poniedziałek

Śniło mi się (szóstego sierpnia dwa lata temu)

 Zamknąłem oczy.

Przeglądałem w kiosku garnitury, kiedy jakiś chłopak spytał się sprzedawcy, gdzie może kupić marihuanę. Kazał nam szukać na ulicy. Wróciłem do domu.

Stanąłem pod drzwiami i leniwie wyciągnąłem klucz. Nie mogłem przekręcić zamka, drzwi były już otwarte. Wszedłem do środka, dom był pusty, w salonie stał tylko telewizor i kanapa. Ściany były białe, okna gdzieś zniknęły. Światło było ostre, migotało lekko ale męcząco. Nie zmartwiłem się kradzieżą, wiedziałem przecież, że to tylko sen. 

Na kanapie siedział mój znajomy, uśmiechając się zapytałem co tu robi i po co ogląda telewizję, skoro to mój sen. Zaczął się wypierać i krzyczeć, próbował przekonać mnie, że to nie sen, że mnie okradli i nie mam już nic. Jego ruchy były nieludzkie, ręce wykręcały się za głową i drgały, twarz rozmywała się lekko i płaszczyła. Wiedziałem, jaki będzie jego następny ruch, znałem każde następne słowo, działał zgodnie z moimi przewidywaniami. Ciągle mnie przekonywał, wmawiał, że to wszystko dzieje się naprawdę. Oboje wiedzieliśmy, że jest tu dzięki mnie, i jeśli mu nie uwierzę - zniknie. Zacząłem się śmiać i powiedziałem, żeby pokazał mi mnie.

Przeobraził się jak połączenie klatek dwóch zupełnie innych filmów, pstryknęło. Był mną, pomimo różnic czułem, że to ja. Przestraszyłem się, krzyczałem, że to nie mogę być ja. Zaczął mówić, chodzić, zachowywać się bardzo podobnie do mnie, śmiał się głośno i szyderczo,  w jego ruchach czuć było nadpobudliwość i trochę szaleństwa. Biegał korytarzem i sunął ręką po ścianie. Wiedziałem, że to ja, ale wstydziłem się, wypierałem się siebie. Podświadomie czułem, że jeśli to ja, to nie chcę taki być.

Oglądaliśmy razem film o apokalipsie, wybuchła bomba atomowa, błysnęło, świat stał się pomarańczowy. Widzę człowieka, którego podmuch wyrzucił w powietrze, kilkaset metrów ponad budynki, nie robiąc mu żadnej krzywdy, widzę jak odzyskuje równowagę i  rozkłada ręce - jakby leciał, jakby był ptakiem. Uśmiecha się i mówi „Siła bomby atomowej uczyniła z nas wolnych ludzi”.

Powiedziałem sobie siedzącemu obok, żeby pokazał mi mnie, gdy będę starszy. Zobaczyłem się w telewizorze, wiem, że miałem trzydzieści lat, długie włosy i inne rysy, może po prostu bardziej dojrzałe. Patrzyłem długo, próbując zapamiętać jak najwięcej, chciałem wyczytać z twarzy co mnie czeka, co mam dalej robić. Film jednak rozsypywał się, szumy stawały się coraz większe, obraz gubił kratki, wyglądał jak spalana powoli taśma. 

Przyjrzałem się mocniej, ale na ekranie pojawił się człowiek lecący nad miastem. Obraz znów przeskoczył i zobaczyłem siebie w wieku sześćdziesięciu lat. Byłem siwy, byłem stary, byłem zupełnie niepodobny. Dziadek uśmiechnął się i znowu wróciła apokalipsa. Trwało to bardzo długo, człowiek na ekranie ciągle leciał nieruchomo, zacząłem się niecierpliwić i krzyczeć. Bez przerwy chciałem widzieć siebie tak, jak widzą mnie inni ludzie, chciałem wrócić do obrazu trzydziestolatka. Chciałem wiedzieć, co ze mną będzie.

Obraz ciął się coraz bardziej, a ja bałem się, że to sen, że przecież kiedyś się obudzę, stracę wszystko, co widziałem, przerażało mnie, że zapomnę przyszłego siebie, że znowu będę zagubiony. Krzyczałem, miałem łzy w oczach, waliłem w telewizor, kazałem mu pokazać mi to wszystko jeszcze raz, mówiłem, że muszę to zobaczyć. Rozpłakałem się. Obraz zniknął.

Mój senny ja siedzący na kanapie powiedział „To jest opowieść o obłędzie".

Otworzyłem oczy.

niedziela

Czterdzieści minut poprawiania literówek

Przestanę tak pisać, gdy nauczę się, że pisanie po pijanemu już było i się znudziło.

Śniła mi się dziś Czerwona Trawa, którą kupiłem w antykwariacie i maszynopisarz, który chciał ją przepisać, żeby nauczyć się pisać na maszynie.

Gdy miałem dwa lata, bez przerwy chwytałem dziadka za rękę i bawiłem się jego złotym zegarkiem.

Mieliśmy też taką niebieską, drewnianą łódkę, którą wodowaliśmy, gdy zalewało pola.

Kiedyś straciłem w błocie but, bo tak śmiesznie się zassał. Znalazłem go tydzień później, bo wystawała sznurówka.

A ojciec wesoło powiedział dziś do matki "Caaałe żyyycie raaazem!".

