czwartek

Pomyje



Mgła rozwiewała nam włosy i wywracała parasole na drugą stronę. Wślizgiwała nam się do uszu i upijała ostatnie trzeźwe myśli. Nasze kroki były senne i powolne, chodziliśmy w niej jak w miodzie, własne ciała odczuwaliśmy, jak gdyby wyszły z wody, zapominając o swojej lądowej masie. Brodziliśmy w męczącej konsystencji.
Chciałem złapać Cię za rękę, odtrąciłaś ją,  a mgła, widocznie wrażliwa na nasze uczucia, zagęściła się w tym miejscu, zostawiając w powietrzu mazistą, białą smugę.
Zatrzymałaś się. Wiem co myślisz, nie możemy już iść tą samą drogą. Z trudem odwróciłem głowę, mgła stała się żywiczna, zaczęła krępować mi usta i wpływać do gardła. Krążyła mi już w żyłach, wyrzeczywistniała mnie. Byłaś już daleko, widziałem Cię jak przez mydlane pomyje, jak zarys, plamę, marny silłet.
- Idziesz? - Zdążyłem zapytać, potem była biel.

sobota

Sam, Z Wizgiem W Uszach, Kroczyłem Za Horyzontem, Aż Ten Przestał Być Mi Bliski



Podążałem Za Śladami, Które Urwały Się, Wzbudzając We Mnie Zaniepokojenie

Ruszyłem Jednak Dalej, Stawiając Pierwsze Kroki Na Nieznanym

Ze Wspomnieniami Topniejącymi Jak Śnieg Pod Ciężarem Moich Stóp

niedziela

221



Ostry, pomarańczowy kolor padał mu na twarz przytuloną do szyby.
Parapet był niewygodny i zimny, ale siedząc na łóżku nie mógłby obserwować.
Nie myślał - przeżywał miejski brzask.
Telefon od dłuższego czasu bezsensownie wibrował mu wokół nóg, a pokój nie mógł zdecydować się, w jakim jest kolorze.
Wszystkie światła zaczęły przygasać, zatrzęsły się lekko i urwały, spadając na ziemie jak małe szklane kulki, tocząc się w stronę studzienek kanalizacyjnych.
Zapadła ciemność, a wyglądanie przez okno straciło sens - samochodów nie dało się już przeżywać, a myślenie, dlaczego telefon wciąż dzwoni, było zbyt męczące.
- Blaa blaa blaa - powiedział wolno, wiercąc się i oglądając to wszystko z lekką irytacją - wyraźnym znudzeniem toczącą się historią
Złapał się za włosy, szarpnął mocno, rozpadając się w tysiące białych strzępów z dźwiękiem rwanej kartki papieru.

albo

Złapał się za włosy, szarpnął mocno, i z dźwiękiem rwanej kartki papieru rozpadł się na tysiące białych strzępów.

Kraków, Cracovia, drugie piętro

wtorek

Upadek Żartu Socjologicznego

- Nie rzuciłeś socjologicznym żartem od jakiegoś roku.
- PO PROSTU DAWNO NIE WIDZIAŁEM ŻADNEGO CZŁOWIEKA.

niedziela

Rem

Pamiętam, że kiedyś było normalnie, a może nie było, a może nie pamiętam?

poniedziałek

Nie czuję już zgniłych jabłek i nie pociągam już za ten sznurek i nie wbijam już palców w Twoją stopę.

czwartek

Kwietnia drugi '10

Siedzieli we trójkę, on, ona i półmrok, na lewym torze przy przejeździe kolejowym na samym końcu świata. Albo całkiem niedaleko, zależy jak na to spojrzeć. Nie rozmawiali ze sobą - być może powiedzieli sobie już wszystko, może nie mieli sobie co powiedzieć ale oni wiedzieli, że po prostu nie muszą nic mówić. Stwierdziła potem, że ma wrażenie, że wszystko stoi, że są w środku jakiegoś obrazu, że czas ich nie obowiązuje, że są ostatnimi ludźmi na ziemi, że nareszcie mogą robić co chcą. To był ten moment, że gdyby wstali, mogliby podbić świat. Nie wstali, ale

