palcem, sprawdzając, czy znowu nie leci z niego krew.
Przed oczami ciągle mam mroczki, bo w ten sposób potrafię tłumić omdlenia.
I znowu trzęsą mi się ręce, nie wiem czy to wciąż nerwy, czy już choroba.
CZYLI RAJSKIE ŻYCIE I SENS ŻYCIA I ŻYCIE NA GORĄCO I ŻYCIE JAK W MADRYCIE I STO PROCENT ŻYCIA W ŻYCIU I ŻYCIE PEŁNIĄ ŻYCIA I ŻYĆ NIE UMIERAĆ.
środa
poniedziałek
Śniło mi się (szóstego sierpnia dwa lata temu)
Zamknąłem oczy.
Przeglądałem w kiosku garnitury, kiedy jakiś chłopak spytał się sprzedawcy, gdzie może kupić marihuanę. Kazał nam szukać na ulicy. Wróciłem do domu.
Stanąłem pod drzwiami i leniwie wyciągnąłem klucz. Nie mogłem przekręcić zamka, drzwi były już otwarte. Wszedłem do środka, dom był pusty, w salonie stał tylko telewizor i kanapa. Ściany były białe, okna gdzieś zniknęły. Światło było ostre, migotało lekko ale męcząco. Nie zmartwiłem się kradzieżą, wiedziałem przecież, że to tylko sen.
Na kanapie siedział mój znajomy, uśmiechając się zapytałem co tu robi i po co ogląda telewizję, skoro to mój sen. Zaczął się wypierać i krzyczeć, próbował przekonać mnie, że to nie sen, że mnie okradli i nie mam już nic. Jego ruchy były nieludzkie, ręce wykręcały się za głową i drgały, twarz rozmywała się lekko i płaszczyła. Wiedziałem, jaki będzie jego następny ruch, znałem każde następne słowo, działał zgodnie z moimi przewidywaniami. Ciągle mnie przekonywał, wmawiał, że to wszystko dzieje się naprawdę. Oboje wiedzieliśmy, że jest tu dzięki mnie, i jeśli mu nie uwierzę - zniknie. Zacząłem się śmiać i powiedziałem, żeby pokazał mi mnie.
Przeobraził się jak połączenie klatek dwóch zupełnie innych filmów, pstryknęło. Był mną, pomimo różnic czułem, że to ja. Przestraszyłem się, krzyczałem, że to nie mogę być ja. Zaczął mówić, chodzić, zachowywać się bardzo podobnie do mnie, śmiał się głośno i szyderczo, w jego ruchach czuć było nadpobudliwość i trochę szaleństwa. Biegał korytarzem i sunął ręką po ścianie. Wiedziałem, że to ja, ale wstydziłem się, wypierałem się siebie. Podświadomie czułem, że jeśli to ja, to nie chcę taki być.
Oglądaliśmy razem film o apokalipsie, wybuchła bomba atomowa, błysnęło, świat stał się pomarańczowy. Widzę człowieka, którego podmuch wyrzucił w powietrze, kilkaset metrów ponad budynki, nie robiąc mu żadnej krzywdy, widzę jak odzyskuje równowagę i rozkłada ręce - jakby leciał, jakby był ptakiem. Uśmiecha się i mówi „Siła bomby atomowej uczyniła z nas wolnych ludzi”.
Powiedziałem sobie siedzącemu obok, żeby pokazał mi mnie, gdy będę starszy. Zobaczyłem się w telewizorze, wiem, że miałem trzydzieści lat, długie włosy i inne rysy, może po prostu bardziej dojrzałe. Patrzyłem długo, próbując zapamiętać jak najwięcej, chciałem wyczytać z twarzy co mnie czeka, co mam dalej robić. Film jednak rozsypywał się, szumy stawały się coraz większe, obraz gubił kratki, wyglądał jak spalana powoli taśma.