I gdy tak siedzimy we dwoje - moja rodzina i ja, z nich wszystkich mówię najmniej, trochę mnie tam nawet nie ma, pomimo głupiej świadomości, że mógłbym przecież mówić najwięcej. Mógłbym mówić przez dwa dni, mógłbym mówić tyle, że wszyscy zdążyliby pójść spać i zjeść śniadanie, a ja bym dalej mówił, bo chciałbym nadrobić te osiemnaście lat.
Opowiedziałbym o wszystkim co przeżyłem, co widziałem, co chcę przeżyć i zobaczyć.
O tym, co chcę zrobić, i czego nie zrobiłbym nigdy.
O tym, że uwielbiam sny za to uczucie, że zawsze wiem, co mam dalej robić.
Mówiłbym o słowach, które mnie bawią, jak pacha lub fajerwerk, albo o słowach, których nie znoszę, jak krzaki czy rzepka.
Pośmialibyśmy się razem z tego, że istnieje prawo Michała, które mówi, że jeśli stoi koło mnie odkręcona butelka, to na pewno ją przewrócę.
Wytłumaczyłbym, czemu tak dużo mówię do siebie, czemu tak często zaciskam usta i składam kanapki spodami na odwrót.
Albo czemu czasem nie reaguje, gdy ktoś powie coś śmiesznego, mimo, że bardzo mnie to bawi i czemu postanowiłem kiedyś, że będę brzydko pisać.
Na koniec powiedziałbym, że czuję ostatnio, że mam w życiu dwie drogi - drogę leżenia na brzuchu i drogę leżenia na plecach, albo jak kurewsko się teraz wszystkiego boję.

Ale nie mówię nic, bo ktoś musi wypić tę wódkę.

czwartek

Trzecia minuta nieprzytomności

Najlepszym momentem w ciągu dnia jest ten, w którym tracę przytomność.

Na początku trwało to kilka sekund, teraz liczę ten czas z w pełnych minutach. Staje się to tak częste, że zacząłem mówić "o, znowu!" za każdym razem, gdy czuję utratę kolorów.

Słodkie nie-bycie, świadomość, że TY NAPRAWDĘ NIE MASZ KONTROLI i poddajesz się lenistwu swojego ciała.

Lubię zabawne mroczki przed oczami, bo to najzabawniejsza część dnia i ciekawe geometryczne wzorki, bo to najciekawsza część dnia. Siniaków mam mało, bo zazwyczaj ląduję bezpiecznie, a ze schodów schodzę szybko, bo całkiem głupio jest złamać kręgosłup.

Uroczy jest sposób mojej ekscytacji, gdy podczas przechodzenia przez ulicę robi się ciemno, a ja po prostu próbuję nie upaść. Uśmiecham się też w momencie, gdy matka pyta się mnie, czy dobrze się czuję, bo blado wyglądam, a ja mówię tylko "da się przeżyć."

poniedziałek

Droga

Moje ruchy są  nerwowe i niekontrolowane, potencjalne wszystko ląduje na ścianie.

Nie mogę zawiązać buta, za mocno trzęsą mi się ręce.

Narzucam na siebie szarą bluzę w której nie działa zamek i zakładam kaptur.

Wychodzę z domu i przeszywa mnie dreszcz stukotu kamiennych puzzli.

Idę szybko, z mocno zaciśniętymi pięściami.

Staję na moście i biorę kilka głębokich wdechów, plując w tafle wody.

Ruszam.

Potykam się, popierając się rękoma. Droga błyszczy się odbitym w lodzie księżycem.

Uśmiecham się pod nosem.

Biegnę.

Momentalnie owiewa mnie zimne powietrze, uderza w twarz, szumi w uszach i rzęzi w płucach.

Przymykam oczy, które mglą się i łzawią.

Biegnę coraz szybciej, buty ślizgają się po drodze, tracę prawie każdy krok, nie mam kontroli.

Znowu się uśmiecham.

Zastanawiam się, jak wytrzymałem bez tego sześć miesięcy.

Dzień spływa mi po czole, wiatr zdmuchuje go ze skroni i trafia mnie w ucho, tydzień spływa po rękach i wsiąka w rękawy, pół roku spływa po plecach, zimne i nieprzyjemne, ale odległe i już zupełnie nie moje.

Biegnę.

Nie mogę oddychać, lód dostał się do mojego ciała i zamroził mi nerwy, serce bije mi dźwiękiem pękającej tafli, ale ja jestem spokojny.

Wciąż się uśmiecham.

Przecież droga nie jest pod górkę, nareszcie widzę, że droga nie jest pod górkę.

Jestem spokojny.

Kładę się na śniegu i rozkładam ręce, śmiejąc się do siebie.

czwartek

O "Sam się obsłuż"

Gdy kupiłem dziś jogurt pitny waniliowy w maszynie samoobsługowej do płacenia kartą*, po transakcji dostałem od nich nieskładnego maila o treści:

Witaj dziekujemy za transakcję. Zapraszamy ponownie na zakupy do naszego sklepu.
Bardzo prosimy o wystawienie komentarza do transakcji. Możesz to uczynic pod adresem:

Zacząłem bać się o moją prywatność i czekam na mail o treści "NO JAK SIĘ SRAŁO PO JOGURCIKU?"