19/09/09 - "Bardzo dobre" - M. Jezus

Kichnąłem kichnięciem, które w ciągu dwóch sekund wyraziło wszystko, co chciałem wykrzyczeć. Był w nim zawarty każdy mój problem, każda rzecz którą chciałbym zmienić, zostało w nim opowiedziane każde moje niepowodzenie. Gdyby ktokolwiek usłyszał sposób w jaki kichnąłem zapewne rozpłakałby się. Było to najsmutniejsze kichnięcie na świecie.

Podgrzewana podłoga

Zamykam się w łazience i siedzę przy wannie z moimi myślami, a wychodząc spuszczam wodę, udając, że ROBIŁEM COŚ KONSTRUKTYWNEGO.

Judeserwitol

I nie biorę już narkotyków - po nich moje serce oddaję się w moje ręce, z całą świadomością kiczowatości tej sceny na deskach naszego teatru.

poniedziałek

Szalonego surrealisty nowego świata początek

Eli, Eli lama sabachthani,

pisane ścianą na kredce, żeby zacząć odwrotnie, i już na początku pozbyć się pozorów - nie popełnić tego samego błędu.

Zacznie się od krzyku umierających roślin - od zapachu łamanych widelców.

Byłem tam, stałem na głowie śmiejąc się z Ciebie, z Tobą, krwią nieobecny, bo cała była w mojej głowie.

Szukałem sensu w trawie, znalazłem tylko Twoje zdjęcie, które rzuciłem tu przed tygodniem, trochę już napuchłe deszczem i wyblakłe słońcem, więc zobaczmy jak krople spadają do nieba, nasycając od nowa kolory.

I choćbym na rękach ciemną chodził doliną, zawsze będą trochę więcej Twoje i trochę mniej moje, bo tak miało być, i na początku stała się światłość, ale nie tym razem.

Znowu mam je w oczach - ciesząc się, że trafiła w moją głowę dawka tego hormonu o śmiesznej nazwie - bo ostatnio wszystko rozpatruję pod względem reakcji chemicznych.

Widelce znów pachną w ten sposób, sztućce płaczą przy mnie, a najgorsze są noże, bo wchodzą jak w masło, rozumiesz?

Objąłem 'to' drzewo, pierwsze z brzegu, bo nigdy nie miałem tego specjalnego, i czekałem aż spadną wszystkie liście, ale po piętnastu minutach wróciłem do domu, bo, pamiętasz, pożegnania zawsze są do dupy.

I tak bardzo chciałbym dotknąć Cię palcem i na Twoim brzuchu położyć dwa małe kamienie, które krążyłyby potem jak dwie planety wokół naszych głów splecionych w tym śmiesznym tańcu kubków smakowych - jak nowego świata początek.

sobota

Cmentarz (halloween)

