czwartek
Ojciec
Któregoś dnia bał się jechać do fryzjera, ciągnął matkę za rękaw i przyniósł jej moje stare szkolne nożyczki. Wzięliśmy to za pewien rodzaj kryzysu, wybryku starego ekscentryka, który minie z czasem. Nie wiedzieliśmy, że niedługo zacznie moczyć łóżko.
Zyskałem młodszego brata, który podkradał mi czasem pieniądze i woził do szkoły, melodycznie komentując każdą zaklejoną dziurę w drodze słowem „łatka” i „brrum”.
ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA, ŁATKA. BRRRUUM ŁATKKA!
Tato, przestań.
ŁATKA BRUM BRUM, ŁATKA, ŁATKA ŁATKA, O ŁATKA, I TU ŁATKA, ŁATKA ŁATKA.
Tato.
ŁATKA ŁATKA ŁATKA. BRRRUMMM!
Potem jeździłem autobusem, bo przestał sięgać pedałów.
Pierwszy raz płaczącą matkę zobaczyłem, gdy ojca wyrzucili z pracy, bo na dokumentach zaczął podpisywać się TATA. Gdy próbowałem na nowo nauczyć go podpisu, trzymał długopis całą pięścią.
Matka płakała coraz częściej, ojca nie było w domu przez całe dnie, wracał wieczorami cały w błocie, z porwanymi spodniami. Mówił, że odkrywa, że nie rozumiemy, że wszystko będzie dobrze, mamo.
Potem zaczęły się problemy z chodzeniem - cieszyliśmy się, że przynajmniej jest w domu.
Matka odeszła, gdy nocami zaczął ssać jej pierś.
wtorek
Dźwięk, który wydają palce w kontakcie ze ścianą jest tytułem tego tekstu
Orkiestra przygrywała cichą melodię bez końca, kilka monotonnych tonów, które w jego głowie mogły oznaczać tylko jedno.
czwartek
Dzienniki - jubileuszowe fragmenty
str. 199
str. 200
wtorek
Idzie wiosna – z ulic wyrastają bezdomni
niedziela
Mam czas to poczekam, czyli pączek w maśle
Odruchowo przesuwam pod nosem palcem, sprawdzając, czy znowu nie leci z niego krew.
Przed oczami ciągle mam mroczki, bo w ten sposób potrafię tłumić omdlenia.
środa
poniedziałek
Śniło mi się (szóstego sierpnia dwa lata temu)
niedziela
Czterdzieści minut poprawiania literówek
Śniła mi się dziś Czerwona Trawa, którą kupiłem w antykwariacie i maszynopisarz, który chciał ją przepisać, żeby nauczyć się pisać na maszynie.
Gdy miałem dwa lata, bez przerwy chwytałem dziadka za rękę i bawiłem się jego złotym zegarkiem.
Mieliśmy też taką niebieską, drewnianą łódkę, którą wodowaliśmy, gdy zalewało pola.
Kiedyś straciłem w błocie but, bo tak śmiesznie się zassał. Znalazłem go tydzień później, bo wystawała sznurówka.
A ojciec wesoło powiedział dziś do matki "Caaałe żyyycie raaazem!".
I gdy tak siedzimy we dwoje - moja rodzina i ja, z nich wszystkich mówię najmniej, trochę mnie tam nawet nie ma, pomimo głupiej świadomości, że mógłbym przecież mówić najwięcej. Mógłbym mówić przez dwa dni, mógłbym mówić tyle, że wszyscy zdążyliby pójść spać i zjeść śniadanie, a ja bym dalej mówił, bo chciałbym nadrobić te osiemnaście lat.
Opowiedziałbym o wszystkim co przeżyłem, co widziałem, co chcę przeżyć i zobaczyć.
O tym, co chcę zrobić, i czego nie zrobiłbym nigdy.
O tym, że uwielbiam sny za to uczucie, że zawsze wiem, co mam dalej robić.
Mówiłbym o słowach, które mnie bawią, jak pacha lub fajerwerk, albo o słowach, których nie znoszę, jak krzaki czy rzepka.
