poniedziałek
O zdradzie.
Jak się czujesz, zdradzając przyjaciół? Odczuwasz radość? Dreszczyk emocji? Podniecenie? Ten słodki smak władzy, możliwości wpłynięcia na czyjś los, możliwości zniszczenia osoby paroma słowami. Świadomość, że ktoś zaufał Ci na tyle, by powierzyć sekrety, nad którymi panujesz. Robisz z nimi co zechcesz. To nie jest przestroga, to nie jest upomnienie, to nie jest kazanie. To wyraz zazdrości. Zazdrości, że mimo to, potrafisz żyć. Potrafisz się uśmiechać. Potrafisz jeść, pić, spać, funkcjonować - tak, jakby nic się nie stało. Udajesz, że nic się nie stało. A może nie udajesz?
O przypadkach.
- Wierzysz w przypadki?
- Jedyne przypadki, w które wierzę to te, przez które się odmienia. Kiedyś przypadkowo coś wybuchło, przypadkowo rodząc wszechświat, na którym przypadkowo zaczęło rozwijać się życie, które całkiem przypadkowo zaczęło ewoluować w ludzi, którym całkiem przypadkowo wytworzył się mózg zdolny do abstrakcyjnego myślenia. Wszelkie odkrycia były przypadkami. Ktoś by się nie urodził i wciąż żylibyśmy w jaskini. Ktoś by się urodził i już teraz zwiedzalibyśmy marsa. I przede wszystkim - nasze życie - przypadek, zbieg okoliczności, szansa jedna na sto milionów. Ułamek sekundy w wyścigu plemników i nie byłoby Cię tutaj. Na pewno? Twoje życie nie jest jedynie zbiorem przypadków. Jest sumą świadomych wyborów. Twoich wyborów.
- Jedyne przypadki, w które wierzę to te, przez które się odmienia. Kiedyś przypadkowo coś wybuchło, przypadkowo rodząc wszechświat, na którym przypadkowo zaczęło rozwijać się życie, które całkiem przypadkowo zaczęło ewoluować w ludzi, którym całkiem przypadkowo wytworzył się mózg zdolny do abstrakcyjnego myślenia. Wszelkie odkrycia były przypadkami. Ktoś by się nie urodził i wciąż żylibyśmy w jaskini. Ktoś by się urodził i już teraz zwiedzalibyśmy marsa. I przede wszystkim - nasze życie - przypadek, zbieg okoliczności, szansa jedna na sto milionów. Ułamek sekundy w wyścigu plemników i nie byłoby Cię tutaj. Na pewno? Twoje życie nie jest jedynie zbiorem przypadków. Jest sumą świadomych wyborów. Twoich wyborów.
sobota
"Tytuł zdradza za dużo" Cztery.
Nie mogłem zasnąć. Cały czas miałem wrażenie, że wychodząc stamtąd popełniłem cholernie duży błąd. Postanowiłem, że jutro tam wrócę. Wcale nie przez nią. Wcale.
Śniły mi się drzewa. Nie mam pojęcia dlaczego śniły mi się drzewa.
Spędziłem na tym dachu kilka godzin, jednak wcale nie miałem zamiaru wrócić do domu. Przebywanie tam było zaskakująco przyjemne, pomimo faktu, że wczoraj chciałem tu umrzeć.
-Przestępcy zawsze wracają na miejsce zbrodni.
Poznałem ten głos. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. A raczej coś, co było by uśmiechem, gdyby nie to, że nieużywane mięśnie zanikają i to co miało nim być, stało się dziwnym grymasem, który zniknął zanim zdążyłem się odwrócić.
- Co ty tu robisz?
Zawsze ale to zawsze, gdy jestem w pobliżu osoby, która nie jest mi obojętna, mówię rzeczy głupie, odległe od tego co naprawdę chcę powiedzieć i uczucie, że powiedziałem coś nie tak, towarzyszy mi przez całą rozmowę.
- Och, codziennie przychodzę tu sprawdzać, czy jakiś idiota nie przyszedł się zabić.
- Heh.
Jest ze mną coraz gorzej. Nie umiem mówić.
- Au! To naprawdę zabolało, trafiłeś mnie w mój czuły punkt! Z tobą naprawdę jest coraz gorzej. Masz ochotę się przejść?