Przyjrzałem się mocniej, ale na ekranie pojawił się człowiek lecący nad miastem. Obraz znów przeskoczył i zobaczyłem siebie w wieku sześćdziesięciu lat. Byłem siwy, byłem stary, byłem zupełnie niepodobny. Dziadek uśmiechnął się i znowu wróciła apokalipsa. Trwało to bardzo długo, człowiek na ekranie ciągle leciał nieruchomo, zacząłem się niecierpliwić i krzyczeć. Bez przerwy chciałem widzieć siebie tak, jak widzą mnie inni ludzie, chciałem wrócić do obrazu trzydziestolatka. Chciałem wiedzieć, co ze mną będzie.
Obraz ciął się coraz bardziej, a ja bałem się, że to sen, że przecież kiedyś się obudzę, stracę wszystko, co widziałem, przerażało mnie, że zapomnę przyszłego siebie, że znowu będę zagubiony. Krzyczałem, miałem łzy w oczach, waliłem w telewizor, kazałem mu pokazać mi to wszystko jeszcze raz, mówiłem, że muszę to zobaczyć. Rozpłakałem się. Obraz zniknął.
Mój senny ja siedzący na kanapie powiedział „To jest opowieść o obłędzie".
Otworzyłem oczy.
niedziela
Czterdzieści minut poprawiania literówek
Przestanę tak pisać, gdy nauczę się, że pisanie po pijanemu już było i się znudziło.
Śniła mi się dziś Czerwona Trawa, którą kupiłem w antykwariacie i maszynopisarz, który chciał ją przepisać, żeby nauczyć się pisać na maszynie.
Gdy miałem dwa lata, bez przerwy chwytałem dziadka za rękę i bawiłem się jego złotym zegarkiem.
Mieliśmy też taką niebieską, drewnianą łódkę, którą wodowaliśmy, gdy zalewało pola.
Kiedyś straciłem w błocie but, bo tak śmiesznie się zassał. Znalazłem go tydzień później, bo wystawała sznurówka.
A ojciec wesoło powiedział dziś do matki "Caaałe żyyycie raaazem!".
I gdy tak siedzimy we dwoje - moja rodzina i ja, z nich wszystkich mówię najmniej, trochę mnie tam nawet nie ma, pomimo głupiej świadomości, że mógłbym przecież mówić najwięcej. Mógłbym mówić przez dwa dni, mógłbym mówić tyle, że wszyscy zdążyliby pójść spać i zjeść śniadanie, a ja bym dalej mówił, bo chciałbym nadrobić te osiemnaście lat.
Opowiedziałbym o wszystkim co przeżyłem, co widziałem, co chcę przeżyć i zobaczyć.
O tym, co chcę zrobić, i czego nie zrobiłbym nigdy.
O tym, że uwielbiam sny za to uczucie, że zawsze wiem, co mam dalej robić.
Mówiłbym o słowach, które mnie bawią, jak pacha lub fajerwerk, albo o słowach, których nie znoszę, jak krzaki czy rzepka.
Pośmialibyśmy się razem z tego, że istnieje prawo Michała, które mówi, że jeśli stoi koło mnie odkręcona butelka, to na pewno ją przewrócę.
Wytłumaczyłbym, czemu tak dużo mówię do siebie, czemu tak często zaciskam usta i składam kanapki spodami na odwrót.
Albo czemu czasem nie reaguje, gdy ktoś powie coś śmiesznego, mimo, że bardzo mnie to bawi i czemu postanowiłem kiedyś, że będę brzydko pisać.
Na koniec powiedziałbym, że czuję ostatnio, że mam w życiu dwie drogi - drogę leżenia na brzuchu i drogę leżenia na plecach, albo jak kurewsko się teraz wszystkiego boję.
Ale nie mówię nic, bo ktoś musi wypić tę wódkę.
Śniła mi się dziś Czerwona Trawa, którą kupiłem w antykwariacie i maszynopisarz, który chciał ją przepisać, żeby nauczyć się pisać na maszynie.
