czwartek

19/09/09 - "Bardzo dobre" - M. Jezus

Kichnąłem kichnięciem, które w ciągu dwóch sekund wyraziło wszystko, co chciałem wykrzyczeć. Był w nim zawarty każdy mój problem, każda rzecz którą chciałbym zmienić, zostało w nim opowiedziane każde moje niepowodzenie. Gdyby ktokolwiek usłyszał sposób w jaki kichnąłem zapewne rozpłakałby się. Było to najsmutniejsze kichnięcie na świecie.

Podgrzewana podłoga

Zamykam się w łazience i siedzę przy wannie z moimi myślami, a wychodząc spuszczam wodę, udając, że ROBIŁEM COŚ KONSTRUKTYWNEGO.

Judeserwitol

I nie biorę już narkotyków - po nich moje serce oddaję się w moje ręce, z całą świadomością kiczowatości tej sceny na deskach naszego teatru.

poniedziałek

Szalonego surrealisty nowego świata początek

Eli, Eli lama sabachthani,

pisane ścianą na kredce, żeby zacząć odwrotnie, i już na początku pozbyć się pozorów - nie popełnić tego samego błędu.

Zacznie się od krzyku umierających roślin - od zapachu łamanych widelców.

Byłem tam, stałem na głowie śmiejąc się z Ciebie, z Tobą, krwią nieobecny, bo cała była w mojej głowie.

Szukałem sensu w trawie, znalazłem tylko Twoje zdjęcie, które rzuciłem tu przed tygodniem, trochę już napuchłe deszczem i wyblakłe słońcem, więc zobaczmy jak krople spadają do nieba, nasycając od nowa kolory.

I choćbym na rękach ciemną chodził doliną, zawsze będą trochę więcej Twoje i trochę mniej moje, bo tak miało być, i na początku stała się światłość, ale nie tym razem.

Znowu mam je w oczach - ciesząc się, że trafiła w moją głowę dawka tego hormonu o śmiesznej nazwie - bo ostatnio wszystko rozpatruję pod względem reakcji chemicznych.

Widelce znów pachną w ten sposób, sztućce płaczą przy mnie, a najgorsze są noże, bo wchodzą jak w masło, rozumiesz?

Objąłem 'to' drzewo, pierwsze z brzegu, bo nigdy nie miałem tego specjalnego, i czekałem aż spadną wszystkie liście, ale po piętnastu minutach wróciłem do domu, bo, pamiętasz, pożegnania zawsze są do dupy.

I tak bardzo chciałbym dotknąć Cię palcem i na Twoim brzuchu położyć dwa małe kamienie, które krążyłyby potem jak dwie planety wokół naszych głów splecionych w tym śmiesznym tańcu kubków smakowych - jak nowego świata początek.

sobota

Cmentarz (halloween)

Furtka była zamknięta, a ja szarpiąc się z nią zrobiłem tak dużo hałasu, że moja głowa instynktownie się podkurczyła, jakby uchylała się nadchodzącym strzałom. Obszedłem mur wkoło, znajdując miejsce bez krzaków, które pewnie wbiłyby mi się w tyłek. Zeskoczyłem w dół, omal nie stawiając nogi na grób jakiegoś dziecka. Usiadłem przy drzwiach, opierając się ramieniem o drewniany krzyż. To dobre miejsce. Odgłos otwieranej puszki nigdy nie wydał mi się tak głośny. Spojrzałem w górę, gwiazdy są nudne.
Wszystkie myśli, jak wrzątek, kipiały we mnie, jednak nie w zależności od temperatury, tylko od ciszy. Cisza była idealna. Cisza była grobowa. Czy wspomniałem już, że siedzę przy kościele? Z małym, dziecięcym cmentarzykiem?
Wziąłem pierwszy łyk, zastanawiając się, jak głupie jest to, co robię.
- Widok zniczy dziwnie wpływa na ludzi, huh? - Nie dziwi mnie już, że mówię coś do siebie nie zdając sobie z tego sprawy. W takich momentach pojawia się zupełnie irracjonalna chęć, żeby podnieść głowę do góry i zacząć z Nim rozmawiać.
- Nie lubisz mnie teraz, co nie? Nie dziwię Ci się, niezły ze mnie wrzód na dupie.
Wziąłem kolejny łyk i uśmiechnąłem się z "hm".
- Sądziłem, że jak tu przyjdę to coś wymyślę, wpadnie mi do głowy jakieś rozwiązanie, uznałem, że przyjście tutaj będzie już zupełnym dnem, a od dna zawsze można się odbić. Cóż, nie dzisiaj.