- Do KFC?
- Nie, w Macu jest promocja na szejki.
Szliśmy w ciszy. Miałem ochotę zapytać o wszystko, wiedzieć o każdej rzeczy związanej z jej życiem, z nią samą i z jej sposobem bycia, nie wiedziałem jak zacząć, uznałem ze to będzie głupie i uzna mnie za dziwaka.
Nie wiem jak zachować się w tej sytuacji. Zdałem sobie sprawę, że jestem niedorozwinięty jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie. Umysłowy impotent. Brzydkie, samotne zwierzątko. Pierwszy raz w życiu naprawdę źle się z tym czułem.
Śniły mi się drzewa. Nie mam pojęcia dlaczego śniły mi się drzewa.
Spędziłem na tym dachu kilka godzin, jednak wcale nie miałem zamiaru wrócić do domu. Przebywanie tam było zaskakująco przyjemne, pomimo faktu, że wczoraj chciałem tu umrzeć.
-Przestępcy zawsze wracają na miejsce zbrodni.
Poznałem ten głos. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. A raczej coś, co było by uśmiechem, gdyby nie to, że nieużywane mięśnie zanikają i to co miało nim być, stało się dziwnym grymasem, który zniknął zanim zdążyłem się odwrócić.
- Co ty tu robisz?
Zawsze ale to zawsze, gdy jestem w pobliżu osoby, która nie jest mi obojętna, mówię rzeczy głupie, odległe od tego co naprawdę chcę powiedzieć i uczucie, że powiedziałem coś nie tak, towarzyszy mi przez całą rozmowę.
- Och, codziennie przychodzę tu sprawdzać, czy jakiś idiota nie przyszedł się zabić.
- Heh.
Jest ze mną coraz gorzej. Nie umiem mówić.
- Au! To naprawdę zabolało, trafiłeś mnie w mój czuły punkt! Z tobą naprawdę jest coraz gorzej. Masz ochotę się przejść?
- Do KFC?
- Nie, w Macu jest promocja na szejki.
Szliśmy w ciszy. Miałem ochotę zapytać o wszystko, wiedzieć o każdej rzeczy związanej z jej życiem, z nią samą i z jej sposobem bycia, nie wiedziałem jak zacząć, uznałem ze to będzie głupie i uzna mnie za dziwaka.
Nie wiem jak zachować się w tej sytuacji. Zdałem sobie sprawę, że jestem niedorozwinięty jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie. Umysłowy impotent. Brzydkie, samotne zwierzątko. Pierwszy raz w życiu naprawdę źle się z tym czułem.
O kontaktach z ludźmi.
- Odkryłem, że bycie miłym dla ludzi ma swoje dobre strony!
- Serio?
- Serio, jak będziesz dla nich miły i zaufają Ci, to po zranieniu ich cierpią jeszcze bardziej!
- Serio?
- Serio, jak będziesz dla nich miły i zaufają Ci, to po zranieniu ich cierpią jeszcze bardziej!
poniedziałek
"Tytuł zdradza za dużo" Trzy.
Nie umiem opisać tego miejsca. KFC. Po prostu. Stoły, krzesła. My. Ona jedząca skrzydełko. Dlaczego KFC? Nie wiem.
- A ty nic nie chcesz?
- Nie wziąłem kasy. Zazwyczaj za samobójstwo się nie płaci, uznałem że mi się nie przyda.
- Fakt.
Łapczywość z jaką jadła skrzydełko kurczaka z niewiadomych przyczyń mnie fascynowała.
- Więc, co my tu robimy?
- Ja jem. Ty patrzysz na mnie jak kretyn.
Odwróciłem wzrok. Poza nią jedynym miejscem, w którym się coś działo było to, co działo za szybą. Z morza przechodniów wypłynęła przeraźliwie gruba, nastoletnia dziewczyna poruszająca się z gracją, bez gracji. W koszulce "Born to be star". Właściwie napis się zgadza, pod warunkiem że mówimy tu o gwieździe astronomicznej. Różnice w rozmiarach są minimalne.