*KTÓRE ZAWSZE, NAPRAWDĘ ZAWSZE, OBSŁUGIWANE SĄ PRZEZ KARŁY Z POGARDĄ INSTRUUJĄCE LUDZI JAK SIĘ TEGO UŻYWA I WSPINAJĄCE SIĘ NA NIE JAK DZIECI  CYRKOWCÓW NA INDYJSKIE SŁONIE

niedziela

Pies na pieniądze

Mam trzy euro, pierwsze pieniądze zarobione na pisaniu, boję się, że woda sodowa uderzy mi do głowy, że zacznę się szmacić, pisać rzeczy pochwalne, pod reklamę, że przestanę robić cokolwiek i zacznę wrzucać tu nagie zdjęcia z internetu dla większej popularności, że będę chodził i obrzucał ludzi gównem, krzycząc adres tej strony.

Czy zamierzona przesada jest opłacalna?

Pogoda jak nad morze, a w lesie wyrosło wrzosowisko, więc boję się, że nagle wyskoczy jakiś pies.

Czy na nawiązaniach literackich się zarabia?

To wszystko to tylko mała prowokacja.

Ale czy są z tego jakieś pieniądze?

Enlarge your penis.

wtorek

Pogrubiane pudełeczko głupich oczywistości

Jak masz pudełeczko, co nie? Jak masz dwa pudełeczka, jedno jest takie niegłupie, nie? Normalne niegłupie pudełeczko. No ale obok jest to drugie, głupie pudełeczko. I ty jesteś tym głupim.

Im dłużej myślę o Internecie, tym bardziej postrzegam go jako twór transcendentalny. Człowiek stał się wolną duszą, atomem krążącym po ziemi z prędkością myśli. Jestem wyzwolony spod ograniczeń własnego ciała. Mogę być jednocześnie w każdym miejscu, w którym kiedykolwiek stał człowiek, do którego sięgają statki, samoloty, teleskopy. Okolice piątego wymiaru, PERYFERIA NIESKOŃCZONOŚCI - nieograniczona ilość możliwości w ciągu jednej sekundy. Jestem na Times Square, okiem kamery zerkam na ruchliwą ulicę i przelewających się ludzi, śledząc jednocześnie w drugim oknie wykluwanie się małego pingwina w stacji badawczej na Antarktydzie, i płaczącą ze wzruszenia małą foczkę obok. 

(...)
Ale Internet PODPORZĄDKOWUJE, zabiera wolną wolę, niszczy kreatywność i chęć działania.
BO DLACZEGO MAM TWORZYĆ, SKORO LEŻĄC W ŁÓŻKU MOGĘ PRZEZ TYDZIEŃ PATRZEĆ NA ROSJĘ Z DZIOBU KOLEJKI TRANSSYBERYJSKIEJ Z PODŁOŻONYM DO TEGO MININAL TECHNO?

Z Internetu niepłynnie przechodzę do sztuki, do czasów, kiedy można wmówić człowiekowi, że kwadrat nie jest kwadratem, tylko czymś zupełnie innym, może nie kołem, ale np. sceną biblijną. Gówno w puszce już przeszło, więc dlaczego nie kwadraty, ciągi liczbowe lub malowanie słoniem, czy piersiami?
Czekam tylko niecierpliwie, aż ktoś wejdzie na wystawę kwadratów, stanie, pomyśli, i w głowie zakiełkuje mu myśl, tak radośnie oczywista, że będzie miał ochotę ją krzyczeć. I będzie to robił.
Będzie krzyczał „HEJ, PRZECIEŻ TO JEST ŻAŁOSNE! ALE SERIO, JAKIEŚ POJEBANE".
I nagle wszyscy wrócą do starego dobrego malowania kurwa ludzi.

(...)
Każde pokolenie w historii miało w zanadrzu wielkie, wzniosłe wydarzenie, wokół którego mogło kręcić się ich życie. Inspiracja, PUNKT DO KTÓREGO MOŻNA SIĘ ODNIEŚĆ, co można poprzeć lub zupełnie odrzucić. IDEE.
My kręcimy się wokół tego, że nie mamy wokół czego się kręcić, sami próbujemy tworzyć takie sytuację, egzaltujemy się drobnicą, ochłapami, dorabiamy sens, wzniosłość do wydarzeń, o których sami zapominamy tydzień później. Szukamy wydarzenia, które pokaże nam, że nasze pokolenie miało jakikolwiek sens i wpływ na historię.

Chcemy gestów, czynów wielkich i znaczących, aktów zupełnego poświęcenia czegoś lub kogoś. Chcemy poczucia, że obok nas jest też coś, o czym warto pisać, malować, tworzyć. 

I nie mówię tu o bezmyślnym uwielbieniu, o ślepym poświęceniu, mówię o sprawie, o rzeczy, wokół której warto się zebrać, o inspiracji, potrzebie, sensie.

sobota

O reklamach, które się właśnie pojawiły, nowy adres, nowy wygląd, i w ogóle organizacja

Nowa skóra, nowy rok czy coś w ten DESEŃ. Jest mrocznie, jest czarno, jest nowocześnie, jest młodzieżowo. Może zostanę informatykiem-grafikiem?
 
Albo - gdybym czas zmarnowany na tę zabawę przeznaczył na pisanie, może w końcu napisałbym coś dobrego.