[tutaj pojawia się jakiś wątek metaforyczny, być może też rozmowa z samym Bogiem, pewnie pod postacią starca albo małej dziewczynki, pełne oświecenie bohatera i rozwiązanie, które było blisko, a mimo wszystko sam by go nie znalazł, bo wymowa jest taka, że jest tylko człowiekiem - jak to podczas rozmów z Bogiem]

[albo i nie]

Posiedziałem tak jeszcze chwilę, bez słowa i myśli.
- Za was.
Podniosłem puszkę, spojrzałem na groby i wziąłem ostatni łyk piwa.

czwartek

Decyzje

Jedyna poważna decyzja, jaką podjąłem w tym tygodniu, to ta, którą z trzech pozostałych mi paczek czipsów zjem najpierw.

poniedziałek

Wof

Nie mam już myśli, nie postrzegam, nie przeczuwam, nie analizuję, nie interpretuję, nie wyciągam wniosków z zachowań moich i innych.

Z momentem, gdy poczułem się jak pies, który, mimo, że ciągle bity, wraca do swojego właściciela z podkulonym ogonem, wyrzygałem się i wiedziałem, że mam dość. Uciekłem. Żywię się resztkami, które znajduję na śmietniku, i czasem gonię jakieś bezpańskie koty. Wyczuwam Cię od czasu do czasu, od razu chcę podejść, przytulić się, zamerdać ogonem i podać Ci łapę, ale im bliżej jestem, im zapach staje się intensywniejszy, tym bardziej się boję, klepną mi uszy, ogon sam się podkula, robi mi się duszno, a ja uciekam, marząc o tym, żeby ta ucieczka miała sens, żeby nie była ucieczką od wspomnień i uczuć - chciałbym, żeby gonił mnie hycel.

niedziela

Mięsizm

Jesteśmy tylko mięsem, bakteriami, których jedynym celem jest dalsze szerzenie się we wszechświat, dopóki starczy nam miejsca, dopóki nie wyżremy, nie zabijemy, nie zniszczymy wszystkiego, dopóki świat nie znajdzie na nas antidotum.

Uczucia wyższe nie istnieją - miłość, przyjaźń, zaufanie - słowa wymyślone w krótkich przebłyskach naszej prawdziwej świadomości, tak krótkich, że zdążyliśmy je tylko zapisać i zapamiętać, a teraz służą nam do usprawiedliwienia tego, co kieruje nami naprawdę.

Przetrwanie i pociąg fizyczny, przekazywanie najbardziej potrzebnych do przetrwania genów dalej, przed nic nieznaczącą śmiercią - podstawowe instynkty, którymi świat kieruje się od zawsze.

Nie możemy wyprzeć się naszego człowieczeństwa, czy raczej - zupełnego zezwierzęcenia.

Jesteśmy okresem przejściowym - nieudaną mutacją. Być może za moją świadomość odpowiada jeden malutki gen - genik, który natychmiast uległ regresowi, a mnie, nas, zostawił ze strzępkiem prawdziwości, na tyle kalekim i nieznaczącym, że nie potrafimy walczyć z instynktami, a na świecie liczy się tylko znalezienie kogoś, kogo fizyczne geny mają największą szansę na przetrwanie - kogoś, kto mógłby najszybciej biegać, najdalej rzucić kamieniem albo ma najlepiej przystosowaną do porodu macice. Nasza świadomość to ewolucyjna pomyłka, która zniknie za parę milionów lat, bo nie jest nam potrzebna do przetrwania.

I zniknie ten strzępek, który tak bardzo utrudnia mi życie, który powoduje, że tak bardzo się męczę, bo wiem, że Twój mózg uważa, że mam za duży nos i zbyt krzaczaste brwi, a Ty nie potrafisz zwalczyć tego instynktu, który mówi Ci podświadomie, że właśnie to jest najważniejsze.

sobota

Mendewesze

Witaj, Wegetacjo.

Nie spróbujesz.

"Bla bla bla".

Nie czuję się.

Pachnie w mieście pieczonymi ziemniakami.

Duszno mi w duszę.

Nigdy nie będzie takim samym - wagabundą.

I tylko tramwaj widział, jak płakałem.

Nigdy więcej nic więcej.

Popatrz na mnie i wyparujmy.

niedziela

poniedziałek

Niewieczór.