Furtka była zamknięta, a ja szarpiąc się z nią zrobiłem tak dużo hałasu, że moja głowa instynktownie się podkurczyła, jakby uchylała się nadchodzącym strzałom. Obszedłem mur wkoło, znajdując miejsce bez krzaków, które pewnie wbiłyby mi się w tyłek. Zeskoczyłem w dół, omal nie stawiając nogi na grób jakiegoś dziecka. Usiadłem przy drzwiach, opierając się ramieniem o drewniany krzyż. To dobre miejsce. Odgłos otwieranej puszki nigdy nie wydał mi się tak głośny. Spojrzałem w górę, gwiazdy są nudne.
Wszystkie myśli, jak wrzątek, kipiały we mnie, jednak nie w zależności od temperatury, tylko od ciszy. Cisza była idealna. Cisza była grobowa. Czy wspomniałem już, że siedzę przy kościele? Z małym, dziecięcym cmentarzykiem?
Wziąłem pierwszy łyk, zastanawiając się, jak głupie jest to, co robię.
- Widok zniczy dziwnie wpływa na ludzi, huh? - Nie dziwi mnie już, że mówię coś do siebie nie zdając sobie z tego sprawy. W takich momentach pojawia się zupełnie irracjonalna chęć, żeby podnieść głowę do góry i zacząć z Nim rozmawiać.
- Nie lubisz mnie teraz, co nie? Nie dziwię Ci się, niezły ze mnie wrzód na dupie.
Wziąłem kolejny łyk i uśmiechnąłem się z "hm".
- Sądziłem, że jak tu przyjdę to coś wymyślę, wpadnie mi do głowy jakieś rozwiązanie, uznałem, że przyjście tutaj będzie już zupełnym dnem, a od dna zawsze można się odbić. Cóż, nie dzisiaj.

[tutaj pojawia się jakiś wątek metaforyczny, być może też rozmowa z samym Bogiem, pewnie pod postacią starca albo małej dziewczynki, pełne oświecenie bohatera i rozwiązanie, które było blisko, a mimo wszystko sam by go nie znalazł, bo wymowa jest taka, że jest tylko człowiekiem - jak to podczas rozmów z Bogiem]

[albo i nie]

Posiedziałem tak jeszcze chwilę, bez słowa i myśli.
- Za was.
Podniosłem puszkę, spojrzałem na groby i wziąłem ostatni łyk piwa.

czwartek

Decyzje

Jedyna poważna decyzja, jaką podjąłem w tym tygodniu, to ta, którą z trzech pozostałych mi paczek czipsów zjem najpierw.

poniedziałek

Wof

Nie mam już myśli, nie postrzegam, nie przeczuwam, nie analizuję, nie interpretuję, nie wyciągam wniosków z zachowań moich i innych.

Z momentem, gdy poczułem się jak pies, który, mimo, że ciągle bity, wraca do swojego właściciela z podkulonym ogonem, wyrzygałem się i wiedziałem, że mam dość. Uciekłem. Żywię się resztkami, które znajduję na śmietniku, i czasem gonię jakieś bezpańskie koty. Wyczuwam Cię od czasu do czasu, od razu chcę podejść, przytulić się, zamerdać ogonem i podać Ci łapę, ale im bliżej jestem, im zapach staje się intensywniejszy, tym bardziej się boję, klepną mi uszy, ogon sam się podkula, robi mi się duszno, a ja uciekam, marząc o tym, żeby ta ucieczka miała sens, żeby nie była ucieczką od wspomnień i uczuć - chciałbym, żeby gonił mnie hycel.

niedziela

Mięsizm

Jesteśmy tylko mięsem, bakteriami, których jedynym celem jest dalsze szerzenie się we wszechświat, dopóki starczy nam miejsca, dopóki nie wyżremy, nie zabijemy, nie zniszczymy wszystkiego, dopóki świat nie znajdzie na nas antidotum.

Uczucia wyższe nie istnieją - miłość, przyjaźń, zaufanie - słowa wymyślone w krótkich przebłyskach naszej prawdziwej świadomości, tak krótkich, że zdążyliśmy je tylko zapisać i zapamiętać, a teraz służą nam do usprawiedliwienia tego, co kieruje nami naprawdę.

Przetrwanie i pociąg fizyczny, przekazywanie najbardziej potrzebnych do przetrwania genów dalej, przed nic nieznaczącą śmiercią - podstawowe instynkty, którymi świat kieruje się od zawsze.

Nie możemy wyprzeć się naszego człowieczeństwa, czy raczej - zupełnego zezwierzęcenia.