Pośmialibyśmy się razem z tego, że istnieje prawo Michała, które mówi, że jeśli stoi koło mnie odkręcona butelka, to na pewno ją przewrócę.
Wytłumaczyłbym, czemu tak dużo mówię do siebie, czemu tak często zaciskam usta i składam kanapki spodami na odwrót.
Albo czemu czasem nie reaguje, gdy ktoś powie coś śmiesznego, mimo, że bardzo mnie to bawi i czemu postanowiłem kiedyś, że będę brzydko pisać.
Na koniec powiedziałbym, że czuję ostatnio, że mam w życiu dwie drogi - drogę leżenia na brzuchu i drogę leżenia na plecach, albo jak kurewsko się teraz wszystkiego boję.
Ale nie mówię nic, bo ktoś musi wypić tę wódkę.
czwartek
Trzecia minuta nieprzytomności
Na początku trwało to kilka sekund, teraz liczę ten czas z w pełnych minutach. Staje się to tak częste, że zacząłem mówić "o, znowu!" za każdym razem, gdy czuję utratę kolorów.
Słodkie nie-bycie, świadomość, że TY NAPRAWDĘ NIE MASZ KONTROLI i poddajesz się lenistwu swojego ciała.
Lubię zabawne mroczki przed oczami, bo to najzabawniejsza część dnia i ciekawe geometryczne wzorki, bo to najciekawsza część dnia. Siniaków mam mało, bo zazwyczaj ląduję bezpiecznie, a ze schodów schodzę szybko, bo całkiem głupio jest złamać kręgosłup.
Uroczy jest sposób mojej ekscytacji, gdy podczas przechodzenia przez ulicę robi się ciemno, a ja po prostu próbuję nie upaść. Uśmiecham się też w momencie, gdy matka pyta się mnie, czy dobrze się czuję, bo blado wyglądam, a ja mówię tylko "da się przeżyć."
poniedziałek
Droga
Nie mogę zawiązać buta, za mocno trzęsą mi się ręce.
Narzucam na siebie szarą bluzę w której nie działa zamek i zakładam kaptur.
Wychodzę z domu i przeszywa mnie dreszcz stukotu kamiennych puzzli.
Idę szybko, z mocno zaciśniętymi pięściami.
Staję na moście i biorę kilka głębokich wdechów, plując w tafle wody.
Ruszam.
Uśmiecham się pod nosem.
Biegnę.
Momentalnie owiewa mnie zimne powietrze, uderza w twarz, szumi w uszach i rzęzi w płucach.
Przymykam oczy, które mglą się i łzawią.
Biegnę coraz szybciej, buty ślizgają się po drodze, tracę prawie każdy krok, nie mam kontroli.
Znowu się uśmiecham.
Zastanawiam się, jak wytrzymałem bez tego sześć miesięcy.
Dzień spływa mi po czole, wiatr zdmuchuje go ze skroni i trafia mnie w ucho, tydzień spływa po rękach i wsiąka w rękawy, pół roku spływa po plecach, zimne i nieprzyjemne, ale odległe i już zupełnie nie moje.
Biegnę.
Nie mogę oddychać, lód dostał się do mojego ciała i zamroził mi nerwy, serce bije mi dźwiękiem pękającej tafli, ale ja jestem spokojny.
Wciąż się uśmiecham.
Przecież droga nie jest pod górkę, nareszcie widzę, że droga nie jest pod górkę.
Jestem spokojny.
Kładę się na śniegu i rozkładam ręce, śmiejąc się do siebie.
czwartek
O "Sam się obsłuż"
Witaj dziekujemy za transakcję. Zapraszamy ponownie na zakupy do naszego sklepu.
Bardzo prosimy o wystawienie komentarza do transakcji. Możesz to uczynic pod adresem:
Zacząłem bać się o moją prywatność i czekam na mail o treści "NO JAK SIĘ SRAŁO PO JOGURCIKU?"