Idziemy za modą i technologią, JEST TWARZKSIĄŻKA, (ale nie ma 'lubię to!', nie umiem, przesada), MOŻNA POĆWIERKAĆ, BUZZNĄĆ A NAWET WYSŁAĆ NA MAILA, JA JEBIE, nie znajdziesz tego w zwykłej książce, znajdziesz tylko smród papieru, starości i pieprzonego zacofania.

Pojawiły się też guziczki TAK lub NIE, które są proste do kliknięcia, a gdy się juz to zrobi, wydają dźwięki i MOŻNA WYGRAĆ NAGRODY. Guziki te będą mnie pewnie dobijać, bijącym z nim negatywizmem, lub internetowym skurwysyństwem, lub brakiem reakcji zupełnym. Co prawda są jakieś głupie i się resetują?, ale LUBIMY BAJERY I BŁYSKOTKI.

Technologia zapisała mi stary szablon, więc w ramach sentymentu BĘDĘ DO NIEGO WRACAŁ ÓSMEGO STYCZNIA KAŻDEGO ROKU. (Zapomnę).

Jest i nowa, jak jej tam, DOMENA. Fancy-pancy, ładnie to wygląda, więc od dziś, przez jakieś dwa lata:

http://www.z-a-do-b.pl/

Działa tylko z www. na przedzie, nie wiem czemu, bo tak i już - więc: http://www.z-a-do-b.pl/, nie http:/z-a-do-b.pl/

Są też reklamy.

"SPRZEDAŁEŚ SIĘ CHUJU, REKLAMY CHUJU REKLAMY, A TAKI Z CIEBIE OUTSIDER NIBY, CHUJU, OUTSIDER Z REKLAMĄ NA CZOLE TY CHUJU. IDEE SZLAG TRAFIŁ, CHUJU!"

W regulaminie było: NIE REKLAMUJ REKLAM, ale cóż poradzę, że dla paru groszy zjadłbym własne gówno.

Nie byłem wcześniakiem. Nie jestem dzieckiem z biednej rodziny, którego jedynym posiłkiem dziennie jest talerz zupy ze szkolnej stołówki. Nie mieszkam w afrykańskiej wiosce, która nie ma dostępu do wody pitnej. Nie jestem bity ani molestowany, nigdy nie zostałem zgwałcony, nie uległem poparzeniom, nie mam raka, HIV, AIDS, HIV z AIDS, żółtaczki, białaczki, słyszę, widzę, chodzę i mam całkiem sprawny mózg.

Ale lubię zapach pieniędzy, i że można nimi kupować rzeczy - więc musicie kliknąć w reklamę po prawej.

(Może za pół roku uzbieram na lizaka).

Popieprzyłem, wracamy do rzeczywistości.

piątek

Ja Tajga

Zamieniam kapelusz na wełniany płatok, zamieniam trampki na plecione postoły - wagabunda staje się klikuszą.

niedziela

20011

 Zjedliśmy z podłogi nasze własne wymioty.

A ja rozmawiam ze sobą coraz więcej, bo inaczej moja krtań zaczęłaby zanikać.

Wstałem rano i myłem zęby palcem, zastanawiając się tylko, jak głupie jest mycie zębów palcem.

Nowy rok, nowe myśli - już nie pieprzymy, Michał.

piątek

Wigilia Narodzin Chrystusa Pana - wer. cenz.

Na Gwiazdkę budzisz się przy światłach choinki z własnymi rzygowinami za zębami, zagryzając to czekoladą, jedyną rzeczą, którą przyniósł Ci Mikołaj i dziękujesz Jezusowi, że został ci tylko tydzień życia.
Nie ma za co, odpowiada ci powieszona za jedną nogę, fluorescencyjna figurka, bujająca się radośnie na swym plastikowym krzyżu.

czwartek

Pomyje



Mgła rozwiewała nam włosy i wywracała parasole na drugą stronę. Wślizgiwała nam się do uszu i upijała ostatnie trzeźwe myśli. Nasze kroki były senne i powolne, chodziliśmy w niej jak w miodzie, własne ciała odczuwaliśmy, jak gdyby wyszły z wody, zapominając o swojej lądowej masie. Brodziliśmy w męczącej konsystencji.
Chciałem złapać Cię za rękę, odtrąciłaś ją,  a mgła, widocznie wrażliwa na nasze uczucia, zagęściła się w tym miejscu, zostawiając w powietrzu mazistą, białą smugę.
Zatrzymałaś się. Wiem co myślisz, nie możemy już iść tą samą drogą. Z trudem odwróciłem głowę, mgła stała się żywiczna, zaczęła krępować mi usta i wpływać do gardła. Krążyła mi już w żyłach, wyrzeczywistniała mnie. Byłaś już daleko, widziałem Cię jak przez mydlane pomyje, jak zarys, plamę, marny silłet.
- Idziesz? - Zdążyłem zapytać, potem była biel.