Jesteśmy okresem przejściowym - nieudaną mutacją. Być może za moją świadomość odpowiada jeden malutki gen - genik, który natychmiast uległ regresowi, a mnie, nas, zostawił ze strzępkiem prawdziwości, na tyle kalekim i nieznaczącym, że nie potrafimy walczyć z instynktami, a na świecie liczy się tylko znalezienie kogoś, kogo fizyczne geny mają największą szansę na przetrwanie - kogoś, kto mógłby najszybciej biegać, najdalej rzucić kamieniem albo ma najlepiej przystosowaną do porodu macice. Nasza świadomość to ewolucyjna pomyłka, która zniknie za parę milionów lat, bo nie jest nam potrzebna do przetrwania.

I zniknie ten strzępek, który tak bardzo utrudnia mi życie, który powoduje, że tak bardzo się męczę, bo wiem, że Twój mózg uważa, że mam za duży nos i zbyt krzaczaste brwi, a Ty nie potrafisz zwalczyć tego instynktu, który mówi Ci podświadomie, że właśnie to jest najważniejsze.

sobota

Mendewesze

Witaj, Wegetacjo.

Nie spróbujesz.

"Bla bla bla".

Nie czuję się.

Pachnie w mieście pieczonymi ziemniakami.

Duszno mi w duszę.

Nigdy nie będzie takim samym - wagabundą.

I tylko tramwaj widział, jak płakałem.

Nigdy więcej nic więcej.

Popatrz na mnie i wyparujmy.

niedziela

poniedziałek

Niewieczór.

Obudziłem się pierwszy, było chyba koło dziesiątej, dokładnie nie wiem, wnoszę to po kubkach stojących uchem na prawo. Krótkie, oględne spojrzenie zamieniło się w dokładną analizę powierzchni, struktury i geometrii, z gronem fachowców wokół i specjalistycznym sprzętem. Uśmiechała się przez sen, zawsze w podobny, naiwny wręcz sposób, jak dziecko, które nie może się powstrzymać bo właśnie zrobiło coś głupiego. Włosy w zupełnym chaosie dzieliły Jej twarz na tylko oczy i tylko usta, ukrywając nos i pyzate policzki, dzieląc mój świat na lewą i prawą stronę. Podniosłem się niezgrabnie z łóżka, starając się Jej nie obudzić, ale "tylko się przeciągnęła", mamrocząc coś przez sen o astronautach. Zszedłem na dół, witając się po kolei z każdym kolejnym stopniem. Lustro w łazience było bezużyteczne, bo któregoś dnia zaczęło pokazywać wszystko od tyłu, więc myłem zęby licząc pieprzyki na plecach.

Wróciłem na górę, było chyba koło dziewiątej, dokładnie nie wiem, wnoszę to po pijanym zegarku wiszącym na ścianie (czasem cofał albo mu się cofało). Wsunąłem nogę w poszewkę, (spaliśmy w poszewce, żeby nie zjadły nas potwory), potem drugą, tułów i tak dalej. Leżałem tak dłuższy czas, trzynaście oddechów, kiedy zaczęła się przebudzać. Zamknąłem szybko oczy ale nie mogłem powstrzymać naiwnego uśmiechu. Miałem wrażenie, że na mnie patrzyła, nie mogę mieć pewności bo udawałem, że śpię, Podniosła się z łóżka, zgrabnie, i zeszła na dół, witając się ze stopniami (całowały jej stopy). Myła zęby, licząc pewnie pieprzyki na plecach. Wiem, chociaż jej tego nie mówiłem, że z tyłu ma ich jakieś trzydzieści, licząc nawet te małe, a z przodu jakieś dwadzieścia, sześć na samych piersiach, dwadzieścia jeden licząc TAMTEN.

Po siedemdziesięciu trzech oddechach wróciła na górę i wsunęła się w poszewkę. Trzy pijane okrążenia zegara później odgrywaliśmy nasz poranny teatr, sztukę tylko dla nas, powolne przebudzanie się, dzień dobry, i scenę finałową, czyli pocałunek po spaniu, jak w tym filmie z tamtym aktorem i tą taką.