*KTÓRE ZAWSZE, NAPRAWDĘ ZAWSZE, OBSŁUGIWANE SĄ PRZEZ KARŁY Z POGARDĄ INSTRUUJĄCE LUDZI JAK SIĘ TEGO UŻYWA I WSPINAJĄCE SIĘ NA NIE JAK DZIECI CYRKOWCÓW NA INDYJSKIE SŁONIE
niedziela
Pies na pieniądze
Czy zamierzona przesada jest opłacalna?
Pogoda jak nad morze, a w lesie wyrosło wrzosowisko, więc boję się, że nagle wyskoczy jakiś pies.
Czy na nawiązaniach literackich się zarabia?
To wszystko to tylko mała prowokacja.
Ale czy są z tego jakieś pieniądze?
Enlarge your penis.
wtorek
Pogrubiane pudełeczko głupich oczywistości
(...)
I nagle wszyscy wrócą do starego dobrego malowania kurwa ludzi.
(...)
sobota
O reklamach, które się właśnie pojawiły, nowy adres, nowy wygląd, i w ogóle organizacja
Albo - gdybym czas zmarnowany na tę zabawę przeznaczył na pisanie, może w końcu napisałbym coś dobrego.
Idziemy za modą i technologią, JEST TWARZKSIĄŻKA, (ale nie ma 'lubię to!', nie umiem, przesada), MOŻNA POĆWIERKAĆ, BUZZNĄĆ A NAWET WYSŁAĆ NA MAILA, JA JEBIE, nie znajdziesz tego w zwykłej książce, znajdziesz tylko smród papieru, starości i pieprzonego zacofania.
Pojawiły się też guziczki TAK lub NIE, które są proste do kliknięcia, a gdy się juz to zrobi, wydają dźwięki i MOŻNA WYGRAĆ NAGRODY. Guziki te będą mnie pewnie dobijać, bijącym z nim negatywizmem, lub internetowym skurwysyństwem, lub brakiem reakcji zupełnym. Co prawda są jakieś głupie i się resetują?, ale LUBIMY BAJERY I BŁYSKOTKI.
Technologia zapisała mi stary szablon, więc w ramach sentymentu BĘDĘ DO NIEGO WRACAŁ ÓSMEGO STYCZNIA KAŻDEGO ROKU. (Zapomnę).
Jest i nowa, jak jej tam, DOMENA. Fancy-pancy, ładnie to wygląda, więc od dziś, przez jakieś dwa lata:
http://www.z-a-do-b.pl/
Działa tylko z www. na przedzie, nie wiem czemu, bo tak i już - więc: http://www.z-a-do-b.pl/, nie http:/z-a-do-b.pl/
Są też reklamy.
"SPRZEDAŁEŚ SIĘ CHUJU, REKLAMY CHUJU REKLAMY, A TAKI Z CIEBIE OUTSIDER NIBY, CHUJU, OUTSIDER Z REKLAMĄ NA CZOLE TY CHUJU. IDEE SZLAG TRAFIŁ, CHUJU!"
W regulaminie było: NIE REKLAMUJ REKLAM, ale cóż poradzę, że dla paru groszy zjadłbym własne gówno.
Nie byłem wcześniakiem. Nie jestem dzieckiem z biednej rodziny, którego jedynym posiłkiem dziennie jest talerz zupy ze szkolnej stołówki. Nie mieszkam w afrykańskiej wiosce, która nie ma dostępu do wody pitnej. Nie jestem bity ani molestowany, nigdy nie zostałem zgwałcony, nie uległem poparzeniom, nie mam raka, HIV, AIDS, HIV z AIDS, żółtaczki, białaczki, słyszę, widzę, chodzę i mam całkiem sprawny mózg.
Ale lubię zapach pieniędzy, i że można nimi kupować rzeczy - więc musicie kliknąć w reklamę po prawej.
(Może za pół roku uzbieram na lizaka).
Popieprzyłem, wracamy do rzeczywistości.
piątek
Ja Tajga
niedziela
20011
A ja rozmawiam ze sobą coraz więcej, bo inaczej moja krtań zaczęłaby zanikać.