Gdy miałem dwa lata, bez przerwy chwytałem dziadka za rękę i bawiłem się jego złotym zegarkiem.
Mieliśmy też taką niebieską, drewnianą łódkę, którą wodowaliśmy, gdy zalewało pola.
Kiedyś straciłem w błocie but, bo tak śmiesznie się zassał. Znalazłem go tydzień później, bo wystawała sznurówka.
A ojciec wesoło powiedział dziś do matki "Caaałe żyyycie raaazem!".
I gdy tak siedzimy we dwoje - moja rodzina i ja, z nich wszystkich mówię najmniej, trochę mnie tam nawet nie ma, pomimo głupiej świadomości, że mógłbym przecież mówić najwięcej. Mógłbym mówić przez dwa dni, mógłbym mówić tyle, że wszyscy zdążyliby pójść spać i zjeść śniadanie, a ja bym dalej mówił, bo chciałbym nadrobić te osiemnaście lat.
Opowiedziałbym o wszystkim co przeżyłem, co widziałem, co chcę przeżyć i zobaczyć.
O tym, co chcę zrobić, i czego nie zrobiłbym nigdy.
O tym, że uwielbiam sny za to uczucie, że zawsze wiem, co mam dalej robić.
Mówiłbym o słowach, które mnie bawią, jak pacha lub fajerwerk, albo o słowach, których nie znoszę, jak krzaki czy rzepka.
Pośmialibyśmy się razem z tego, że istnieje prawo Michała, które mówi, że jeśli stoi koło mnie odkręcona butelka, to na pewno ją przewrócę.
Wytłumaczyłbym, czemu tak dużo mówię do siebie, czemu tak często zaciskam usta i składam kanapki spodami na odwrót.
Albo czemu czasem nie reaguje, gdy ktoś powie coś śmiesznego, mimo, że bardzo mnie to bawi i czemu postanowiłem kiedyś, że będę brzydko pisać.
Na koniec powiedziałbym, że czuję ostatnio, że mam w życiu dwie drogi - drogę leżenia na brzuchu i drogę leżenia na plecach, albo jak kurewsko się teraz wszystkiego boję.
Ale nie mówię nic, bo ktoś musi wypić tę wódkę.
czwartek
Trzecia minuta nieprzytomności
Najlepszym momentem w ciągu dnia jest ten, w którym tracę przytomność.
Na początku trwało to kilka sekund, teraz liczę ten czas z w pełnych minutach. Staje się to tak częste, że zacząłem mówić "o, znowu!" za każdym razem, gdy czuję utratę kolorów.
Słodkie nie-bycie, świadomość, że TY NAPRAWDĘ NIE MASZ KONTROLI i poddajesz się lenistwu swojego ciała.
Lubię zabawne mroczki przed oczami, bo to najzabawniejsza część dnia i ciekawe geometryczne wzorki, bo to najciekawsza część dnia. Siniaków mam mało, bo zazwyczaj ląduję bezpiecznie, a ze schodów schodzę szybko, bo całkiem głupio jest złamać kręgosłup.
Uroczy jest sposób mojej ekscytacji, gdy podczas przechodzenia przez ulicę robi się ciemno, a ja po prostu próbuję nie upaść. Uśmiecham się też w momencie, gdy matka pyta się mnie, czy dobrze się czuję, bo blado wyglądam, a ja mówię tylko "da się przeżyć."
Na początku trwało to kilka sekund, teraz liczę ten czas z w pełnych minutach. Staje się to tak częste, że zacząłem mówić "o, znowu!" za każdym razem, gdy czuję utratę kolorów.
Słodkie nie-bycie, świadomość, że TY NAPRAWDĘ NIE MASZ KONTROLI i poddajesz się lenistwu swojego ciała.
Lubię zabawne mroczki przed oczami, bo to najzabawniejsza część dnia i ciekawe geometryczne wzorki, bo to najciekawsza część dnia. Siniaków mam mało, bo zazwyczaj ląduję bezpiecznie, a ze schodów schodzę szybko, bo całkiem głupio jest złamać kręgosłup.