W głowie momentalnie pojawił mi się obraz astronoma-amatora obserwującego niebo, który z dumą odkrywa nową "gwiazdę", która, nie wiadomo dlaczego, przypomina z wyglądu człowieka. Z dumą dzwoni do instytutu badawczego i informuje ich o swoim odkryciu. Nazwałby ją
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Co? Przecież jesz.
Nazwałby ją
- Jedzenie nie przeszkadza mi w mówieniu.
- Ale mi przeszkadza. Mlaskasz.
Nazwałby ją
- Wcale nie.
-Och, posłuchaj się chociaż przez chwilę. Jesz te skrzydełka tak, jakbyś pierwszy raz miała w ustach coś innego niż mleko matki.
Pierdolę jakby ją nazwał.
- Dowiem się w końcu, o co chodzi?
- Mówiłam ci już.
- Powiedzmy, że mi to nie wystarcza. Powiedziałaś "Pokażę ci coś", co?
- Nic. Nie poszedłbyś, gdybym tak nie powiedziała.
- Owszem. Ściągnęłaś mnie z dachu. Obywatelski obowiązek spełniony. Możesz być z siebie dumna. Szkoda, że nie było świadków, nie napiszą o tobie w gazecie. Możemy się rozejść?
- Ok. Cześć.
Nie patrząc w moją stronę wróciła do swoich skrzydełek. Strasznie mlaskała.
Wyszedłem zdenerwowany na samego siebie.
- A ty nic nie chcesz?
- Nie wziąłem kasy. Zazwyczaj za samobójstwo się nie płaci, uznałem że mi się nie przyda.
- Fakt.
Łapczywość z jaką jadła skrzydełko kurczaka z niewiadomych przyczyń mnie fascynowała.
- Więc, co my tu robimy?
- Ja jem. Ty patrzysz na mnie jak kretyn.
Odwróciłem wzrok. Poza nią jedynym miejscem, w którym się coś działo było to, co działo za szybą. Z morza przechodniów wypłynęła przeraźliwie gruba, nastoletnia dziewczyna poruszająca się z gracją, bez gracji. W koszulce "Born to be star". Właściwie napis się zgadza, pod warunkiem że mówimy tu o gwieździe astronomicznej. Różnice w rozmiarach są minimalne.
W głowie momentalnie pojawił mi się obraz astronoma-amatora obserwującego niebo, który z dumą odkrywa nową "gwiazdę", która, nie wiadomo dlaczego, przypomina z wyglądu człowieka. Z dumą dzwoni do instytutu badawczego i informuje ich o swoim odkryciu. Nazwałby ją
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Co? Przecież jesz.
Nazwałby ją
- Jedzenie nie przeszkadza mi w mówieniu.
- Ale mi przeszkadza. Mlaskasz.
Nazwałby ją
- Wcale nie.
-Och, posłuchaj się chociaż przez chwilę. Jesz te skrzydełka tak, jakbyś pierwszy raz miała w ustach coś innego niż mleko matki.
Pierdolę jakby ją nazwał.
- Dowiem się w końcu, o co chodzi?
- Mówiłam ci już.
- Powiedzmy, że mi to nie wystarcza. Powiedziałaś "Pokażę ci coś", co?
- Nic. Nie poszedłbyś, gdybym tak nie powiedziała.
- Owszem. Ściągnęłaś mnie z dachu. Obywatelski obowiązek spełniony. Możesz być z siebie dumna. Szkoda, że nie było świadków, nie napiszą o tobie w gazecie. Możemy się rozejść?
- Ok. Cześć.
Nie patrząc w moją stronę wróciła do swoich skrzydełek. Strasznie mlaskała.
Wyszedłem zdenerwowany na samego siebie.
piątek
O pogrzebie.
- Jak brzmiały by słowa które chciałbyś, żeby zostały przeczytane na twoim pogrzebie?
- Nie wiem, pewnie podziękował bym rodzinie i znajomym za to, że tyle ze mną wytrzymali, dodał parę słów o tym, że śmierć to dopiero początek i żeby żyli dalej nie przejmując się zbytnio. A twoje?
- Wiem, że przyszliście tutaj tylko po to, żeby się nażreć. Rozumiem to. Tak naprawdę większość z was mnie nie zna. Jeśli mnie zna, pewnie mnie nie lubi. Rozumiem to. Dlatego mam wam do przekazania tylko cztery słowa: wypierdalać, stypy nie będzie.
