czwartek

Pomyje



Mgła rozwiewała nam włosy i wywracała parasole na drugą stronę. Wślizgiwała nam się do uszu i upijała ostatnie trzeźwe myśli. Nasze kroki były senne i powolne, chodziliśmy w niej jak w miodzie, własne ciała odczuwaliśmy, jak gdyby wyszły z wody, zapominając o swojej lądowej masie. Brodziliśmy w męczącej konsystencji.
Chciałem złapać Cię za rękę, odtrąciłaś ją,  a mgła, widocznie wrażliwa na nasze uczucia, zagęściła się w tym miejscu, zostawiając w powietrzu mazistą, białą smugę.
Zatrzymałaś się. Wiem co myślisz, nie możemy już iść tą samą drogą. Z trudem odwróciłem głowę, mgła stała się żywiczna, zaczęła krępować mi usta i wpływać do gardła. Krążyła mi już w żyłach, wyrzeczywistniała mnie. Byłaś już daleko, widziałem Cię jak przez mydlane pomyje, jak zarys, plamę, marny silłet.
- Idziesz? - Zdążyłem zapytać, potem była biel.

2 komentarze:

kasia pisze...

gmeranie we mgle nigdy dobrze sie nie konczy

Mempra pisze...

Mgła zaczyna dusić, mrozić po kolei każdy skrawek ciała. Przez żyły, poprzez serce, aż do samej duszy. Potem, już ciężko oddycha się nawet tym samym lodem.