Wstałem rano i myłem zęby palcem, zastanawiając się tylko, jak głupie jest mycie zębów palcem.
Nowy rok, nowe myśli - już nie pieprzymy, Michał.
piątek
Wigilia Narodzin Chrystusa Pana - wer. cenz.
Nie ma za co, odpowiada ci powieszona za jedną nogę, fluorescencyjna figurka, bujająca się radośnie na swym plastikowym krzyżu.
czwartek
Pomyje
Mgła rozwiewała nam włosy i wywracała parasole na drugą stronę. Wślizgiwała nam się do uszu i upijała ostatnie trzeźwe myśli. Nasze kroki były senne i powolne, chodziliśmy w niej jak w miodzie, własne ciała odczuwaliśmy, jak gdyby wyszły z wody, zapominając o swojej lądowej masie. Brodziliśmy w męczącej konsystencji.
Chciałem złapać Cię za rękę, odtrąciłaś ją, a mgła, widocznie wrażliwa na nasze uczucia, zagęściła się w tym miejscu, zostawiając w powietrzu mazistą, białą smugę.
Zatrzymałaś się. Wiem co myślisz, nie możemy już iść tą samą drogą. Z trudem odwróciłem głowę, mgła stała się żywiczna, zaczęła krępować mi usta i wpływać do gardła. Krążyła mi już w żyłach, wyrzeczywistniała mnie. Byłaś już daleko, widziałem Cię jak przez mydlane pomyje, jak zarys, plamę, marny silłet.
- Idziesz? - Zdążyłem zapytać, potem była biel.
sobota
Sam, Z Wizgiem W Uszach, Kroczyłem Za Horyzontem, Aż Ten Przestał Być Mi Bliski
Podążałem Za Śladami, Które Urwały Się, Wzbudzając We Mnie Zaniepokojenie
Ruszyłem Jednak Dalej, Stawiając Pierwsze Kroki Na Nieznanym
Ze Wspomnieniami Topniejącymi Jak Śnieg Pod Ciężarem Moich Stóp
niedziela
221
Ostry, pomarańczowy kolor padał mu na twarz przytuloną do szyby.
Parapet był niewygodny i zimny, ale siedząc na łóżku nie mógłby obserwować.
Nie myślał - przeżywał miejski brzask.
Telefon od dłuższego czasu bezsensownie wibrował mu wokół nóg, a pokój nie mógł zdecydować się, w jakim jest kolorze.
Wszystkie światła zaczęły przygasać, zatrzęsły się lekko i urwały, spadając na ziemie jak małe szklane kulki, tocząc się w stronę studzienek kanalizacyjnych.
Zapadła ciemność, a wyglądanie przez okno straciło sens - samochodów nie dało się już przeżywać, a myślenie, dlaczego telefon wciąż dzwoni, było zbyt męczące.
- Blaa blaa blaa - powiedział wolno, wiercąc się i oglądając to wszystko z lekką irytacją - wyraźnym znudzeniem toczącą się historią
Złapał się za włosy, szarpnął mocno, rozpadając się w tysiące białych strzępów z dźwiękiem rwanej kartki papieru.
albo
Złapał się za włosy, szarpnął mocno, i z dźwiękiem rwanej kartki papieru rozpadł się na tysiące białych strzępów.
wtorek
Upadek Żartu Socjologicznego
- PO PROSTU DAWNO NIE WIDZIAŁEM ŻADNEGO CZŁOWIEKA.
niedziela
poniedziałek
czwartek
Kwietnia drugi '10
19/09/09 - "Bardzo dobre" - M. Jezus
Podgrzewana podłoga
Judeserwitol
poniedziałek
Szalonego surrealisty nowego świata początek
pisane ścianą na kredce, żeby zacząć odwrotnie, i już na początku pozbyć się pozorów - nie popełnić tego samego błędu.
Zacznie się od krzyku umierających roślin - od zapachu łamanych widelców.