Obudziłem się pierwszy, było chyba koło dziesiątej, dokładnie nie wiem, wnoszę to po kubkach stojących uchem na prawo. Krótkie, oględne spojrzenie zamieniło się w dokładną analizę powierzchni, struktury i geometrii, z gronem fachowców wokół i specjalistycznym sprzętem. Uśmiechała się przez sen, zawsze w podobny, naiwny wręcz sposób, jak dziecko, które nie może się powstrzymać bo właśnie zrobiło coś głupiego. Włosy w zupełnym chaosie dzieliły Jej twarz na tylko oczy i tylko usta, ukrywając nos i pyzate policzki, dzieląc mój świat na lewą i prawą stronę. Podniosłem się niezgrabnie z łóżka, starając się Jej nie obudzić, ale "tylko się przeciągnęła", mamrocząc coś przez sen o astronautach. Zszedłem na dół, witając się po kolei z każdym kolejnym stopniem. Lustro w łazience było bezużyteczne, bo któregoś dnia zaczęło pokazywać wszystko od tyłu, więc myłem zęby licząc pieprzyki na plecach.

Wróciłem na górę, było chyba koło dziewiątej, dokładnie nie wiem, wnoszę to po pijanym zegarku wiszącym na ścianie (czasem cofał albo mu się cofało). Wsunąłem nogę w poszewkę, (spaliśmy w poszewce, żeby nie zjadły nas potwory), potem drugą, tułów i tak dalej. Leżałem tak dłuższy czas, trzynaście oddechów, kiedy zaczęła się przebudzać. Zamknąłem szybko oczy ale nie mogłem powstrzymać naiwnego uśmiechu. Miałem wrażenie, że na mnie patrzyła, nie mogę mieć pewności bo udawałem, że śpię, Podniosła się z łóżka, zgrabnie, i zeszła na dół, witając się ze stopniami (całowały jej stopy). Myła zęby, licząc pewnie pieprzyki na plecach. Wiem, chociaż jej tego nie mówiłem, że z tyłu ma ich jakieś trzydzieści, licząc nawet te małe, a z przodu jakieś dwadzieścia, sześć na samych piersiach, dwadzieścia jeden licząc TAMTEN.

Po siedemdziesięciu trzech oddechach wróciła na górę i wsunęła się w poszewkę. Trzy pijane okrążenia zegara później odgrywaliśmy nasz poranny teatr, sztukę tylko dla nas, powolne przebudzanie się, dzień dobry, i scenę finałową, czyli pocałunek po spaniu, jak w tym filmie z tamtym aktorem i tą taką.

Nigdy nie rozmawialiśmy o kulisach.

sobota

85mm

Nie pamiętał kiedy zaczął gnić. Któregoś dnia po prostu odpadła mu ręka. Nie szukał przyczyny - znał ją doskonale.

Czekał na to.

Choroby, zakażenia, infekcje, to nie był ten rodzaj gnicia.

Gnił przez siebie, gnił, bo chciał zgnić. Samobójstwo, najdłuższe, najgorsze z możliwych, powolne rozpadanie się, utrata siebie kawałek po kawałku.

I gdy leżał na podłodze, patrząc na luźno leżący rękaw, postanowił, że pomoże sam sobie, że czekanie nie będzie wystarczającą karą.

Zaczął od stopy, mocno pociągnął, nie sądził, że pójdzie aż tak łatwo.

Rzucił ją w okolice okna, żałując trochę, że właściwie nie boli, że nie czuję tego tak, jak pragnął.

Złapał się za kolano i szarpnął.

Tym razem ból był przeszywający, zwinął się jak kociątko pragnące ogrzać samo siebie i posapał przez kilka minut.

Nie ma odwrotu.

Wcisnął palce pod żebra i pociągnął.

Czy słyszałeś kiedyś dźwięk rwanej kamizelki?

Nie miał już siły, ale był szczęśliwy.

Doczołgał się do kąta i powoli zamknął oczy, a jego świadomość znikała na zawsze w tempie rozpadania się jego mózgu.

piątek

Pojebało.

Szedł wolno, miarownie ocierając butem o but. Chodził tak zawsze, tak, że z napisów na wewnętrznej stronie butów zostało tylko ORT i SPO. Patrząc na oba na raz można domyślić się, jak brzmiało całe słowo. Powiedzmy, że padał deszcz, wręcz lało, a on biegł. Była też noc, było ciemno, był wieczór. Lampy oświetlały go pomarańczowym światłem a krople deszczu, widoczne tylko wtedy gdy przelatywały w jej pobliżu chłostały go po twarzy, trzymając jego umysł w trzeźwości. Grzmiało? Niee. Trzeźwość też jest raczej umowna bo wracał właśnie do domu, był pijany, wypił parę piw siedząc na boisku piłkarskim. Jednym słowem zrobił to, co powinien zrobić każdy mężczyzna, gdy dowie się, że jest niechciany. W deszcz przynajmniej nie latają komary - pomyślał i natychmiast wrócił do myślenia o wielu sprawach.
I jak już myślał, to naprawdę o wielu sprawach. Właściwie to wiadomo, że myślał o jednej, po prostu udawał, że myśli o czymś innym, żeby się czymś zająć. Bo tak naprawdę myślał
- CZY TE BUTY NIE SĄ ZA CIASNE?
I jednak zagrzmiało, właśnie wtedy.