Nigdy nie rozmawialiśmy o kulisach.

sobota

85mm

Nie pamiętał kiedy zaczął gnić. Któregoś dnia po prostu odpadła mu ręka. Nie szukał przyczyny - znał ją doskonale.

Czekał na to.

Choroby, zakażenia, infekcje, to nie był ten rodzaj gnicia.

Gnił przez siebie, gnił, bo chciał zgnić. Samobójstwo, najdłuższe, najgorsze z możliwych, powolne rozpadanie się, utrata siebie kawałek po kawałku.

I gdy leżał na podłodze, patrząc na luźno leżący rękaw, postanowił, że pomoże sam sobie, że czekanie nie będzie wystarczającą karą.

Zaczął od stopy, mocno pociągnął, nie sądził, że pójdzie aż tak łatwo.

Rzucił ją w okolice okna, żałując trochę, że właściwie nie boli, że nie czuję tego tak, jak pragnął.

Złapał się za kolano i szarpnął.

Tym razem ból był przeszywający, zwinął się jak kociątko pragnące ogrzać samo siebie i posapał przez kilka minut.

Nie ma odwrotu.

Wcisnął palce pod żebra i pociągnął.

Czy słyszałeś kiedyś dźwięk rwanej kamizelki?

Nie miał już siły, ale był szczęśliwy.

Doczołgał się do kąta i powoli zamknął oczy, a jego świadomość znikała na zawsze w tempie rozpadania się jego mózgu.

piątek

Pojebało.

Szedł wolno, miarownie ocierając butem o but. Chodził tak zawsze, tak, że z napisów na wewnętrznej stronie butów zostało tylko ORT i SPO. Patrząc na oba na raz można domyślić się, jak brzmiało całe słowo. Powiedzmy, że padał deszcz, wręcz lało, a on biegł. Była też noc, było ciemno, był wieczór. Lampy oświetlały go pomarańczowym światłem a krople deszczu, widoczne tylko wtedy gdy przelatywały w jej pobliżu chłostały go po twarzy, trzymając jego umysł w trzeźwości. Grzmiało? Niee. Trzeźwość też jest raczej umowna bo wracał właśnie do domu, był pijany, wypił parę piw siedząc na boisku piłkarskim. Jednym słowem zrobił to, co powinien zrobić każdy mężczyzna, gdy dowie się, że jest niechciany. W deszcz przynajmniej nie latają komary - pomyślał i natychmiast wrócił do myślenia o wielu sprawach.
I jak już myślał, to naprawdę o wielu sprawach. Właściwie to wiadomo, że myślał o jednej, po prostu udawał, że myśli o czymś innym, żeby się czymś zająć. Bo tak naprawdę myślał
- CZY TE BUTY NIE SĄ ZA CIASNE?
I jednak zagrzmiało, właśnie wtedy.

czwartek

Moya

0:10
- Nuudzi mnie zawsze ten początek ale jest zbyt zajebisty, żeby go przewinąć.
0:20
- O czym to w ogóle?
- O czym tylko chcesz.
0:25
- Burczy mi tak czasem w brzuchu.
0:45
- Chyba mam dreszcze.
2:00
(kompletna cisza)
2:37
- Za mocno mi się już z Tobą kojarzy.
- No i dobrze.
3:42
- Gitara!
4:05
- Wyobrażasz to sobie na żywo?
4:50
- Zaraz walnie!
- Jeeeszczee.
4:58
- Już!
5:06
(zaczyna udawać perkusistę, waląc rękami o kolana)
- Głupiś?
5:44
- Chciałabym to włączyć, zakryć się poduszkami i tak leżeć żeby nikt mnie nie znalazł.
6:33
- Mam za dużo skojarzeń teraz, żeby powiedzieć o czym jest.
6:51
- Chciałbym to słyszeć jakbym umarł.
7:46
- Pierdolnięcie!
7:55
(słychać jakby mruczenie)
8:09
- Bolą mnie już ręcę.
- To przestań stukać, debilu.
8:27
- Ojaaaa!
- Ojaaaa!
9:11
- Nie lubię jak tu cichnie, zawsze się boję, że już się kończy.
9:18
- Ale nie!
9:41
- Jak jej słucham sam nie jest taka fajna.
10:11
- Gdzieś w tym momencie mogłabym zasypiać.
10:51 -Juuuż koniec?
- Jeszcze raz?

