piątek
Ja Tajga
niedziela
20011
A ja rozmawiam ze sobą coraz więcej, bo inaczej moja krtań zaczęłaby zanikać.
Wstałem rano i myłem zęby palcem, zastanawiając się tylko, jak głupie jest mycie zębów palcem.
Nowy rok, nowe myśli - już nie pieprzymy, Michał.
piątek
Wigilia Narodzin Chrystusa Pana - wer. cenz.
Nie ma za co, odpowiada ci powieszona za jedną nogę, fluorescencyjna figurka, bujająca się radośnie na swym plastikowym krzyżu.
czwartek
Pomyje
Mgła rozwiewała nam włosy i wywracała parasole na drugą stronę. Wślizgiwała nam się do uszu i upijała ostatnie trzeźwe myśli. Nasze kroki były senne i powolne, chodziliśmy w niej jak w miodzie, własne ciała odczuwaliśmy, jak gdyby wyszły z wody, zapominając o swojej lądowej masie. Brodziliśmy w męczącej konsystencji.
Chciałem złapać Cię za rękę, odtrąciłaś ją, a mgła, widocznie wrażliwa na nasze uczucia, zagęściła się w tym miejscu, zostawiając w powietrzu mazistą, białą smugę.
Zatrzymałaś się. Wiem co myślisz, nie możemy już iść tą samą drogą. Z trudem odwróciłem głowę, mgła stała się żywiczna, zaczęła krępować mi usta i wpływać do gardła. Krążyła mi już w żyłach, wyrzeczywistniała mnie. Byłaś już daleko, widziałem Cię jak przez mydlane pomyje, jak zarys, plamę, marny silłet.
- Idziesz? - Zdążyłem zapytać, potem była biel.
sobota
Sam, Z Wizgiem W Uszach, Kroczyłem Za Horyzontem, Aż Ten Przestał Być Mi Bliski
Podążałem Za Śladami, Które Urwały Się, Wzbudzając We Mnie Zaniepokojenie
Ruszyłem Jednak Dalej, Stawiając Pierwsze Kroki Na Nieznanym
Ze Wspomnieniami Topniejącymi Jak Śnieg Pod Ciężarem Moich Stóp
niedziela
221
Ostry, pomarańczowy kolor padał mu na twarz przytuloną do szyby.
Parapet był niewygodny i zimny, ale siedząc na łóżku nie mógłby obserwować.
Nie myślał - przeżywał miejski brzask.
Telefon od dłuższego czasu bezsensownie wibrował mu wokół nóg, a pokój nie mógł zdecydować się, w jakim jest kolorze.
Wszystkie światła zaczęły przygasać, zatrzęsły się lekko i urwały, spadając na ziemie jak małe szklane kulki, tocząc się w stronę studzienek kanalizacyjnych.
Zapadła ciemność, a wyglądanie przez okno straciło sens - samochodów nie dało się już przeżywać, a myślenie, dlaczego telefon wciąż dzwoni, było zbyt męczące.
- Blaa blaa blaa - powiedział wolno, wiercąc się i oglądając to wszystko z lekką irytacją - wyraźnym znudzeniem toczącą się historią
Złapał się za włosy, szarpnął mocno, rozpadając się w tysiące białych strzępów z dźwiękiem rwanej kartki papieru.
albo
Złapał się za włosy, szarpnął mocno, i z dźwiękiem rwanej kartki papieru rozpadł się na tysiące białych strzępów.
wtorek
Upadek Żartu Socjologicznego
- PO PROSTU DAWNO NIE WIDZIAŁEM ŻADNEGO CZŁOWIEKA.
niedziela
poniedziałek
czwartek
Kwietnia drugi '10
19/09/09 - "Bardzo dobre" - M. Jezus
Podgrzewana podłoga
Judeserwitol
poniedziałek
Szalonego surrealisty nowego świata początek
pisane ścianą na kredce, żeby zacząć odwrotnie, i już na początku pozbyć się pozorów - nie popełnić tego samego błędu.
Zacznie się od krzyku umierających roślin - od zapachu łamanych widelców.
Byłem tam, stałem na głowie śmiejąc się z Ciebie, z Tobą, krwią nieobecny, bo cała była w mojej głowie.