- Nie wiem, pewnie podziękował bym rodzinie i znajomym za to, że tyle ze mną wytrzymali, dodał parę słów o tym, że śmierć to dopiero początek i żeby żyli dalej nie przejmując się zbytnio. A twoje?
- Wiem, że przyszliście tutaj tylko po to, żeby się nażreć. Rozumiem to. Tak naprawdę większość z was mnie nie zna. Jeśli mnie zna, pewnie mnie nie lubi. Rozumiem to. Dlatego mam wam do przekazania tylko cztery słowa: wypierdalać, stypy nie będzie.
O Poście Wielkim.
Post jest dla ludzi biednych, nie mających pieniędzy na jedzenie.
Post jest dla ludzi słabych, którzy potrzebują Boga, żeby powstrzymać się przed jedzeniem.
Post jest dla ludzi głupich, którzy dla religii ograniczają podstawowe życiowe potrzeby.
Post jest dla ludzi naiwnych, którzy wierzą, że jednodniowe powstrzymanie się od wpierdalania kiełbasy odkupi ich grzechy.
Post jest dla ludzi wierzących.
Post jest dla ludzi słabych, którzy potrzebują Boga, żeby powstrzymać się przed jedzeniem.
Post jest dla ludzi głupich, którzy dla religii ograniczają podstawowe życiowe potrzeby.
Post jest dla ludzi naiwnych, którzy wierzą, że jednodniowe powstrzymanie się od wpierdalania kiełbasy odkupi ich grzechy.
Post jest dla ludzi wierzących.
środa
O świętach.
- Wiesz czego najbardziej nie lubię w świętach?
- Ty? Radości?
- Nie. Prezentów.
- Dlaczego? Każdy kocha prezenty.
- Prezenty świąteczne to małe lub większe przedmioty, których zadaniem jest pranie mózgów.
- O czym ty mówisz?
- Wiesz kto wymyślił prezenty na święta?
- Korporacje?
- Skąd. Kościół. Od małego dają Ci prezenty w święta kościelne, dlaczego? Żebyś od dziecka kojarzył je z czymś dobrym, żebyś zawsze ich oczekiwał, PAMIĘTAŁ o nich, żebyś zawsze święcił koszyczek we Wielkanoc, żebyś śpiewał kolędy w Boże narodzenie, po to, by tradycję utrzymywały twoje dzieci i choćby pozornie żyły w duchu chrześcijańskim. Gdyby nie to, każdy miałby te święta w dupie, a kościół straciłby lwią część wiernych, a przy okazji przychodów. Czy ktokolwiek przejmuje się wniebowstąpieniem Marii? Czy jakikolwiek nieortodoksyjny chrześcijanin w ogóle wie, kiedy to jest? Nie sądzę. Zacznijmy dawać z tej okazji więcej prezentów niż na gwiazdkę, za 10 lat będzie to najważniejsze święto kościelne w kalendarzu, gwarantuję Ci to.
- Ty? Radości?
- Nie. Prezentów.
- Dlaczego? Każdy kocha prezenty.
- Prezenty świąteczne to małe lub większe przedmioty, których zadaniem jest pranie mózgów.
- O czym ty mówisz?
- Wiesz kto wymyślił prezenty na święta?
- Korporacje?
- Skąd. Kościół. Od małego dają Ci prezenty w święta kościelne, dlaczego? Żebyś od dziecka kojarzył je z czymś dobrym, żebyś zawsze ich oczekiwał, PAMIĘTAŁ o nich, żebyś zawsze święcił koszyczek we Wielkanoc, żebyś śpiewał kolędy w Boże narodzenie, po to, by tradycję utrzymywały twoje dzieci i choćby pozornie żyły w duchu chrześcijańskim. Gdyby nie to, każdy miałby te święta w dupie, a kościół straciłby lwią część wiernych, a przy okazji przychodów. Czy ktokolwiek przejmuje się wniebowstąpieniem Marii? Czy jakikolwiek nieortodoksyjny chrześcijanin w ogóle wie, kiedy to jest? Nie sądzę. Zacznijmy dawać z tej okazji więcej prezentów niż na gwiazdkę, za 10 lat będzie to najważniejsze święto kościelne w kalendarzu, gwarantuję Ci to.
sobota
"Tytuł zdradza za dużo" Dwa.