sobota

Sam, Z Wizgiem W Uszach, Kroczyłem Za Horyzontem, Aż Ten Przestał Być Mi Bliski



Podążałem Za Śladami, Które Urwały Się, Wzbudzając We Mnie Zaniepokojenie

Ruszyłem Jednak Dalej, Stawiając Pierwsze Kroki Na Nieznanym

Ze Wspomnieniami Topniejącymi Jak Śnieg Pod Ciężarem Moich Stóp

niedziela

221



Ostry, pomarańczowy kolor padał mu na twarz przytuloną do szyby.
Parapet był niewygodny i zimny, ale siedząc na łóżku nie mógłby obserwować.
Nie myślał - przeżywał miejski brzask.
Telefon od dłuższego czasu bezsensownie wibrował mu wokół nóg, a pokój nie mógł zdecydować się, w jakim jest kolorze.
Wszystkie światła zaczęły przygasać, zatrzęsły się lekko i urwały, spadając na ziemie jak małe szklane kulki, tocząc się w stronę studzienek kanalizacyjnych.
Zapadła ciemność, a wyglądanie przez okno straciło sens - samochodów nie dało się już przeżywać, a myślenie, dlaczego telefon wciąż dzwoni, było zbyt męczące.
- Blaa blaa blaa - powiedział wolno, wiercąc się i oglądając to wszystko z lekką irytacją - wyraźnym znudzeniem toczącą się historią
Złapał się za włosy, szarpnął mocno, rozpadając się w tysiące białych strzępów z dźwiękiem rwanej kartki papieru.

albo

Złapał się za włosy, szarpnął mocno, i z dźwiękiem rwanej kartki papieru rozpadł się na tysiące białych strzępów.

Kraków, Cracovia, drugie piętro

wtorek

Upadek Żartu Socjologicznego

- Nie rzuciłeś socjologicznym żartem od jakiegoś roku.
- PO PROSTU DAWNO NIE WIDZIAŁEM ŻADNEGO CZŁOWIEKA.

niedziela

Rem

Pamiętam, że kiedyś było normalnie, a może nie było, a może nie pamiętam?

poniedziałek

Nie czuję już zgniłych jabłek i nie pociągam już za ten sznurek i nie wbijam już palców w Twoją stopę.

czwartek

Kwietnia drugi '10

Siedzieli we trójkę, on, ona i półmrok, na lewym torze przy przejeździe kolejowym na samym końcu świata. Albo całkiem niedaleko, zależy jak na to spojrzeć. Nie rozmawiali ze sobą - być może powiedzieli sobie już wszystko, może nie mieli sobie co powiedzieć ale oni wiedzieli, że po prostu nie muszą nic mówić. Stwierdziła potem, że ma wrażenie, że wszystko stoi, że są w środku jakiegoś obrazu, że czas ich nie obowiązuje, że są ostatnimi ludźmi na ziemi, że nareszcie mogą robić co chcą. To był ten moment, że gdyby wstali, mogliby podbić świat. Nie wstali, ale

19/09/09 - "Bardzo dobre" - M. Jezus

Kichnąłem kichnięciem, które w ciągu dwóch sekund wyraziło wszystko, co chciałem wykrzyczeć. Był w nim zawarty każdy mój problem, każda rzecz którą chciałbym zmienić, zostało w nim opowiedziane każde moje niepowodzenie. Gdyby ktokolwiek usłyszał sposób w jaki kichnąłem zapewne rozpłakałby się. Było to najsmutniejsze kichnięcie na świecie.

Podgrzewana podłoga

Zamykam się w łazience i siedzę przy wannie z moimi myślami, a wychodząc spuszczam wodę, udając, że ROBIŁEM COŚ KONSTRUKTYWNEGO.

Judeserwitol

I nie biorę już narkotyków - po nich moje serce oddaję się w moje ręce, z całą świadomością kiczowatości tej sceny na deskach naszego teatru.

poniedziałek

Szalonego surrealisty nowego świata początek

Eli, Eli lama sabachthani,

pisane ścianą na kredce, żeby zacząć odwrotnie, i już na początku pozbyć się pozorów - nie popełnić tego samego błędu.

Zacznie się od krzyku umierających roślin - od zapachu łamanych widelców.

Byłem tam, stałem na głowie śmiejąc się z Ciebie, z Tobą, krwią nieobecny, bo cała była w mojej głowie.

Szukałem sensu w trawie, znalazłem tylko Twoje zdjęcie, które rzuciłem tu przed tygodniem, trochę już napuchłe deszczem i wyblakłe słońcem, więc zobaczmy jak krople spadają do nieba, nasycając od nowa kolory.

I choćbym na rękach ciemną chodził doliną, zawsze będą trochę więcej Twoje i trochę mniej moje, bo tak miało być, i na początku stała się światłość, ale nie tym razem.

Znowu mam je w oczach - ciesząc się, że trafiła w moją głowę dawka tego hormonu o śmiesznej nazwie - bo ostatnio wszystko rozpatruję pod względem reakcji chemicznych.

Widelce znów pachną w ten sposób, sztućce płaczą przy mnie, a najgorsze są noże, bo wchodzą jak w masło, rozumiesz?

Objąłem 'to' drzewo, pierwsze z brzegu, bo nigdy nie miałem tego specjalnego, i czekałem aż spadną wszystkie liście, ale po piętnastu minutach wróciłem do domu, bo, pamiętasz, pożegnania zawsze są do dupy.