czwartek

Moya

0:10
- Nuudzi mnie zawsze ten początek ale jest zbyt zajebisty, żeby go przewinąć.
0:20
- O czym to w ogóle?
- O czym tylko chcesz.
0:25
- Burczy mi tak czasem w brzuchu.
0:45
- Chyba mam dreszcze.
2:00
(kompletna cisza)
2:37
- Za mocno mi się już z Tobą kojarzy.
- No i dobrze.
3:42
- Gitara!
4:05
- Wyobrażasz to sobie na żywo?
4:50
- Zaraz walnie!
- Jeeeszczee.
4:58
- Już!
5:06
(zaczyna udawać perkusistę, waląc rękami o kolana)
- Głupiś?
5:44
- Chciałabym to włączyć, zakryć się poduszkami i tak leżeć żeby nikt mnie nie znalazł.
6:33
- Mam za dużo skojarzeń teraz, żeby powiedzieć o czym jest.
6:51
- Chciałbym to słyszeć jakbym umarł.
7:46
- Pierdolnięcie!
7:55
(słychać jakby mruczenie)
8:09
- Bolą mnie już ręcę.
- To przestań stukać, debilu.
8:27
- Ojaaaa!
- Ojaaaa!
9:11
- Nie lubię jak tu cichnie, zawsze się boję, że już się kończy.
9:18
- Ale nie!
9:41
- Jak jej słucham sam nie jest taka fajna.
10:11
- Gdzieś w tym momencie mogłabym zasypiać.
10:51 -Juuuż koniec?
- Jeszcze raz?

poniedziałek

piątek

Ja, pięćdziesięciolatek i wiatr.

Miejsce było niezwykłe, przynajmniej dla niego. Zewsząd trawa - najmocniej składająca się z trawy trawa świata, definicja idealnej rośliny. Otoczony drzewami (zawsze chciał znać ich gatunki aby lepiej o nich pisać), których liście przy silnym wietrze wyglądały jak łuski drewnianej ryby świecącej w wodzie każdym odcieniem zieleni. Całe to miejsce było zapadnięte w ziemi, jakby chciało schować się przed oczami ludzi albo przeciwnie, czekało na odnalezienie.
Jego myśli były grubym pięćdziesięciolatkiem przełączającym kanały na satelicie, który nie może zdecydować się co oglądać. Programy były różne, żaden jednak nie mógł przykuć jego uwagi na dłużej.
Telenowela o nastolatku, który nigdy nie czuł się tak zagubiony, film fabularny produkcji radzieckiej traktujący o bombach atomowych, sitcom, przy którym czasem nawet się uśmiechnął, program teologiczny "Ja i mój Pan" (a może to był program o psach, nie był pewny), oraz pornos.
Potrząsnął głową wyrzucając myśl o telewizorze z głowy, a kulkę która wypadła mu z ucha podniósł i rzucił na stok kulek - myśli bezużytecznych.
Zdrętwiał, jednak ostatnie co teraz chciał to wstać. Wracanie w kierunku domu kojarzy mu się z samotnością, taką, której teraz by nie wytrzymał.
Nie miał już o czym myśleć. Wstał i ruszył powoli, żeby spędzić tutaj chociaż trochę więcej czasu.
A wiatr był z nim.

sobota

Dla powodzian.

- Nie chcę mi się iść jutro do szkoły.
- Możesz udawać jakąś chorobę.
- Jaką?
- Odrę.

Jest dość SUCHO, jestem jakby WOREK Z PIASKIEM, bo wena ze mnie SPŁYNĘŁA. Brakuje mi uczucia, że robi mi się MOKRO od napisania czegoś. Właściwie to ZASCHŁO mi w mózgu, czekam na metaforyczny orzeźwiający DESZCZYK, aż ZALEJE mnie MORZE pomysłów, aż PĘKNĄ WAŁY TAMUJĄCE moją wyobraźnie.

Albo UTOPIĘ się w RZECE.

Jestem niedorzeczny.


I to tyle bo moja twórczość umarła, a ja nie mogę się na niczym skupić. Powrót w wakacje.

wtorek

18

Puzzle się zgubiły, misie wypłowiały. pół armii nie żyje, resoraki nie mają już kół.
Nie ma się gdzie schować, baba-jaga nie patrzy, nie zmieszczę się już pod stół.

W drodze z A do B jestem na Ą.

Moją listę rzeczy, które muszę zrobić w ciągu roku spalę zakopię porwę i przeżuję.