poniedziałek

piątek

Ja, pięćdziesięciolatek i wiatr.

Miejsce było niezwykłe, przynajmniej dla niego. Zewsząd trawa - najmocniej składająca się z trawy trawa świata, definicja idealnej rośliny. Otoczony drzewami (zawsze chciał znać ich gatunki aby lepiej o nich pisać), których liście przy silnym wietrze wyglądały jak łuski drewnianej ryby świecącej w wodzie każdym odcieniem zieleni. Całe to miejsce było zapadnięte w ziemi, jakby chciało schować się przed oczami ludzi albo przeciwnie, czekało na odnalezienie.
Jego myśli były grubym pięćdziesięciolatkiem przełączającym kanały na satelicie, który nie może zdecydować się co oglądać. Programy były różne, żaden jednak nie mógł przykuć jego uwagi na dłużej.
Telenowela o nastolatku, który nigdy nie czuł się tak zagubiony, film fabularny produkcji radzieckiej traktujący o bombach atomowych, sitcom, przy którym czasem nawet się uśmiechnął, program teologiczny "Ja i mój Pan" (a może to był program o psach, nie był pewny), oraz pornos.
Potrząsnął głową wyrzucając myśl o telewizorze z głowy, a kulkę która wypadła mu z ucha podniósł i rzucił na stok kulek - myśli bezużytecznych.
Zdrętwiał, jednak ostatnie co teraz chciał to wstać. Wracanie w kierunku domu kojarzy mu się z samotnością, taką, której teraz by nie wytrzymał.
Nie miał już o czym myśleć. Wstał i ruszył powoli, żeby spędzić tutaj chociaż trochę więcej czasu.
A wiatr był z nim.

sobota

Dla powodzian.

- Nie chcę mi się iść jutro do szkoły.
- Możesz udawać jakąś chorobę.
- Jaką?
- Odrę.

Jest dość SUCHO, jestem jakby WOREK Z PIASKIEM, bo wena ze mnie SPŁYNĘŁA. Brakuje mi uczucia, że robi mi się MOKRO od napisania czegoś. Właściwie to ZASCHŁO mi w mózgu, czekam na metaforyczny orzeźwiający DESZCZYK, aż ZALEJE mnie MORZE pomysłów, aż PĘKNĄ WAŁY TAMUJĄCE moją wyobraźnie.

Albo UTOPIĘ się w RZECE.

Jestem niedorzeczny.


I to tyle bo moja twórczość umarła, a ja nie mogę się na niczym skupić. Powrót w wakacje.

wtorek

18

Puzzle się zgubiły, misie wypłowiały. pół armii nie żyje, resoraki nie mają już kół.
Nie ma się gdzie schować, baba-jaga nie patrzy, nie zmieszczę się już pod stół.

W drodze z A do B jestem na Ą.

Moją listę rzeczy, które muszę zrobić w ciągu roku spalę zakopię porwę i przeżuję.

Kostka brukowa JEST jedną z wielu.

Mam 18 lat, blogi to błahostki.

Pieniądze są lepsze od życzeń.

A sobie życzę więcej dedykacji na przedmiotach niededykowanych (mi).

Mogę się przyzwyczaić do noszenia dowodu?

Dlaczego pożegnania zawsze są do dupy?

niedziela

Żaloba.

Nie chce mi się pisać
o prezydencie.
w ogóle.
stoję na zakręcie.
poleruję kulę.