I tak bardzo chciałbym dotknąć Cię palcem i na Twoim brzuchu położyć dwa małe kamienie, które krążyłyby potem jak dwie planety wokół naszych głów splecionych w tym śmiesznym tańcu kubków smakowych - jak nowego świata początek.

sobota

Cmentarz (halloween)

Furtka była zamknięta, a ja szarpiąc się z nią zrobiłem tak dużo hałasu, że moja głowa instynktownie się podkurczyła, jakby uchylała się nadchodzącym strzałom. Obszedłem mur wkoło, znajdując miejsce bez krzaków, które pewnie wbiłyby mi się w tyłek. Zeskoczyłem w dół, omal nie stawiając nogi na grób jakiegoś dziecka. Usiadłem przy drzwiach, opierając się ramieniem o drewniany krzyż. To dobre miejsce. Odgłos otwieranej puszki nigdy nie wydał mi się tak głośny. Spojrzałem w górę, gwiazdy są nudne.
Wszystkie myśli, jak wrzątek, kipiały we mnie, jednak nie w zależności od temperatury, tylko od ciszy. Cisza była idealna. Cisza była grobowa. Czy wspomniałem już, że siedzę przy kościele? Z małym, dziecięcym cmentarzykiem?
Wziąłem pierwszy łyk, zastanawiając się, jak głupie jest to, co robię.
- Widok zniczy dziwnie wpływa na ludzi, huh? - Nie dziwi mnie już, że mówię coś do siebie nie zdając sobie z tego sprawy. W takich momentach pojawia się zupełnie irracjonalna chęć, żeby podnieść głowę do góry i zacząć z Nim rozmawiać.
- Nie lubisz mnie teraz, co nie? Nie dziwię Ci się, niezły ze mnie wrzód na dupie.
Wziąłem kolejny łyk i uśmiechnąłem się z "hm".
- Sądziłem, że jak tu przyjdę to coś wymyślę, wpadnie mi do głowy jakieś rozwiązanie, uznałem, że przyjście tutaj będzie już zupełnym dnem, a od dna zawsze można się odbić. Cóż, nie dzisiaj.

[tutaj pojawia się jakiś wątek metaforyczny, być może też rozmowa z samym Bogiem, pewnie pod postacią starca albo małej dziewczynki, pełne oświecenie bohatera i rozwiązanie, które było blisko, a mimo wszystko sam by go nie znalazł, bo wymowa jest taka, że jest tylko człowiekiem - jak to podczas rozmów z Bogiem]

[albo i nie]

Posiedziałem tak jeszcze chwilę, bez słowa i myśli.
- Za was.
Podniosłem puszkę, spojrzałem na groby i wziąłem ostatni łyk piwa.

czwartek

Decyzje

Jedyna poważna decyzja, jaką podjąłem w tym tygodniu, to ta, którą z trzech pozostałych mi paczek czipsów zjem najpierw.

poniedziałek

Wof

Nie mam już myśli, nie postrzegam, nie przeczuwam, nie analizuję, nie interpretuję, nie wyciągam wniosków z zachowań moich i innych.

Z momentem, gdy poczułem się jak pies, który, mimo, że ciągle bity, wraca do swojego właściciela z podkulonym ogonem, wyrzygałem się i wiedziałem, że mam dość. Uciekłem. Żywię się resztkami, które znajduję na śmietniku, i czasem gonię jakieś bezpańskie koty. Wyczuwam Cię od czasu do czasu, od razu chcę podejść, przytulić się, zamerdać ogonem i podać Ci łapę, ale im bliżej jestem, im zapach staje się intensywniejszy, tym bardziej się boję, klepną mi uszy, ogon sam się podkula, robi mi się duszno, a ja uciekam, marząc o tym, żeby ta ucieczka miała sens, żeby nie była ucieczką od wspomnień i uczuć - chciałbym, żeby gonił mnie hycel.

niedziela

Mięsizm

Jesteśmy tylko mięsem, bakteriami, których jedynym celem jest dalsze szerzenie się we wszechświat, dopóki starczy nam miejsca, dopóki nie wyżremy, nie zabijemy, nie zniszczymy wszystkiego, dopóki świat nie znajdzie na nas antidotum.

Uczucia wyższe nie istnieją - miłość, przyjaźń, zaufanie - słowa wymyślone w krótkich przebłyskach naszej prawdziwej świadomości, tak krótkich, że zdążyliśmy je tylko zapisać i zapamiętać, a teraz służą nam do usprawiedliwienia tego, co kieruje nami naprawdę.

Przetrwanie i pociąg fizyczny, przekazywanie najbardziej potrzebnych do przetrwania genów dalej, przed nic nieznaczącą śmiercią - podstawowe instynkty, którymi świat kieruje się od zawsze.

Nie możemy wyprzeć się naszego człowieczeństwa, czy raczej - zupełnego zezwierzęcenia.

Jesteśmy okresem przejściowym - nieudaną mutacją. Być może za moją świadomość odpowiada jeden malutki gen - genik, który natychmiast uległ regresowi, a mnie, nas, zostawił ze strzępkiem prawdziwości, na tyle kalekim i nieznaczącym, że nie potrafimy walczyć z instynktami, a na świecie liczy się tylko znalezienie kogoś, kogo fizyczne geny mają największą szansę na przetrwanie - kogoś, kto mógłby najszybciej biegać, najdalej rzucić kamieniem albo ma najlepiej przystosowaną do porodu macice. Nasza świadomość to ewolucyjna pomyłka, która zniknie za parę milionów lat, bo nie jest nam potrzebna do przetrwania.

I zniknie ten strzępek, który tak bardzo utrudnia mi życie, który powoduje, że tak bardzo się męczę, bo wiem, że Twój mózg uważa, że mam za duży nos i zbyt krzaczaste brwi, a Ty nie potrafisz zwalczyć tego instynktu, który mówi Ci podświadomie, że właśnie to jest najważniejsze.

sobota

Mendewesze

Witaj, Wegetacjo.