Byłem tam, stałem na głowie śmiejąc się z Ciebie, z Tobą, krwią nieobecny, bo cała była w mojej głowie.
Szukałem sensu w trawie, znalazłem tylko Twoje zdjęcie, które rzuciłem tu przed tygodniem, trochę już napuchłe deszczem i wyblakłe słońcem, więc zobaczmy jak krople spadają do nieba, nasycając od nowa kolory.
I choćbym na rękach ciemną chodził doliną, zawsze będą trochę więcej Twoje i trochę mniej moje, bo tak miało być, i na początku stała się światłość, ale nie tym razem.
Znowu mam je w oczach - ciesząc się, że trafiła w moją głowę dawka tego hormonu o śmiesznej nazwie - bo ostatnio wszystko rozpatruję pod względem reakcji chemicznych.
Widelce znów pachną w ten sposób, sztućce płaczą przy mnie, a najgorsze są noże, bo wchodzą jak w masło, rozumiesz?
Objąłem 'to' drzewo, pierwsze z brzegu, bo nigdy nie miałem tego specjalnego, i czekałem aż spadną wszystkie liście, ale po piętnastu minutach wróciłem do domu, bo, pamiętasz, pożegnania zawsze są do dupy.
I tak bardzo chciałbym dotknąć Cię palcem i na Twoim brzuchu położyć dwa małe kamienie, które krążyłyby potem jak dwie planety wokół naszych głów splecionych w tym śmiesznym tańcu kubków smakowych - jak nowego świata początek.
sobota
Cmentarz (halloween)
Wszystkie myśli, jak wrzątek, kipiały we mnie, jednak nie w zależności od temperatury, tylko od ciszy. Cisza była idealna. Cisza była grobowa. Czy wspomniałem już, że siedzę przy kościele? Z małym, dziecięcym cmentarzykiem?
Wziąłem pierwszy łyk, zastanawiając się, jak głupie jest to, co robię.
- Widok zniczy dziwnie wpływa na ludzi, huh? - Nie dziwi mnie już, że mówię coś do siebie nie zdając sobie z tego sprawy. W takich momentach pojawia się zupełnie irracjonalna chęć, żeby podnieść głowę do góry i zacząć z Nim rozmawiać.
- Nie lubisz mnie teraz, co nie? Nie dziwię Ci się, niezły ze mnie wrzód na dupie.
Wziąłem kolejny łyk i uśmiechnąłem się z "hm".
- Sądziłem, że jak tu przyjdę to coś wymyślę, wpadnie mi do głowy jakieś rozwiązanie, uznałem, że przyjście tutaj będzie już zupełnym dnem, a od dna zawsze można się odbić. Cóż, nie dzisiaj.
[tutaj pojawia się jakiś wątek metaforyczny, być może też rozmowa z samym Bogiem, pewnie pod postacią starca albo małej dziewczynki, pełne oświecenie bohatera i rozwiązanie, które było blisko, a mimo wszystko sam by go nie znalazł, bo wymowa jest taka, że jest tylko człowiekiem - jak to podczas rozmów z Bogiem]
[albo i nie]
Posiedziałem tak jeszcze chwilę, bez słowa i myśli.
- Za was.
Podniosłem puszkę, spojrzałem na groby i wziąłem ostatni łyk piwa.
czwartek
Decyzje
poniedziałek
Wof
Z momentem, gdy poczułem się jak pies, który, mimo, że ciągle bity, wraca do swojego właściciela z podkulonym ogonem, wyrzygałem się i wiedziałem, że mam dość. Uciekłem. Żywię się resztkami, które znajduję na śmietniku, i czasem gonię jakieś bezpańskie koty. Wyczuwam Cię od czasu do czasu, od razu chcę podejść, przytulić się, zamerdać ogonem i podać Ci łapę, ale im bliżej jestem, im zapach staje się intensywniejszy, tym bardziej się boję, klepną mi uszy, ogon sam się podkula, robi mi się duszno, a ja uciekam, marząc o tym, żeby ta ucieczka miała sens, żeby nie była ucieczką od wspomnień i uczuć - chciałbym, żeby gonił mnie hycel.
niedziela
Mięsizm
Jesteśmy tylko mięsem, bakteriami, których jedynym celem jest dalsze szerzenie się we wszechświat, dopóki starczy nam miejsca, dopóki nie wyżremy, nie zabijemy, nie zniszczymy wszystkiego, dopóki świat nie znajdzie na nas antidotum.