Uroczy jest sposób mojej ekscytacji, gdy podczas przechodzenia przez ulicę robi się ciemno, a ja po prostu próbuję nie upaść. Uśmiecham się też w momencie, gdy matka pyta się mnie, czy dobrze się czuję, bo blado wyglądam, a ja mówię tylko "da się przeżyć."
poniedziałek
Droga
Moje ruchy są nerwowe i niekontrolowane, potencjalne wszystko ląduje na ścianie.
Nie mogę zawiązać buta, za mocno trzęsą mi się ręce.
Narzucam na siebie szarą bluzę w której nie działa zamek i zakładam kaptur.
Wychodzę z domu i przeszywa mnie dreszcz stukotu kamiennych puzzli.
Idę szybko, z mocno zaciśniętymi pięściami.
Staję na moście i biorę kilka głębokich wdechów, plując w tafle wody.
Ruszam.
Przecież droga nie jest pod górkę, nareszcie widzę, że droga nie jest pod górkę.
Jestem spokojny.
Kładę się na śniegu i rozkładam ręce, śmiejąc się do siebie.
Nie mogę zawiązać buta, za mocno trzęsą mi się ręce.
Narzucam na siebie szarą bluzę w której nie działa zamek i zakładam kaptur.
Wychodzę z domu i przeszywa mnie dreszcz stukotu kamiennych puzzli.
Idę szybko, z mocno zaciśniętymi pięściami.
Staję na moście i biorę kilka głębokich wdechów, plując w tafle wody.
Ruszam.
Potykam się, popierając się rękoma. Droga błyszczy się odbitym w lodzie księżycem.
Uśmiecham się pod nosem.
Biegnę.
Momentalnie owiewa mnie zimne powietrze, uderza w twarz, szumi w uszach i rzęzi w płucach.
Przymykam oczy, które mglą się i łzawią.
Biegnę coraz szybciej, buty ślizgają się po drodze, tracę prawie każdy krok, nie mam kontroli.
Znowu się uśmiecham.
Zastanawiam się, jak wytrzymałem bez tego sześć miesięcy.
Dzień spływa mi po czole, wiatr zdmuchuje go ze skroni i trafia mnie w ucho, tydzień spływa po rękach i wsiąka w rękawy, pół roku spływa po plecach, zimne i nieprzyjemne, ale odległe i już zupełnie nie moje.
Biegnę.
Nie mogę oddychać, lód dostał się do mojego ciała i zamroził mi nerwy, serce bije mi dźwiękiem pękającej tafli, ale ja jestem spokojny.
Wciąż się uśmiecham.
Uśmiecham się pod nosem.
Biegnę.
Momentalnie owiewa mnie zimne powietrze, uderza w twarz, szumi w uszach i rzęzi w płucach.
Przymykam oczy, które mglą się i łzawią.
Biegnę coraz szybciej, buty ślizgają się po drodze, tracę prawie każdy krok, nie mam kontroli.
Znowu się uśmiecham.
Zastanawiam się, jak wytrzymałem bez tego sześć miesięcy.
Dzień spływa mi po czole, wiatr zdmuchuje go ze skroni i trafia mnie w ucho, tydzień spływa po rękach i wsiąka w rękawy, pół roku spływa po plecach, zimne i nieprzyjemne, ale odległe i już zupełnie nie moje.
Biegnę.
Nie mogę oddychać, lód dostał się do mojego ciała i zamroził mi nerwy, serce bije mi dźwiękiem pękającej tafli, ale ja jestem spokojny.
Wciąż się uśmiecham.
Przecież droga nie jest pod górkę, nareszcie widzę, że droga nie jest pod górkę.
Jestem spokojny.