Nie spróbujesz.

"Bla bla bla".

Nie czuję się.

Pachnie w mieście pieczonymi ziemniakami.

Duszno mi w duszę.

Nigdy nie będzie takim samym - wagabundą.

I tylko tramwaj widział, jak płakałem.

Nigdy więcej nic więcej.

Popatrz na mnie i wyparujmy.

niedziela

poniedziałek

Niewieczór.

Obudziłem się pierwszy, było chyba koło dziesiątej, dokładnie nie wiem, wnoszę to po kubkach stojących uchem na prawo. Krótkie, oględne spojrzenie zamieniło się w dokładną analizę powierzchni, struktury i geometrii, z gronem fachowców wokół i specjalistycznym sprzętem. Uśmiechała się przez sen, zawsze w podobny, naiwny wręcz sposób, jak dziecko, które nie może się powstrzymać bo właśnie zrobiło coś głupiego. Włosy w zupełnym chaosie dzieliły Jej twarz na tylko oczy i tylko usta, ukrywając nos i pyzate policzki, dzieląc mój świat na lewą i prawą stronę. Podniosłem się niezgrabnie z łóżka, starając się Jej nie obudzić, ale "tylko się przeciągnęła", mamrocząc coś przez sen o astronautach. Zszedłem na dół, witając się po kolei z każdym kolejnym stopniem. Lustro w łazience było bezużyteczne, bo któregoś dnia zaczęło pokazywać wszystko od tyłu, więc myłem zęby licząc pieprzyki na plecach.

Wróciłem na górę, było chyba koło dziewiątej, dokładnie nie wiem, wnoszę to po pijanym zegarku wiszącym na ścianie (czasem cofał albo mu się cofało). Wsunąłem nogę w poszewkę, (spaliśmy w poszewce, żeby nie zjadły nas potwory), potem drugą, tułów i tak dalej. Leżałem tak dłuższy czas, trzynaście oddechów, kiedy zaczęła się przebudzać. Zamknąłem szybko oczy ale nie mogłem powstrzymać naiwnego uśmiechu. Miałem wrażenie, że na mnie patrzyła, nie mogę mieć pewności bo udawałem, że śpię, Podniosła się z łóżka, zgrabnie, i zeszła na dół, witając się ze stopniami (całowały jej stopy). Myła zęby, licząc pewnie pieprzyki na plecach. Wiem, chociaż jej tego nie mówiłem, że z tyłu ma ich jakieś trzydzieści, licząc nawet te małe, a z przodu jakieś dwadzieścia, sześć na samych piersiach, dwadzieścia jeden licząc TAMTEN.

Po siedemdziesięciu trzech oddechach wróciła na górę i wsunęła się w poszewkę. Trzy pijane okrążenia zegara później odgrywaliśmy nasz poranny teatr, sztukę tylko dla nas, powolne przebudzanie się, dzień dobry, i scenę finałową, czyli pocałunek po spaniu, jak w tym filmie z tamtym aktorem i tą taką.

Nigdy nie rozmawialiśmy o kulisach.

sobota

85mm

Nie pamiętał kiedy zaczął gnić. Któregoś dnia po prostu odpadła mu ręka. Nie szukał przyczyny - znał ją doskonale.

Czekał na to.

Choroby, zakażenia, infekcje, to nie był ten rodzaj gnicia.

Gnił przez siebie, gnił, bo chciał zgnić. Samobójstwo, najdłuższe, najgorsze z możliwych, powolne rozpadanie się, utrata siebie kawałek po kawałku.

I gdy leżał na podłodze, patrząc na luźno leżący rękaw, postanowił, że pomoże sam sobie, że czekanie nie będzie wystarczającą karą.

Zaczął od stopy, mocno pociągnął, nie sądził, że pójdzie aż tak łatwo.

Rzucił ją w okolice okna, żałując trochę, że właściwie nie boli, że nie czuję tego tak, jak pragnął.

Złapał się za kolano i szarpnął.

Tym razem ból był przeszywający, zwinął się jak kociątko pragnące ogrzać samo siebie i posapał przez kilka minut.

Nie ma odwrotu.

Wcisnął palce pod żebra i pociągnął.

Czy słyszałeś kiedyś dźwięk rwanej kamizelki?

Nie miał już siły, ale był szczęśliwy.

Doczołgał się do kąta i powoli zamknął oczy, a jego świadomość znikała na zawsze w tempie rozpadania się jego mózgu.

piątek

Pojebało.