Stała przede mną dziewczyna. Na oko 17 lat. Miała skrzyżowane ręce, jakby z nudów. Nie zwróciłem uwagi na żaden szczegół z nią związany. Wyglądała po prostu normalnie.
- Słucham?
Słucham to najmądrzejsze słowo jakie przyszło mi do głowy.
- No wiesz, skok z dachu, sprytne. Jakim cudem nikt wcześniej na to nie wpadł?
- Słabo ironizujesz.
- Słabo popełniasz samobójstwo.
- Skąd wiesz, że chcę się zabić? Przyszedłem popatrzyć.
- Z rozłożonymi rękoma? Więcej widać?
- To gadanie ma mnie powstrzymać?
- Skąd. Skacz.
Zatkało mnie. Podświadomie chciałem, żeby ktoś był na tym dachu. Żeby powiedział mi "Nie skacz!"
- Skacz.
Spodziewałem się że ktoś powie mi, że byłem wyjątkowy.
- Nie byłeś nikim wyjątkowym. Jeśli zabijesz się teraz twoja śmierć będzie jedną z wielu. Skacz.
Spodziewałem się że ktoś powie mi, że moje życie jest zbyt cenne, żeby się zabić.
- Twoje życie jest gówno warte. Skacz.
Spodziewałem się, że ktoś za wszelką cenę będzie chciał mnie powstrzymać.
- Skaczesz czy nie?
Nie. Nie teraz. W tym momencie przestała to być moja decyzja. Ta dziewczyna właśnie odebrała mi jedyną rzecz, nad jaką mogłem przejąć kontrolę. Znałem ją od paru minut a już szczerze jej nienawidziłem. Odsunąłem się od krawędzi.
- Zmieniłeś zdanie?
Szedłem bez słowa w kierunku drzwi. Minąłem ją.
- Więc tak po prostu odejdziesz, mimo że uratowałam Ci życie?
Zdałem sobie sprawę, że to prawda. Każde inne gadanie, każda inna reakcja zakończyła by się tym, że skoczyłbym. Znienawidziłem ją jeszcze bardziej.
- Nie jesteś pępkiem świata. Świat ma Cię w dupie. Albo się z tym pogodzisz i będziesz żył dalej albo myślenie o tym przytłoczy cię tak bardzo, że znów będziesz chciał się zabić. A ja następnym razem siądę tu z popcornem i popatrzę.
Nie wytrzymałem.
- Więc co? Mam dziękować Tobie i Bogu za drugą szansę, wrócić do domu i zacząć cieszyć się życiem? Zacznę chodzić do kościoła, traktować kolejny dzień jak dar dany mi przez Stwórcę, zachwycać się nad cudem życia?
- A może po prostu olej to? Olej to wszystko. Chodź, pokażę Ci coś.
- Masz zamiar zabrać mnie do parku i pokazać jakąś szczęśliwą rodzinkę? A może do przytułku dla bezdomnych gdzie wolontariusze totalnie bezinteresownie wydają bezdomnym jedzenie? Tak, to z pewnością pomoże.
- Zamknij się.
Poszliśmy do KFC.
- Słucham?
Słucham to najmądrzejsze słowo jakie przyszło mi do głowy.
- No wiesz, skok z dachu, sprytne. Jakim cudem nikt wcześniej na to nie wpadł?
- Słabo ironizujesz.
- Słabo popełniasz samobójstwo.
- Skąd wiesz, że chcę się zabić? Przyszedłem popatrzyć.
- Z rozłożonymi rękoma? Więcej widać?
- To gadanie ma mnie powstrzymać?
- Skąd. Skacz.
Zatkało mnie. Podświadomie chciałem, żeby ktoś był na tym dachu. Żeby powiedział mi "Nie skacz!"
- Skacz.
Spodziewałem się że ktoś powie mi, że byłem wyjątkowy.
- Nie byłeś nikim wyjątkowym. Jeśli zabijesz się teraz twoja śmierć będzie jedną z wielu. Skacz.
Spodziewałem się że ktoś powie mi, że moje życie jest zbyt cenne, żeby się zabić.