Muzyka w radiu jakaś taka lepsza.

Pani za młoda, żeby to pamiętać, ale kiedyś, to od flag było czerwono. A dziś flagi z Chin, w barwach Monako.

Promocja ze sklepu, trzy flagi w cenie dwóch, żebyś mógł dwie powiesić za oknem, a jedną podcierać dupę po żałobie.

piątek

Poświęć moją lodówkę.

Grupa ludzi, jakaś setka, gdzie jeden z nich ma specjalne prawa (nadane mu przez paczkę żelków), stoi zawsze najwyżej i nosi pstrokaty strój ze złotymi cekinami. Ogólnie chodzi o to, że zbierają się na jakiejś górce i polewają oranżadą swoje lodówki, przywiezione na ozdobionych wcześniej taczkach, i idą do domu.

Głupota, nie?

I wyobraź sobie, że chrześcijanie robią to samo.

sobota

Stopy.

Słońce niemal zniknęło za krzywą linią anten, dachówek i kominów.

- Nigdy nie wiedziałaś, o co mi chodzi.
- Co?
Siedzenie ze stopami w powietrzu nie dawało już tej frajdy, co kiedyś.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Właściwie nigdy nie chciałem poruszyć tego tematu.
- Nie masz czasem wrażenia, że nie o to nam chodziło?
Moje stopy skuliły się do wewnątrz.
- Na razie mam wrażenie, że nie wiem, o co ci chodzi.
- Że zachłysnęliśmy się sobą, stwarzając w sobie przekonanie, że to jest to?
Jej nogi straciły całą swoją beztroskę.
- A nie jest?
Siedzieliśmy tak przez chwilę, obserwowanie słupa wysokiego napięcia wydało mi się fascynujące.
- Fascynujący ten słup, co? - Rzuciła trochę od niechcenia.
Czy to właśnie nie tego mam dość, że tak często wie o czym myślę, ale nie rozumie nic więcej?
Moje stopy poczuły wyjątkową chęć zabrania mnie stąd.
- Chciałabym wiedzieć, co ci siedzi w głowie.
- Robaki.
- Wyjątkowo paskudne.
- Wiedziałaś, że tak będzie.
- Nie pomyślałam o tym nawet raz.
- Cholera.
Zazwyczaj trafiałem.
- Nie trafiłeś. - Jej stopa otarła się zaczepnie o moją.
Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, wciąż nie mogłem oderwać od niego wzroku.
- Nawet patrzenie na słup kiedyś ci się znudzi.
Miała rację, to był najnudniejszy słup jaki kiedykolwiek widziałem. Gdyby kilka słupów zebrało się kiedyś na popołudniowej herbacie, ten zostałby uznany za wyjątkowego nudziarza i gbura.
Uśmiechnąłem się do siebie myśląc o tym wszystkim.
Nie zdziwiło jej to, przyzwyczaiła się.
Wstałem niepewnie, zdrętwiały mi stopy.
- Lepiej będzie jak nic nie powiem, co?
Tym razem zrozumiała.

Słońce zniknęło za krzywą linią anten, dachówek i kominów.

czwartek

Lubię o losie,

- Nie rozmawiam z Tobą, Tramwaju.

Piszę w dziewiątej osobiej osobie (rozpisanie pomaga)

Pisał o tym, jak jego bohater pisał, że jego bohater pisał, że pisanie bez sensu sprawia mu niemal taką frajdę, jak osobie piszącej o osobie, która pisze o osobie, która go w tym momencie opisuje. Czyli mi. Gdy mój bohater, piszący o piszącym piszącym o piszącym o frajdzie z pisania, zdał sobie sprawę, jak nieprzyjemnie będzie się to czytać, zaczął pisać tak, żeby piszący o piszącym piszącym o pisaniu, wymazał postać piszącego piszącego o piszącym piszącym o satysfakcji, innymi słowy, napisał, że nie istnieje. I zostałem ja, piszący o piszącym o niczym i ty, marnujący dwie lub więcej minut swojego życia. Cholera.