Uczucia wyższe nie istnieją - miłość, przyjaźń, zaufanie - słowa wymyślone w krótkich przebłyskach naszej prawdziwej świadomości, tak krótkich, że zdążyliśmy je tylko zapisać i zapamiętać, a teraz służą nam do usprawiedliwienia tego, co kieruje nami naprawdę.
Przetrwanie i pociąg fizyczny, przekazywanie najbardziej potrzebnych do przetrwania genów dalej, przed nic nieznaczącą śmiercią - podstawowe instynkty, którymi świat kieruje się od zawsze.
Nie możemy wyprzeć się naszego człowieczeństwa, czy raczej - zupełnego zezwierzęcenia.
Jesteśmy okresem przejściowym - nieudaną mutacją. Być może za moją świadomość odpowiada jeden malutki gen - genik, który natychmiast uległ regresowi, a mnie, nas, zostawił ze strzępkiem prawdziwości, na tyle kalekim i nieznaczącym, że nie potrafimy walczyć z instynktami, a na świecie liczy się tylko znalezienie kogoś, kogo fizyczne geny mają największą szansę na przetrwanie - kogoś, kto mógłby najszybciej biegać, najdalej rzucić kamieniem albo ma najlepiej przystosowaną do porodu macice. Nasza świadomość to ewolucyjna pomyłka, która zniknie za parę milionów lat, bo nie jest nam potrzebna do przetrwania.
I zniknie ten strzępek, który tak bardzo utrudnia mi życie, który powoduje, że tak bardzo się męczę, bo wiem, że Twój mózg uważa, że mam za duży nos i zbyt krzaczaste brwi, a Ty nie potrafisz zwalczyć tego instynktu, który mówi Ci podświadomie, że właśnie to jest najważniejsze.
sobota
Mendewesze
Nie spróbujesz.
"Bla bla bla".
Nie czuję się.
Pachnie w mieście pieczonymi ziemniakami.
Duszno mi w duszę.
Nigdy nie będzie takim samym - wagabundą.
I tylko tramwaj widział, jak płakałem.
niedziela
poniedziałek
Niewieczór.
Wróciłem na górę, było chyba koło dziewiątej, dokładnie nie wiem, wnoszę to po pijanym zegarku wiszącym na ścianie (czasem cofał albo mu się cofało). Wsunąłem nogę w poszewkę, (spaliśmy w poszewce, żeby nie zjadły nas potwory), potem drugą, tułów i tak dalej. Leżałem tak dłuższy czas, trzynaście oddechów, kiedy zaczęła się przebudzać. Zamknąłem szybko oczy ale nie mogłem powstrzymać naiwnego uśmiechu. Miałem wrażenie, że na mnie patrzyła, nie mogę mieć pewności bo udawałem, że śpię, Podniosła się z łóżka, zgrabnie, i zeszła na dół, witając się ze stopniami (całowały jej stopy). Myła zęby, licząc pewnie pieprzyki na plecach. Wiem, chociaż jej tego nie mówiłem, że z tyłu ma ich jakieś trzydzieści, licząc nawet te małe, a z przodu jakieś dwadzieścia, sześć na samych piersiach, dwadzieścia jeden licząc TAMTEN.
Po siedemdziesięciu trzech oddechach wróciła na górę i wsunęła się w poszewkę. Trzy pijane okrążenia zegara później odgrywaliśmy nasz poranny teatr, sztukę tylko dla nas, powolne przebudzanie się, dzień dobry, i scenę finałową, czyli pocałunek po spaniu, jak w tym filmie z tamtym aktorem i tą taką.
Nigdy nie rozmawialiśmy o kulisach.