Kostka brukowa JEST jedną z wielu.

Mam 18 lat, blogi to błahostki.

Pieniądze są lepsze od życzeń.

A sobie życzę więcej dedykacji na przedmiotach niededykowanych (mi).

Mogę się przyzwyczaić do noszenia dowodu?

Dlaczego pożegnania zawsze są do dupy?

niedziela

Żaloba.

Nie chce mi się pisać
o prezydencie.
w ogóle.
stoję na zakręcie.
poleruję kulę.

Muzyka w radiu jakaś taka lepsza.

Pani za młoda, żeby to pamiętać, ale kiedyś, to od flag było czerwono. A dziś flagi z Chin, w barwach Monako.

Promocja ze sklepu, trzy flagi w cenie dwóch, żebyś mógł dwie powiesić za oknem, a jedną podcierać dupę po żałobie.

piątek

Poświęć moją lodówkę.

Grupa ludzi, jakaś setka, gdzie jeden z nich ma specjalne prawa (nadane mu przez paczkę żelków), stoi zawsze najwyżej i nosi pstrokaty strój ze złotymi cekinami. Ogólnie chodzi o to, że zbierają się na jakiejś górce i polewają oranżadą swoje lodówki, przywiezione na ozdobionych wcześniej taczkach, i idą do domu.

Głupota, nie?

I wyobraź sobie, że chrześcijanie robią to samo.

sobota

Stopy.

Słońce niemal zniknęło za krzywą linią anten, dachówek i kominów.

- Nigdy nie wiedziałaś, o co mi chodzi.
- Co?
Siedzenie ze stopami w powietrzu nie dawało już tej frajdy, co kiedyś.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Właściwie nigdy nie chciałem poruszyć tego tematu.
- Nie masz czasem wrażenia, że nie o to nam chodziło?
Moje stopy skuliły się do wewnątrz.
- Na razie mam wrażenie, że nie wiem, o co ci chodzi.
- Że zachłysnęliśmy się sobą, stwarzając w sobie przekonanie, że to jest to?
Jej nogi straciły całą swoją beztroskę.
- A nie jest?
Siedzieliśmy tak przez chwilę, obserwowanie słupa wysokiego napięcia wydało mi się fascynujące.
- Fascynujący ten słup, co? - Rzuciła trochę od niechcenia.
Czy to właśnie nie tego mam dość, że tak często wie o czym myślę, ale nie rozumie nic więcej?
Moje stopy poczuły wyjątkową chęć zabrania mnie stąd.
- Chciałabym wiedzieć, co ci siedzi w głowie.
- Robaki.
- Wyjątkowo paskudne.
- Wiedziałaś, że tak będzie.
- Nie pomyślałam o tym nawet raz.
- Cholera.
Zazwyczaj trafiałem.
- Nie trafiłeś. - Jej stopa otarła się zaczepnie o moją.
Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, wciąż nie mogłem oderwać od niego wzroku.
- Nawet patrzenie na słup kiedyś ci się znudzi.
Miała rację, to był najnudniejszy słup jaki kiedykolwiek widziałem. Gdyby kilka słupów zebrało się kiedyś na popołudniowej herbacie, ten zostałby uznany za wyjątkowego nudziarza i gbura.
Uśmiechnąłem się do siebie myśląc o tym wszystkim.
Nie zdziwiło jej to, przyzwyczaiła się.
Wstałem niepewnie, zdrętwiały mi stopy.
- Lepiej będzie jak nic nie powiem, co?
Tym razem zrozumiała.

Słońce zniknęło za krzywą linią anten, dachówek i kominów.

czwartek

Lubię o losie,

- Nie rozmawiam z Tobą, Tramwaju.

Piszę w dziewiątej osobiej osobie (rozpisanie pomaga)

Pisał o tym, jak jego bohater pisał, że jego bohater pisał, że pisanie bez sensu sprawia mu niemal taką frajdę, jak osobie piszącej o osobie, która pisze o osobie, która go w tym momencie opisuje. Czyli mi. Gdy mój bohater, piszący o piszącym piszącym o piszącym o frajdzie z pisania, zdał sobie sprawę, jak nieprzyjemnie będzie się to czytać, zaczął pisać tak, żeby piszący o piszącym piszącym o pisaniu, wymazał postać piszącego piszącego o piszącym piszącym o satysfakcji, innymi słowy, napisał, że nie istnieje. I zostałem ja, piszący o piszącym o niczym i ty, marnujący dwie lub więcej minut swojego życia. Cholera.

Teraz, póki piszę.