Szukałem sensu w trawie, znalazłem tylko Twoje zdjęcie, które rzuciłem tu przed tygodniem, trochę już napuchłe deszczem i wyblakłe słońcem, więc zobaczmy jak krople spadają do nieba, nasycając od nowa kolory.
I choćbym na rękach ciemną chodził doliną, zawsze będą trochę więcej Twoje i trochę mniej moje, bo tak miało być, i na początku stała się światłość, ale nie tym razem.
Znowu mam je w oczach - ciesząc się, że trafiła w moją głowę dawka tego hormonu o śmiesznej nazwie - bo ostatnio wszystko rozpatruję pod względem reakcji chemicznych.
Widelce znów pachną w ten sposób, sztućce płaczą przy mnie, a najgorsze są noże, bo wchodzą jak w masło, rozumiesz?
Objąłem 'to' drzewo, pierwsze z brzegu, bo nigdy nie miałem tego specjalnego, i czekałem aż spadną wszystkie liście, ale po piętnastu minutach wróciłem do domu, bo, pamiętasz, pożegnania zawsze są do dupy.
I tak bardzo chciałbym dotknąć Cię palcem i na Twoim brzuchu położyć dwa małe kamienie, które krążyłyby potem jak dwie planety wokół naszych głów splecionych w tym śmiesznym tańcu kubków smakowych - jak nowego świata początek.
sobota
Cmentarz (halloween)
Wszystkie myśli, jak wrzątek, kipiały we mnie, jednak nie w zależności od temperatury, tylko od ciszy. Cisza była idealna. Cisza była grobowa. Czy wspomniałem już, że siedzę przy kościele? Z małym, dziecięcym cmentarzykiem?
Wziąłem pierwszy łyk, zastanawiając się, jak głupie jest to, co robię.
- Widok zniczy dziwnie wpływa na ludzi, huh? - Nie dziwi mnie już, że mówię coś do siebie nie zdając sobie z tego sprawy. W takich momentach pojawia się zupełnie irracjonalna chęć, żeby podnieść głowę do góry i zacząć z Nim rozmawiać.
- Nie lubisz mnie teraz, co nie? Nie dziwię Ci się, niezły ze mnie wrzód na dupie.
Wziąłem kolejny łyk i uśmiechnąłem się z "hm".
- Sądziłem, że jak tu przyjdę to coś wymyślę, wpadnie mi do głowy jakieś rozwiązanie, uznałem, że przyjście tutaj będzie już zupełnym dnem, a od dna zawsze można się odbić. Cóż, nie dzisiaj.
[tutaj pojawia się jakiś wątek metaforyczny, być może też rozmowa z samym Bogiem, pewnie pod postacią starca albo małej dziewczynki, pełne oświecenie bohatera i rozwiązanie, które było blisko, a mimo wszystko sam by go nie znalazł, bo wymowa jest taka, że jest tylko człowiekiem - jak to podczas rozmów z Bogiem]
[albo i nie]
Posiedziałem tak jeszcze chwilę, bez słowa i myśli.
- Za was.
Podniosłem puszkę, spojrzałem na groby i wziąłem ostatni łyk piwa.
czwartek
Decyzje
poniedziałek
Wof
Z momentem, gdy poczułem się jak pies, który, mimo, że ciągle bity, wraca do swojego właściciela z podkulonym ogonem, wyrzygałem się i wiedziałem, że mam dość. Uciekłem. Żywię się resztkami, które znajduję na śmietniku, i czasem gonię jakieś bezpańskie koty. Wyczuwam Cię od czasu do czasu, od razu chcę podejść, przytulić się, zamerdać ogonem i podać Ci łapę, ale im bliżej jestem, im zapach staje się intensywniejszy, tym bardziej się boję, klepną mi uszy, ogon sam się podkula, robi mi się duszno, a ja uciekam, marząc o tym, żeby ta ucieczka miała sens, żeby nie była ucieczką od wspomnień i uczuć - chciałbym, żeby gonił mnie hycel.
niedziela
Mięsizm
Jesteśmy tylko mięsem, bakteriami, których jedynym celem jest dalsze szerzenie się we wszechświat, dopóki starczy nam miejsca, dopóki nie wyżremy, nie zabijemy, nie zniszczymy wszystkiego, dopóki świat nie znajdzie na nas antidotum.