Kładę się na śniegu i rozkładam ręce, śmiejąc się do siebie.
czwartek
O "Sam się obsłuż"
Gdy kupiłem dziś jogurt pitny waniliowy w maszynie samoobsługowej do płacenia kartą*, po transakcji dostałem od nich nieskładnego maila o treści:
Witaj dziekujemy za transakcję. Zapraszamy ponownie na zakupy do naszego sklepu.
Bardzo prosimy o wystawienie komentarza do transakcji. Możesz to uczynic pod adresem:
Zacząłem bać się o moją prywatność i czekam na mail o treści "NO JAK SIĘ SRAŁO PO JOGURCIKU?"
*KTÓRE ZAWSZE, NAPRAWDĘ ZAWSZE, OBSŁUGIWANE SĄ PRZEZ KARŁY Z POGARDĄ INSTRUUJĄCE LUDZI JAK SIĘ TEGO UŻYWA I WSPINAJĄCE SIĘ NA NIE JAK DZIECI CYRKOWCÓW NA INDYJSKIE SŁONIE
Witaj dziekujemy za transakcję. Zapraszamy ponownie na zakupy do naszego sklepu.
Bardzo prosimy o wystawienie komentarza do transakcji. Możesz to uczynic pod adresem:
Zacząłem bać się o moją prywatność i czekam na mail o treści "NO JAK SIĘ SRAŁO PO JOGURCIKU?"
*KTÓRE ZAWSZE, NAPRAWDĘ ZAWSZE, OBSŁUGIWANE SĄ PRZEZ KARŁY Z POGARDĄ INSTRUUJĄCE LUDZI JAK SIĘ TEGO UŻYWA I WSPINAJĄCE SIĘ NA NIE JAK DZIECI CYRKOWCÓW NA INDYJSKIE SŁONIE
niedziela
Pies na pieniądze
Mam trzy euro, pierwsze pieniądze zarobione na pisaniu, boję się, że woda sodowa uderzy mi do głowy, że zacznę się szmacić, pisać rzeczy pochwalne, pod reklamę, że przestanę robić cokolwiek i zacznę wrzucać tu nagie zdjęcia z internetu dla większej popularności, że będę chodził i obrzucał ludzi gównem, krzycząc adres tej strony.
Czy zamierzona przesada jest opłacalna?
Pogoda jak nad morze, a w lesie wyrosło wrzosowisko, więc boję się, że nagle wyskoczy jakiś pies.
Czy na nawiązaniach literackich się zarabia?
To wszystko to tylko mała prowokacja.
Ale czy są z tego jakieś pieniądze?
Enlarge your penis.
Czy zamierzona przesada jest opłacalna?
Pogoda jak nad morze, a w lesie wyrosło wrzosowisko, więc boję się, że nagle wyskoczy jakiś pies.
Czy na nawiązaniach literackich się zarabia?
To wszystko to tylko mała prowokacja.
Ale czy są z tego jakieś pieniądze?
Enlarge your penis.
wtorek
Pogrubiane pudełeczko głupich oczywistości
Jak masz pudełeczko, co nie? Jak masz dwa pudełeczka, jedno jest takie niegłupie, nie? Normalne niegłupie pudełeczko. No ale obok jest to drugie, głupie pudełeczko. I ty jesteś tym głupim.
Im dłużej myślę o Internecie, tym bardziej postrzegam go jako twór transcendentalny. Człowiek stał się wolną duszą, atomem krążącym po ziemi z prędkością myśli. Jestem wyzwolony spod ograniczeń własnego ciała. Mogę być jednocześnie w każdym miejscu, w którym kiedykolwiek stał człowiek, do którego sięgają statki, samoloty, teleskopy. Okolice piątego wymiaru, PERYFERIA NIESKOŃCZONOŚCI - nieograniczona ilość możliwości w ciągu jednej sekundy. Jestem na Times Square, okiem kamery zerkam na ruchliwą ulicę i przelewających się ludzi, śledząc jednocześnie w drugim oknie wykluwanie się małego pingwina w stacji badawczej na Antarktydzie, i płaczącą ze wzruszenia małą foczkę obok.