Z każdą literką odczuwał ulgę, jakby każdy klik gumki znajdującej się pod plastikowym kwadratem był małą spowiedzią do osoby, której rady zawsze są pomocne. Każde zgięcie palców to poczucie bycia lepszym człowiekiem, jakby każdy dotyk oznaczał jednego uratowanego szczeniaka. Każda spacja pomiędzy słowem to świadomość robienia czegoś trwałego, jakby całość wreszcie nabierała sensu.

Chemia.

Siedział na łóżku mając humor, który określał, nie określał, ale chciałby określać go jakoś pomysłowo. Siedząc z humorem nieokreślonym, próbował go chociaż zdefiniować. Mieszanina nastrojów jednorodna, (bo w końcu jesteśmy chemią i reakcją). Tak, że nie zdajesz sobie sprawy, jaki jest właściwie twój stosunek do świata - czuł zupełną samotność, brak emocjonalnego przywiązania do innego, uczucie "mi się nie uda" i inne rzeczy, których nie mógł wyrzucić z głowy, przy okazji będąc niebywale wesołym.

Powrotnie, przewrotnie.

Argumentem potwierdzającą Boskie skurwysyństwo jest fakt, że rzecz, której szukamy, odnajdzie się tylko w przypadku szukania innej rzeczy albo w momencie, gdy rzecz szukana dawno nie jest nam potrzebna/dawno o niej zapomnieliśmy.

A także fakt, że ludzie są stworzeni tak, że nie są zdolni do wspólnego funkcjonowania.

środa

O cholera.

Nie umarłem, ale było blisko.

Stary ja kontra nowy ja w starciu ostatecznym, co mogę nazwać okresem, który widzę jak

masz przed sobą pole, tylko pole, za sobą masz białą przestrzeń, więc nie pozostaje Ci nic innego jak iść nim. Niebo jest bezchmurne, wiatr nie istnieje, a Ty zwracasz uwagę tylko na ślady stóp odbite na trawie tak zielonej, że stanowi jej definicję. I to właśnie te ślady prawie Cię (w domyśle mnie) zabiły.

Odzyskałem kawałek siebie (może kciuk) ale nie wiem jak teraz będzie.

A wyszło z tego tyle, że na nowo m

- Ej, ten blog nie jest o tym.
- Cholera.

Typowy mężczyzna w typowym długim płaszczu szedł typową ciemną uliczką, w typowo deszczową pogodę, mając na głowie typowe problemy.

Jeszcze raz.

Dawno, dawno temu.

Jeszcze raz.

Siedział przy stole, gnąc kartkę papieru tak długo, aż zrobiła się miękka jak chusteczka higieniczna.

Jeszcze raz.

Nikt nie wiedział, kiedy nadejdzie koniec.

Jeszcze raz.

Houston, mamy problem.

Jeszcze raz.

,

Chciałem, żeby te schody ciągnęły się w nieskończoność.

Pierwsze.

Kocham ten stan, wrażenie, że poza przenoszeniem gór mogę postawić je na wierzchołku - w idealnej równowadze. Moment, w którym przez chwilę wszystko jest proste, ograniczenia nie istnieją, a mój umysł obejmuje Świat w większej perspektywie.

Złość.

Uczucie porównywalne do miłości, (może) lepsze, bo w żaden sposób nieograniczające. Wrażenie swoistego uskrzydlenia, upojenia adrenaliną wpompowaną w serce z siłą rozrywającą klatkę piersiową. Moment, w którym motylki ze strachu wracają do postaci larwy, i w swoich podgniłych już kokonach czekają, aż reakcja chemiczna wpływająca na mój mózg zobojętni się pod naporem Ciebie, dając im szansę ponownego gryzienia mnie w żołądek.

czwartek

Bestio, stój spokojnie.

- Napisz coś wesołego!
- Nie umiem.

A może jednak?

Szczęśliwi nie piszą dobrze.

A może jednak?

Nie mam słabych punktów.

A może jednak?

***

Jestem niczym nie zainteresowany do czasu najbliższego kryzysu emocjonalnego.

***

Jestem głupcem dlatego, że za dużo myślę.

(O, ironio!)

***

Mój umysł jest chaosem bitwy dwóch nieodróżniających się stron.

***

Zdjęcia nieba, kwiatów, drzew i robaków znudziły mi się.

***

Podszedłem z nią do stolika, przy którym stało tylko jedno Krzesło. Zapytałem kobiety obok, czy mogę wziąć jedno, bo przecież nie siedzi na wszystkich czterech.
- Przykro mi, czekam na kogoś.
Wziąłem Krzesło z Drugiego Końca Sali, a cały wieczór minąłby spokojnie, gdyby nie fakt, że Kobieta z Czterema Krzesłami ciągle była sama. Z tymi Czterema Krzesłami. Ona i Cztery Krzesła, z czego używane było jedno. Cały wieczór.