Uczucia wyższe nie istnieją - miłość, przyjaźń, zaufanie - słowa wymyślone w krótkich przebłyskach naszej prawdziwej świadomości, tak krótkich, że zdążyliśmy je tylko zapisać i zapamiętać, a teraz służą nam do usprawiedliwienia tego, co kieruje nami naprawdę.
Przetrwanie i pociąg fizyczny, przekazywanie najbardziej potrzebnych do przetrwania genów dalej, przed nic nieznaczącą śmiercią - podstawowe instynkty, którymi świat kieruje się od zawsze.
Nie możemy wyprzeć się naszego człowieczeństwa, czy raczej - zupełnego zezwierzęcenia.
Jesteśmy okresem przejściowym - nieudaną mutacją. Być może za moją świadomość odpowiada jeden malutki gen - genik, który natychmiast uległ regresowi, a mnie, nas, zostawił ze strzępkiem prawdziwości, na tyle kalekim i nieznaczącym, że nie potrafimy walczyć z instynktami, a na świecie liczy się tylko znalezienie kogoś, kogo fizyczne geny mają największą szansę na przetrwanie - kogoś, kto mógłby najszybciej biegać, najdalej rzucić kamieniem albo ma najlepiej przystosowaną do porodu macice. Nasza świadomość to ewolucyjna pomyłka, która zniknie za parę milionów lat, bo nie jest nam potrzebna do przetrwania.
I zniknie ten strzępek, który tak bardzo utrudnia mi życie, który powoduje, że tak bardzo się męczę, bo wiem, że Twój mózg uważa, że mam za duży nos i zbyt krzaczaste brwi, a Ty nie potrafisz zwalczyć tego instynktu, który mówi Ci podświadomie, że właśnie to jest najważniejsze.
sobota
Mendewesze
Nie spróbujesz.
"Bla bla bla".
Nie czuję się.
Pachnie w mieście pieczonymi ziemniakami.
Duszno mi w duszę.
Nigdy nie będzie takim samym - wagabundą.
I tylko tramwaj widział, jak płakałem.
niedziela
poniedziałek
Niewieczór.
Wróciłem na górę, było chyba koło dziewiątej, dokładnie nie wiem, wnoszę to po pijanym zegarku wiszącym na ścianie (czasem cofał albo mu się cofało). Wsunąłem nogę w poszewkę, (spaliśmy w poszewce, żeby nie zjadły nas potwory), potem drugą, tułów i tak dalej. Leżałem tak dłuższy czas, trzynaście oddechów, kiedy zaczęła się przebudzać. Zamknąłem szybko oczy ale nie mogłem powstrzymać naiwnego uśmiechu. Miałem wrażenie, że na mnie patrzyła, nie mogę mieć pewności bo udawałem, że śpię, Podniosła się z łóżka, zgrabnie, i zeszła na dół, witając się ze stopniami (całowały jej stopy). Myła zęby, licząc pewnie pieprzyki na plecach. Wiem, chociaż jej tego nie mówiłem, że z tyłu ma ich jakieś trzydzieści, licząc nawet te małe, a z przodu jakieś dwadzieścia, sześć na samych piersiach, dwadzieścia jeden licząc TAMTEN.
Po siedemdziesięciu trzech oddechach wróciła na górę i wsunęła się w poszewkę. Trzy pijane okrążenia zegara później odgrywaliśmy nasz poranny teatr, sztukę tylko dla nas, powolne przebudzanie się, dzień dobry, i scenę finałową, czyli pocałunek po spaniu, jak w tym filmie z tamtym aktorem i tą taką.
Nigdy nie rozmawialiśmy o kulisach.
sobota
85mm
Czekał na to.
Choroby, zakażenia, infekcje, to nie był ten rodzaj gnicia.
Gnił przez siebie, gnił, bo chciał zgnić. Samobójstwo, najdłuższe, najgorsze z możliwych, powolne rozpadanie się, utrata siebie kawałek po kawałku.