(...)
Ale Internet PODPORZĄDKOWUJE, zabiera wolną wolę, niszczy kreatywność i chęć działania.
BO DLACZEGO MAM TWORZYĆ, SKORO LEŻĄC W ŁÓŻKU MOGĘ PRZEZ TYDZIEŃ PATRZEĆ NA ROSJĘ Z DZIOBU KOLEJKI TRANSSYBERYJSKIEJ Z PODŁOŻONYM DO TEGO MININAL TECHNO?
Z Internetu niepłynnie przechodzę do sztuki, do czasów, kiedy można wmówić człowiekowi, że kwadrat nie jest kwadratem, tylko czymś zupełnie innym, może nie kołem, ale np. sceną biblijną. Gówno w puszce już przeszło, więc dlaczego nie kwadraty, ciągi liczbowe lub malowanie słoniem, czy piersiami?
Czekam tylko niecierpliwie, aż ktoś wejdzie na wystawę kwadratów, stanie, pomyśli, i w głowie zakiełkuje mu myśl, tak radośnie oczywista, że będzie miał ochotę ją krzyczeć. I będzie to robił.
Będzie krzyczał „HEJ, PRZECIEŻ TO JEST ŻAŁOSNE! ALE SERIO, JAKIEŚ POJEBANE".
I nagle wszyscy wrócą do starego dobrego malowania kurwa ludzi.
I nagle wszyscy wrócą do starego dobrego malowania kurwa ludzi.
(...)
Każde pokolenie w historii miało w zanadrzu wielkie, wzniosłe wydarzenie, wokół którego mogło kręcić się ich życie. Inspiracja, PUNKT DO KTÓREGO MOŻNA SIĘ ODNIEŚĆ, co można poprzeć lub zupełnie odrzucić. IDEE.
My kręcimy się wokół tego, że nie mamy wokół czego się kręcić, sami próbujemy tworzyć takie sytuację, egzaltujemy się drobnicą, ochłapami, dorabiamy sens, wzniosłość do wydarzeń, o których sami zapominamy tydzień później. Szukamy wydarzenia, które pokaże nam, że nasze pokolenie miało jakikolwiek sens i wpływ na historię.
Chcemy gestów, czynów wielkich i znaczących, aktów zupełnego poświęcenia czegoś lub kogoś. Chcemy poczucia, że obok nas jest też coś, o czym warto pisać, malować, tworzyć.
I nie mówię tu o bezmyślnym uwielbieniu, o ślepym poświęceniu, mówię o sprawie, o rzeczy, wokół której warto się zebrać, o inspiracji, potrzebie, sensie.
sobota
O reklamach, które się właśnie pojawiły, nowy adres, nowy wygląd, i w ogóle organizacja
Nowa skóra, nowy rok czy coś w ten DESEŃ. Jest mrocznie, jest czarno, jest nowocześnie, jest młodzieżowo. Może zostanę informatykiem-grafikiem?
Albo - gdybym czas zmarnowany na tę zabawę przeznaczył na pisanie, może w końcu napisałbym coś dobrego.
Idziemy za modą i technologią, JEST TWARZKSIĄŻKA, (ale nie ma 'lubię to!', nie umiem, przesada), MOŻNA POĆWIERKAĆ, BUZZNĄĆ A NAWET WYSŁAĆ NA MAILA, JA JEBIE, nie znajdziesz tego w zwykłej książce, znajdziesz tylko smród papieru, starości i pieprzonego zacofania.
Pojawiły się też guziczki TAK lub NIE, które są proste do kliknięcia, a gdy się juz to zrobi, wydają dźwięki i MOŻNA WYGRAĆ NAGRODY. Guziki te będą mnie pewnie dobijać, bijącym z nim negatywizmem, lub internetowym skurwysyństwem, lub brakiem reakcji zupełnym. Co prawda są jakieś głupie i się resetują?, ale LUBIMY BAJERY I BŁYSKOTKI.