Gdy zbieraliśmy się do wyjścia, ona wciąż była sama. Pies Ogrodnika z Czterema Krzesłami, siedzący ciągle na tylko jednym Krześle.
- Mogłaś mi dać to krzesło - rzuciłem zasuwając za sobą To Przyniesione w Trudach z Końca Sali.

Damski płacz połączył się z trzaskiem zamykanych przeze mnie drzwi, w taki sposób, że ledwo go usłyszałem.

***

Bez ładu i składu bo znudził mi się ład i skład.

***

Ja - Bóg 1:0

***

Przydałby się ktoś mówiący "Jesteś tylko człowiekiem."

"Jesteś mięsem."

***
Jest wesoło?

niedziela

6 707 000 000 + 2?

Ten moment, w którym zdajesz sobie sprawę, że nie masz na co narzekać.

Szedł ulicą nie myśląc tym razem o krokach, o spadaniu, o rytmie, o czymkolwiek. Właściwie, to nawet nie szedł. Właściwie, to nawet go tam nie było.
Był gdzie indziej.

Łał.

O nocy, czyli miał dość dnia, postanowił uciec w noc.

Mówiąc, "spacer w nocy dobrze mi zrobi", uznał, że spacer w nocy dobrze Mu zrobi. Ubrał się więc i przeszedł przez próg. A przecież przejście przez próg jest najtrudniejsze, różnica temperatur często powodowała u Niego natychmiastowy powrót do domu. Ale nie tym razem, bo w czasie gdy zwykle zdjął już buty mówiąc "pierdolę", tym razem szedł już ulicą, a Jego uwagę natychmiast przykuła rzecz, której normalnie nie zauważał. Zafascynował Go odgłos Jego kroków, które będąc jedynym dźwiękiem jaki słyszał, stały dla Niego Rytmem. Rytmem, który narzucił wszystkim i wszystkiemu, i nikt inny nie miał prawa go zmienić. Jego Rytm stworzony dla przyporządkowania sobie Całego Mrocznego Świata(jak zwykł nazywać w nocy swoją ulicę). Żeby dźwięk był bardziej klarowny starał się stawiać kroki tak, żeby nogawki spodni o siebie nie szurały, co musiało wyglądać dość śmieszne, bo poruszał się trochę jak kaczka. Kaczka narzucająca Rytm Całemu Mrocznemu Światu.

Ale nikt Go nie widział, przecież w nocy najlepsze jest to, że wszystko wokół Ciebie znika. Istnieje tylko świat najbliższy Tobie (Mroczny), czyli grunt pod stopami, latarnie i zalążki domów. Nic więcej, nic, co mogłoby rozproszyć Twoją uwagę, odgonić Myśl, która może odmienić Twoje życie.

Idąc i szukając Myśli, która może odmienić Jego życie usłyszał za sobą kroki, które starały się wyrównać z Jego krokami. Przyspieszył, kroki za nim również. Słyszał rytm (pisany małą literą), rytm, który wcale Mu się nie podobał, był to rytm narzucony, taki, który zburzył Jego Porządek i odgonił Myśl, która mogła odmienić Jego życie. Ale nie bał się, przecież jest mężczyzną. Mężczyzną chodzącym samemu w nocy.

Narzucającym Rytm.

Do czasu, aż nie usłyszał znajomego głosu, krzyczącego "Hej, poczekaj, gdzie tak pędzisz?", wtedy zaczął uciekać, bo ludzi, których znał bał się jak diabli.

sobota

Włoska Agencja Kosmiczna

Skończyła się naiwność, nie powiem już "a nie mówiłem*", skończył się płacz, nie powiem już "będzie dobrze**", skończyłem się ja, nie powiem już "przepraszam***", skończyły się pączki, nie powiem już, że, kurwa, "tęsknie****".

*(zawsze tak mówiłem)
**(nigdy tak nie mówiłem)
***(powiedziałem tak raz)
****(chciałbym tak powiedzieć)

Trafił szlag poetyckość.

środa

O spadaniu.

Znacie to uczucie, gdy podczas zasypiania śni wam się, że spadacie i nagle gwałtownie się budzicie? Ja spadałem już tak długo, że zacząłem odczuwać znużenie.

Początkowy strach, ciekawość, to wszystko zniknęło, pozostawiając mnie sam na sam z monotonią lotu i kilkoma pytaniami:
Dlaczego spadam? Kiedy spadnę? Czy ja umarłem?

Brawo, twoje życie było tak nudne, że nawet gdy umarłeś nic się nie dzieje.

Czy tak wygląda życie wieczne? Bo w niebie jestem zdecydowanie. To wszystko jest zdecydowanie zbyt dosłowne.