I gdy leżał na podłodze, patrząc na luźno leżący rękaw, postanowił, że pomoże sam sobie, że czekanie nie będzie wystarczającą karą.
Zaczął od stopy, mocno pociągnął, nie sądził, że pójdzie aż tak łatwo.
Rzucił ją w okolice okna, żałując trochę, że właściwie nie boli, że nie czuję tego tak, jak pragnął.
Złapał się za kolano i szarpnął.
Tym razem ból był przeszywający, zwinął się jak kociątko pragnące ogrzać samo siebie i posapał przez kilka minut.
Nie ma odwrotu.
Wcisnął palce pod żebra i pociągnął.
Czy słyszałeś kiedyś dźwięk rwanej kamizelki?
Nie miał już siły, ale był szczęśliwy.
Doczołgał się do kąta i powoli zamknął oczy, a jego świadomość znikała na zawsze w tempie rozpadania się jego mózgu.
piątek
Pojebało.
I jak już myślał, to naprawdę o wielu sprawach. Właściwie to wiadomo, że myślał o jednej, po prostu udawał, że myśli o czymś innym, żeby się czymś zająć. Bo tak naprawdę myślał
- CZY TE BUTY NIE SĄ ZA CIASNE?
I jednak zagrzmiało, właśnie wtedy.
czwartek
Moya
- Nuudzi mnie zawsze ten początek ale jest zbyt zajebisty, żeby go przewinąć.
0:20
- O czym to w ogóle?
- O czym tylko chcesz.
0:25
- Burczy mi tak czasem w brzuchu.
0:45
- Chyba mam dreszcze.
2:00
(kompletna cisza)
2:37
- Za mocno mi się już z Tobą kojarzy.
- No i dobrze.
3:42
- Gitara!
4:05
- Wyobrażasz to sobie na żywo?
4:50
- Zaraz walnie!
- Jeeeszczee.
4:58
- Już!
5:06
(zaczyna udawać perkusistę, waląc rękami o kolana)
- Głupiś?
5:44
- Chciałabym to włączyć, zakryć się poduszkami i tak leżeć żeby nikt mnie nie znalazł.
6:33
- Mam za dużo skojarzeń teraz, żeby powiedzieć o czym jest.
6:51
- Chciałbym to słyszeć jakbym umarł.
7:46
- Pierdolnięcie!
7:55
(słychać jakby mruczenie)
8:09
- Bolą mnie już ręcę.
- To przestań stukać, debilu.
8:27
- Ojaaaa!
- Ojaaaa!
9:11
- Nie lubię jak tu cichnie, zawsze się boję, że już się kończy.
9:18
- Ale nie!
9:41
- Jak jej słucham sam nie jest taka fajna.
10:11
- Gdzieś w tym momencie mogłabym zasypiać.
10:51 -Juuuż koniec?
- Jeszcze raz?
poniedziałek
piątek
Ja, pięćdziesięciolatek i wiatr.
Jego myśli były grubym pięćdziesięciolatkiem przełączającym kanały na satelicie, który nie może zdecydować się co oglądać. Programy były różne, żaden jednak nie mógł przykuć jego uwagi na dłużej.
Telenowela o nastolatku, który nigdy nie czuł się tak zagubiony, film fabularny produkcji radzieckiej traktujący o bombach atomowych, sitcom, przy którym czasem nawet się uśmiechnął, program teologiczny "Ja i mój Pan" (a może to był program o psach, nie był pewny), oraz pornos.
Potrząsnął głową wyrzucając myśl o telewizorze z głowy, a kulkę która wypadła mu z ucha podniósł i rzucił na stok kulek - myśli bezużytecznych.
Zdrętwiał, jednak ostatnie co teraz chciał to wstać. Wracanie w kierunku domu kojarzy mu się z samotnością, taką, której teraz by nie wytrzymał.
Nie miał już o czym myśleć. Wstał i ruszył powoli, żeby spędzić tutaj chociaż trochę więcej czasu.
A wiatr był z nim.
sobota
Dla powodzian.
- Możesz udawać jakąś chorobę.
- Jaką?
- Odrę.