Technologia zapisała mi stary szablon, więc w ramach sentymentu BĘDĘ DO NIEGO WRACAŁ ÓSMEGO STYCZNIA KAŻDEGO ROKU. (Zapomnę).
Jest i nowa, jak jej tam, DOMENA. Fancy-pancy, ładnie to wygląda, więc od dziś, przez jakieś dwa lata:
http://www.z-a-do-b.pl/
Działa tylko z www. na przedzie, nie wiem czemu, bo tak i już - więc: http://www.z-a-do-b.pl/, nie http:/z-a-do-b.pl/
Są też reklamy.
"SPRZEDAŁEŚ SIĘ CHUJU, REKLAMY CHUJU REKLAMY, A TAKI Z CIEBIE OUTSIDER NIBY, CHUJU, OUTSIDER Z REKLAMĄ NA CZOLE TY CHUJU. IDEE SZLAG TRAFIŁ, CHUJU!"
W regulaminie było: NIE REKLAMUJ REKLAM, ale cóż poradzę, że dla paru groszy zjadłbym własne gówno.
Nie byłem wcześniakiem. Nie jestem dzieckiem z biednej rodziny, którego jedynym posiłkiem dziennie jest talerz zupy ze szkolnej stołówki. Nie mieszkam w afrykańskiej wiosce, która nie ma dostępu do wody pitnej. Nie jestem bity ani molestowany, nigdy nie zostałem zgwałcony, nie uległem poparzeniom, nie mam raka, HIV, AIDS, HIV z AIDS, żółtaczki, białaczki, słyszę, widzę, chodzę i mam całkiem sprawny mózg.
Ale lubię zapach pieniędzy, i że można nimi kupować rzeczy - więc musicie kliknąć w reklamę po prawej.
(Może za pół roku uzbieram na lizaka).
Popieprzyłem, wracamy do rzeczywistości.
Albo - gdybym czas zmarnowany na tę zabawę przeznaczył na pisanie, może w końcu napisałbym coś dobrego.
Idziemy za modą i technologią, JEST TWARZKSIĄŻKA, (ale nie ma 'lubię to!', nie umiem, przesada), MOŻNA POĆWIERKAĆ, BUZZNĄĆ A NAWET WYSŁAĆ NA MAILA, JA JEBIE, nie znajdziesz tego w zwykłej książce, znajdziesz tylko smród papieru, starości i pieprzonego zacofania.
Pojawiły się też guziczki TAK lub NIE, które są proste do kliknięcia, a gdy się juz to zrobi, wydają dźwięki i MOŻNA WYGRAĆ NAGRODY. Guziki te będą mnie pewnie dobijać, bijącym z nim negatywizmem, lub internetowym skurwysyństwem, lub brakiem reakcji zupełnym. Co prawda są jakieś głupie i się resetują?, ale LUBIMY BAJERY I BŁYSKOTKI.
Technologia zapisała mi stary szablon, więc w ramach sentymentu BĘDĘ DO NIEGO WRACAŁ ÓSMEGO STYCZNIA KAŻDEGO ROKU. (Zapomnę).
Jest i nowa, jak jej tam, DOMENA. Fancy-pancy, ładnie to wygląda, więc od dziś, przez jakieś dwa lata:
http://www.z-a-do-b.pl/
Działa tylko z www. na przedzie, nie wiem czemu, bo tak i już - więc: http://www.z-a-do-b.pl/, nie http:/z-a-do-b.pl/
Są też reklamy.
"SPRZEDAŁEŚ SIĘ CHUJU, REKLAMY CHUJU REKLAMY, A TAKI Z CIEBIE OUTSIDER NIBY, CHUJU, OUTSIDER Z REKLAMĄ NA CZOLE TY CHUJU. IDEE SZLAG TRAFIŁ, CHUJU!"
W regulaminie było: NIE REKLAMUJ REKLAM, ale cóż poradzę, że dla paru groszy zjadłbym własne gówno.