Szedł wolno, miarownie ocierając butem o but. Chodził tak zawsze, tak, że z napisów na wewnętrznej stronie butów zostało tylko ORT i SPO. Patrząc na oba na raz można domyślić się, jak brzmiało całe słowo. Powiedzmy, że padał deszcz, wręcz lało, a on biegł. Była też noc, było ciemno, był wieczór. Lampy oświetlały go pomarańczowym światłem a krople deszczu, widoczne tylko wtedy gdy przelatywały w jej pobliżu chłostały go po twarzy, trzymając jego umysł w trzeźwości. Grzmiało? Niee. Trzeźwość też jest raczej umowna bo wracał właśnie do domu, był pijany, wypił parę piw siedząc na boisku piłkarskim. Jednym słowem zrobił to, co powinien zrobić każdy mężczyzna, gdy dowie się, że jest niechciany. W deszcz przynajmniej nie latają komary - pomyślał i natychmiast wrócił do myślenia o wielu sprawach.
I jak już myślał, to naprawdę o wielu sprawach. Właściwie to wiadomo, że myślał o jednej, po prostu udawał, że myśli o czymś innym, żeby się czymś zająć. Bo tak naprawdę myślał
- CZY TE BUTY NIE SĄ ZA CIASNE?
I jednak zagrzmiało, właśnie wtedy.

czwartek

Moya

0:10
- Nuudzi mnie zawsze ten początek ale jest zbyt zajebisty, żeby go przewinąć.
0:20
- O czym to w ogóle?
- O czym tylko chcesz.
0:25
- Burczy mi tak czasem w brzuchu.
0:45
- Chyba mam dreszcze.
2:00
(kompletna cisza)
2:37
- Za mocno mi się już z Tobą kojarzy.
- No i dobrze.
3:42
- Gitara!
4:05
- Wyobrażasz to sobie na żywo?
4:50
- Zaraz walnie!
- Jeeeszczee.
4:58
- Już!
5:06
(zaczyna udawać perkusistę, waląc rękami o kolana)
- Głupiś?
5:44
- Chciałabym to włączyć, zakryć się poduszkami i tak leżeć żeby nikt mnie nie znalazł.
6:33
- Mam za dużo skojarzeń teraz, żeby powiedzieć o czym jest.
6:51
- Chciałbym to słyszeć jakbym umarł.
7:46
- Pierdolnięcie!
7:55
(słychać jakby mruczenie)
8:09
- Bolą mnie już ręcę.
- To przestań stukać, debilu.
8:27
- Ojaaaa!
- Ojaaaa!
9:11
- Nie lubię jak tu cichnie, zawsze się boję, że już się kończy.
9:18
- Ale nie!
9:41
- Jak jej słucham sam nie jest taka fajna.
10:11
- Gdzieś w tym momencie mogłabym zasypiać.
10:51 -Juuuż koniec?
- Jeszcze raz?

poniedziałek

piątek

Ja, pięćdziesięciolatek i wiatr.

Miejsce było niezwykłe, przynajmniej dla niego. Zewsząd trawa - najmocniej składająca się z trawy trawa świata, definicja idealnej rośliny. Otoczony drzewami (zawsze chciał znać ich gatunki aby lepiej o nich pisać), których liście przy silnym wietrze wyglądały jak łuski drewnianej ryby świecącej w wodzie każdym odcieniem zieleni. Całe to miejsce było zapadnięte w ziemi, jakby chciało schować się przed oczami ludzi albo przeciwnie, czekało na odnalezienie.
Jego myśli były grubym pięćdziesięciolatkiem przełączającym kanały na satelicie, który nie może zdecydować się co oglądać. Programy były różne, żaden jednak nie mógł przykuć jego uwagi na dłużej.
Telenowela o nastolatku, który nigdy nie czuł się tak zagubiony, film fabularny produkcji radzieckiej traktujący o bombach atomowych, sitcom, przy którym czasem nawet się uśmiechnął, program teologiczny "Ja i mój Pan" (a może to był program o psach, nie był pewny), oraz pornos.
Potrząsnął głową wyrzucając myśl o telewizorze z głowy, a kulkę która wypadła mu z ucha podniósł i rzucił na stok kulek - myśli bezużytecznych.
Zdrętwiał, jednak ostatnie co teraz chciał to wstać. Wracanie w kierunku domu kojarzy mu się z samotnością, taką, której teraz by nie wytrzymał.
Nie miał już o czym myśleć. Wstał i ruszył powoli, żeby spędzić tutaj chociaż trochę więcej czasu.
A wiatr był z nim.

sobota

Dla powodzian.

- Nie chcę mi się iść jutro do szkoły.
- Możesz udawać jakąś chorobę.
- Jaką?
- Odrę.

Jest dość SUCHO, jestem jakby WOREK Z PIASKIEM, bo wena ze mnie SPŁYNĘŁA. Brakuje mi uczucia, że robi mi się MOKRO od napisania czegoś. Właściwie to ZASCHŁO mi w mózgu, czekam na metaforyczny orzeźwiający DESZCZYK, aż ZALEJE mnie MORZE pomysłów, aż PĘKNĄ WAŁY TAMUJĄCE moją wyobraźnie.

Albo UTOPIĘ się w RZECE.

Jestem niedorzeczny.


I to tyle bo moja twórczość umarła, a ja nie mogę się na niczym skupić. Powrót w wakacje.

wtorek

18

Puzzle się zgubiły, misie wypłowiały. pół armii nie żyje, resoraki nie mają już kół.
Nie ma się gdzie schować, baba-jaga nie patrzy, nie zmieszczę się już pod stół.

W drodze z A do B jestem na Ą.

Moją listę rzeczy, które muszę zrobić w ciągu roku spalę zakopię porwę i przeżuję.

Kostka brukowa JEST jedną z wielu.

Mam 18 lat, blogi to błahostki.

Pieniądze są lepsze od życzeń.

A sobie życzę więcej dedykacji na przedmiotach niededykowanych (mi).

Mogę się przyzwyczaić do noszenia dowodu?

Dlaczego pożegnania zawsze są do dupy?