Jest dość SUCHO, jestem jakby WOREK Z PIASKIEM, bo wena ze mnie SPŁYNĘŁA. Brakuje mi uczucia, że robi mi się MOKRO od napisania czegoś. Właściwie to ZASCHŁO mi w mózgu, czekam na metaforyczny orzeźwiający DESZCZYK, aż ZALEJE mnie MORZE pomysłów, aż PĘKNĄ WAŁY TAMUJĄCE moją wyobraźnie.
Albo UTOPIĘ się w RZECE.
Jestem niedorzeczny.
I to tyle bo moja twórczość umarła, a ja nie mogę się na niczym skupić. Powrót w wakacje.
wtorek
18
Nie ma się gdzie schować, baba-jaga nie patrzy, nie zmieszczę się już pod stół.
W drodze z A do B jestem na Ą.
Moją listę rzeczy, które muszę zrobić w ciągu roku spalę zakopię porwę i przeżuję.
Kostka brukowa JEST jedną z wielu.
Mam 18 lat, blogi to błahostki.
Pieniądze są lepsze od życzeń.
A sobie życzę więcej dedykacji na przedmiotach niededykowanych (mi).
Mogę się przyzwyczaić do noszenia dowodu?
Dlaczego pożegnania zawsze są do dupy?
niedziela
Żaloba.
o prezydencie.
w ogóle.
stoję na zakręcie.
poleruję kulę.
Muzyka w radiu jakaś taka lepsza.
Pani za młoda, żeby to pamiętać, ale kiedyś, to od flag było czerwono. A dziś flagi z Chin, w barwach Monako.
Promocja ze sklepu, trzy flagi w cenie dwóch, żebyś mógł dwie powiesić za oknem, a jedną podcierać dupę po żałobie.
piątek
Poświęć moją lodówkę.
Głupota, nie?
I wyobraź sobie, że chrześcijanie robią to samo.
sobota
Stopy.
- Nigdy nie wiedziałaś, o co mi chodzi.
- Co?
Siedzenie ze stopami w powietrzu nie dawało już tej frajdy, co kiedyś.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Właściwie nigdy nie chciałem poruszyć tego tematu.
- Nie masz czasem wrażenia, że nie o to nam chodziło?
Moje stopy skuliły się do wewnątrz.
- Na razie mam wrażenie, że nie wiem, o co ci chodzi.
- Że zachłysnęliśmy się sobą, stwarzając w sobie przekonanie, że to jest to?
Jej nogi straciły całą swoją beztroskę.
- A nie jest?
Siedzieliśmy tak przez chwilę, obserwowanie słupa wysokiego napięcia wydało mi się fascynujące.
- Fascynujący ten słup, co? - Rzuciła trochę od niechcenia.
Czy to właśnie nie tego mam dość, że tak często wie o czym myślę, ale nie rozumie nic więcej?
Moje stopy poczuły wyjątkową chęć zabrania mnie stąd.
- Chciałabym wiedzieć, co ci siedzi w głowie.
- Robaki.
- Wyjątkowo paskudne.
- Wiedziałaś, że tak będzie.
- Nie pomyślałam o tym nawet raz.
- Cholera.
Zazwyczaj trafiałem.
- Nie trafiłeś. - Jej stopa otarła się zaczepnie o moją.
Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, wciąż nie mogłem oderwać od niego wzroku.
- Nawet patrzenie na słup kiedyś ci się znudzi.
Miała rację, to był najnudniejszy słup jaki kiedykolwiek widziałem. Gdyby kilka słupów zebrało się kiedyś na popołudniowej herbacie, ten zostałby uznany za wyjątkowego nudziarza i gbura.
Uśmiechnąłem się do siebie myśląc o tym wszystkim.
Nie zdziwiło jej to, przyzwyczaiła się.
Wstałem niepewnie, zdrętwiały mi stopy.
- Lepiej będzie jak nic nie powiem, co?
Tym razem zrozumiała.
Słońce zniknęło za krzywą linią anten, dachówek i kominów.
czwartek
Piszę w dziewiątej osobiej osobie (rozpisanie pomaga)
Teraz, póki piszę.
Chemia.
Powrotnie, przewrotnie.
A także fakt, że ludzie są stworzeni tak, że nie są zdolni do wspólnego funkcjonowania.