Nie byłem wcześniakiem. Nie jestem dzieckiem z biednej rodziny, którego jedynym posiłkiem dziennie jest talerz zupy ze szkolnej stołówki. Nie mieszkam w afrykańskiej wiosce, która nie ma dostępu do wody pitnej. Nie jestem bity ani molestowany, nigdy nie zostałem zgwałcony, nie uległem poparzeniom, nie mam raka, HIV, AIDS, HIV z AIDS, żółtaczki, białaczki, słyszę, widzę, chodzę i mam całkiem sprawny mózg.
Ale lubię zapach pieniędzy, i że można nimi kupować rzeczy - więc musicie kliknąć w reklamę po prawej.
(Może za pół roku uzbieram na lizaka).
Popieprzyłem, wracamy do rzeczywistości.
piątek
Ja Tajga
Zamieniam kapelusz na wełniany płatok, zamieniam trampki na plecione postoły - wagabunda staje się klikuszą.
niedziela
20011
Zjedliśmy z podłogi nasze własne wymioty.
A ja rozmawiam ze sobą coraz więcej, bo inaczej moja krtań zaczęłaby zanikać.
Wstałem rano i myłem zęby palcem, zastanawiając się tylko, jak głupie jest mycie zębów palcem.
Nowy rok, nowe myśli - już nie pieprzymy, Michał.
A ja rozmawiam ze sobą coraz więcej, bo inaczej moja krtań zaczęłaby zanikać.
Wstałem rano i myłem zęby palcem, zastanawiając się tylko, jak głupie jest mycie zębów palcem.
Nowy rok, nowe myśli - już nie pieprzymy, Michał.
piątek
Wigilia Narodzin Chrystusa Pana - wer. cenz.
Na Gwiazdkę budzisz się przy światłach choinki z własnymi rzygowinami za zębami, zagryzając to czekoladą, jedyną rzeczą, którą przyniósł Ci Mikołaj i dziękujesz Jezusowi, że został ci tylko tydzień życia.
Nie ma za co, odpowiada ci powieszona za jedną nogę, fluorescencyjna figurka, bujająca się radośnie na swym plastikowym krzyżu.
Nie ma za co, odpowiada ci powieszona za jedną nogę, fluorescencyjna figurka, bujająca się radośnie na swym plastikowym krzyżu.
czwartek
Pomyje
Mgła rozwiewała nam włosy i wywracała parasole na drugą stronę. Wślizgiwała nam się do uszu i upijała ostatnie trzeźwe myśli. Nasze kroki były senne i powolne, chodziliśmy w niej jak w miodzie, własne ciała odczuwaliśmy, jak gdyby wyszły z wody, zapominając o swojej lądowej masie. Brodziliśmy w męczącej konsystencji.
Chciałem złapać Cię za rękę, odtrąciłaś ją, a mgła, widocznie wrażliwa na nasze uczucia, zagęściła się w tym miejscu, zostawiając w powietrzu mazistą, białą smugę.
Zatrzymałaś się. Wiem co myślisz, nie możemy już iść tą samą drogą. Z trudem odwróciłem głowę, mgła stała się żywiczna, zaczęła krępować mi usta i wpływać do gardła. Krążyła mi już w żyłach, wyrzeczywistniała mnie. Byłaś już daleko, widziałem Cię jak przez mydlane pomyje, jak zarys, plamę, marny silłet.
- Idziesz? - Zdążyłem zapytać, potem była biel.
sobota
Sam, Z Wizgiem W Uszach, Kroczyłem Za Horyzontem, Aż Ten Przestał Być Mi Bliski
Podążałem Za Śladami, Które Urwały Się, Wzbudzając We Mnie Zaniepokojenie
Ruszyłem Jednak Dalej, Stawiając Pierwsze Kroki Na Nieznanym
Ze Wspomnieniami Topniejącymi Jak Śnieg Pod Ciężarem Moich Stóp
Subskrybuj:
Posty (Atom)