Teraz, póki piszę.

Z każdą literką odczuwał ulgę, jakby każdy klik gumki znajdującej się pod plastikowym kwadratem był małą spowiedzią do osoby, której rady zawsze są pomocne. Każde zgięcie palców to poczucie bycia lepszym człowiekiem, jakby każdy dotyk oznaczał jednego uratowanego szczeniaka. Każda spacja pomiędzy słowem to świadomość robienia czegoś trwałego, jakby całość wreszcie nabierała sensu.

Chemia.

Siedział na łóżku mając humor, który określał, nie określał, ale chciałby określać go jakoś pomysłowo. Siedząc z humorem nieokreślonym, próbował go chociaż zdefiniować. Mieszanina nastrojów jednorodna, (bo w końcu jesteśmy chemią i reakcją). Tak, że nie zdajesz sobie sprawy, jaki jest właściwie twój stosunek do świata - czuł zupełną samotność, brak emocjonalnego przywiązania do innego, uczucie "mi się nie uda" i inne rzeczy, których nie mógł wyrzucić z głowy, przy okazji będąc niebywale wesołym.

Powrotnie, przewrotnie.

Argumentem potwierdzającą Boskie skurwysyństwo jest fakt, że rzecz, której szukamy, odnajdzie się tylko w przypadku szukania innej rzeczy albo w momencie, gdy rzecz szukana dawno nie jest nam potrzebna/dawno o niej zapomnieliśmy.

A także fakt, że ludzie są stworzeni tak, że nie są zdolni do wspólnego funkcjonowania.

środa

O cholera.

Nie umarłem, ale było blisko.

Stary ja kontra nowy ja w starciu ostatecznym, co mogę nazwać okresem, który widzę jak

masz przed sobą pole, tylko pole, za sobą masz białą przestrzeń, więc nie pozostaje Ci nic innego jak iść nim. Niebo jest bezchmurne, wiatr nie istnieje, a Ty zwracasz uwagę tylko na ślady stóp odbite na trawie tak zielonej, że stanowi jej definicję. I to właśnie te ślady prawie Cię (w domyśle mnie) zabiły.

Odzyskałem kawałek siebie (może kciuk) ale nie wiem jak teraz będzie.

A wyszło z tego tyle, że na nowo m

- Ej, ten blog nie jest o tym.
- Cholera.

Typowy mężczyzna w typowym długim płaszczu szedł typową ciemną uliczką, w typowo deszczową pogodę, mając na głowie typowe problemy.

Jeszcze raz.

Dawno, dawno temu.

Jeszcze raz.

Siedział przy stole, gnąc kartkę papieru tak długo, aż zrobiła się miękka jak chusteczka higieniczna.

Jeszcze raz.

Nikt nie wiedział, kiedy nadejdzie koniec.

Jeszcze raz.

Houston, mamy problem.

Jeszcze raz.

,

Chciałem, żeby te schody ciągnęły się w nieskończoność.

Pierwsze.

Kocham ten stan, wrażenie, że poza przenoszeniem gór mogę postawić je na wierzchołku - w idealnej równowadze. Moment, w którym przez chwilę wszystko jest proste, ograniczenia nie istnieją, a mój umysł obejmuje Świat w większej perspektywie.

Złość.

Uczucie porównywalne do miłości, (może) lepsze, bo w żaden sposób nieograniczające. Wrażenie swoistego uskrzydlenia, upojenia adrenaliną wpompowaną w serce z siłą rozrywającą klatkę piersiową. Moment, w którym motylki ze strachu wracają do postaci larwy, i w swoich podgniłych już kokonach czekają, aż reakcja chemiczna wpływająca na mój mózg zobojętni się pod naporem Ciebie, dając im szansę ponownego gryzienia mnie w żołądek.