Po jakimś czasie nawet rozmowy z samym sobą i witanie się z mijanymi chmurami przestały mnie bawić. A były to jedyne rozrywki, jakie sobie wymyśliłem.

Kpiłem teraz z każdego człowieka, który kiedykolwiek marzył o lataniu.

- Nudno, co? - Kobiecy głos przerwał mi wsłuchiwanie się w monotonny świst powietrza.

Spadała w taki sposób, że włosy zasłaniały jej twarz.

- Kim jesteś?
- Spadochronem.
- Słucham?
Uśmiechnęła się i skierowała głowę w dół.
- Zobaczysz.

Znacie to uczucie, gdy podczas zasypiania śni wam się, że spadacie i nagle gwałtownie się budzicie?



Albo:


Znacie to uczucie, gdy podczas zasypiania śni wam się, że spadacie i nagle gwałtownie się budzicie? Ja się nie obudziłem i spadałem już tak długo, że zacząłem odczuwać znużenie.

Początkowy strach, ciekawość, to wszystko zniknęło, pozostawiając mnie sam na sam z monotonią lotu i kilkoma pytaniami:
Dlaczego spadam? Kiedy spadnę? Czy ja umarłem?

Brawo, twoje życie było tak nudne, że nawet gdy umarłeś nic się nie dzieje.

Czy tak wygląda życie wieczne? Bo w niebie jestem zdecydowanie. To wszystko jest stanowczo zbyt dosłowne.

Po jakimś czasie nawet rozmowy z samym sobą i witanie się z mijanymi chmurami przestały mnie bawić. A były to jedyne rozrywki, jakie sobie wymyśliłem.

Kpiłem teraz z każdego człowieka, który kiedykolwiek marzył o lataniu.

- Nudno, co? - Kobiecy głos przerwał mi wsłuchiwanie się w monotonny świst powietrza.

Spadała w taki sposób, że włosy zasłaniały jej twarz.

- Kim jesteś?
- Spadochronem.
- Słucham?
Uśmiechnęła się i oplotła mnie ramionami.
- Zobaczysz.

Znacie to uczucie, gdy podczas zasypiania śni wam się, że spadacie i nagle gwałtownie się budzicie?

sobota

Pan Hu związany paskiem. (i wprowadzenie postaci Mechanicznego Jezusa)

Pan Hu mi nie pomoże.

- Musiałem przez Ciebie odmówić flaszki.
- Przepraszam, tato.

- Wkurwiasz mnie wszystkim, co robisz.

- Jak tam w szkole?
- A do jakiej chodzę?
- Jesteś głodny?

Reakcja obronna mózgu w formie ogólnej znieczulicy.

Zamknąłem oczy, widząc siebie, w pokoju, piszącego z laptopem na kolanach. Brak mi wyobraźni.

Hu hu hu?


***


Siedział oparty o ścianę, patrząc na wiszący nad drzwiami krzyż.
- Cholernie niepodobny. Ale przynajmniej święcę w ciemnościach.
Ściągnął go ze ściany, oderwał się od krzyża i schował do kieszeni, z której bił teraz, zupełnie niemagiczny, fluorescencyjny blask.

wtorek

Jak kawałki mózgu, leżące wokół mnie

Trzymając rękę we własnym mózgu, drążąc w miękkiej, szarej, chociaż nie do końca, masie, szukałem czegoś odpowiedzialnego za Ciebie. Garściami wyciągałem wspomnienia, myśli i poglądy, mające teraz postać mięsa, leżącego wokół mnie.

Z każdym wyrwanym fragmentem czułem się coraz lepiej, myśli, które dręczyły mnie od dawna spoczywały teraz przede mną, bez możliwości zatrucia mi głowy ponownie.

Zanim dotarłem do Ciebie, niemal zapomniałem, kim jestem.

W końcu poczułem pod palcami coś, co w dotyku przypominało wysuszony owoc. Pulsował własnym życiem, jakby chciał zostać tu na zawsze. Po fali ciepła, która mnie przeszyła, identycznej jak ta, którą czuję za każdym razem, gdy Cię widzę, wiedziałem, że wystarczy jedno pociągnięcie, by się Ciebie pozbyć.

Zacząłem ciągnąć, mój osobisty zakazany owoc okazał się siedzieć we mnie głębiej, niż myślałem, jego korzenie rozchodziły się po całym moim ciele. Z każdym pociągnięciem przed oczami przelatywała mi każda chwila spędzona z Tobą. Moje ostatnie pożegnanie z myślami o Tobie. Od długopisu do

Wyrwałem z głowy ostatni fragment i nieprzytomnie rzuciłem go na ziemię.

Od tamtego dnia byłem szczęśliwy.