- Twoje życie jest gówno warte. Skacz.
Spodziewałem się, że ktoś za wszelką cenę będzie chciał mnie powstrzymać.
- Skaczesz czy nie?
Nie. Nie teraz. W tym momencie przestała to być moja decyzja. Ta dziewczyna właśnie odebrała mi jedyną rzecz, nad jaką mogłem przejąć kontrolę. Znałem ją od paru minut a już szczerze jej nienawidziłem. Odsunąłem się od krawędzi.
- Zmieniłeś zdanie?
Szedłem bez słowa w kierunku drzwi. Minąłem ją.
- Więc tak po prostu odejdziesz, mimo że uratowałam Ci życie?
Zdałem sobie sprawę, że to prawda. Każde inne gadanie, każda inna reakcja zakończyła by się tym, że skoczyłbym. Znienawidziłem ją jeszcze bardziej.
- Nie jesteś pępkiem świata. Świat ma Cię w dupie. Albo się z tym pogodzisz i będziesz żył dalej albo myślenie o tym przytłoczy cię tak bardzo, że znów będziesz chciał się zabić. A ja następnym razem siądę tu z popcornem i popatrzę.
Nie wytrzymałem.
- Więc co? Mam dziękować Tobie i Bogu za drugą szansę, wrócić do domu i zacząć cieszyć się życiem? Zacznę chodzić do kościoła, traktować kolejny dzień jak dar dany mi przez Stwórcę, zachwycać się nad cudem życia?
- A może po prostu olej to? Olej to wszystko. Chodź, pokażę Ci coś.
- Masz zamiar zabrać mnie do parku i pokazać jakąś szczęśliwą rodzinkę? A może do przytułku dla bezdomnych gdzie wolontariusze totalnie bezinteresownie wydają bezdomnym jedzenie? Tak, to z pewnością pomoże.
- Zamknij się.
Poszliśmy do KFC.
"Tytuł zdradza za dużo" Jeden.
Budzik nie przestaje dzwonić. Staram się o tym nie myśleć, zakrywam głowę poduszką, pragnę żeby zadziałała jak ściana dźwiękoszczelna.
Nie zadziałała. Budzik dzwoni coraz głośniej, wydaję się, jakby krzyczał "Wstawaj, wstawaj, przeżyj kolejny identyczny dzień, pójdź do szkoły, wróć z powrotem, połóż się spać, do zobaczenia za 24 godziny."
Ciuchy.
Twarz.
Zęby.
Trzask zamykanych drzwi.
Ta sama droga.
Zawsze myślę sobie, że dobrze byłoby dzisiaj pójść inaczej, przez 5 minut widzieć inne drzewa, inne domy, dać się obszczekać innym psom myślącym, że jeśli nie zedrą na mnie gardła, to podejdę i obsikam każdy skrawek ich terytorium. Nim kończę rozważania o zmianie trasy jestem już na przystanku. Przystanek. Ci sami ludzie, zmierzający do pracy lub szkoły. Nie cierpię na nich patrzeć, myślę jak żałosne, puste i bezsensowne jest ich życie, doskonale wiedząc, że moje jest identyczne.
Autobus. Zawsze to samo siedzenie. Zawsze ta sama trasa. Wysiadka. Droga do szkoły, zawsze ta sama trasa.
2+2=4.
Chrzest Polski - 966r.
H2 + 02 = 2H20.
To samo od kilkunastu lat, co rok trudniej. Czytasz prosty wiersz w gimnazjum, żeby potem dowiedzieć się, że tak naprawdę chodzi w nim o coś kompletnie innego. W podstawówce uczysz się rzeczy, które okazują się zaledwie nic nie znaczącym wstępem do tego, co czeka Cię potem.
Przerwa.
Lekcja.
Przerwa.
Lekcja.
Rozmowa.
Przerwa.
Jestem robotem wśród milionów robotów. Zaprogramowany by robić to codziennie to samo, ze sztuczną świadomością, że mogę coś zmienić w moim życiu. Świadomością zakodowaną we mnie tak mocno, że nie potrafię się temu przeciwstawić.
Powrót to domu. Ta sama trasa.
Jestem zbyt zmęczony, żeby myśleć o tym, żeby coś zmienić.
Sen, codziennie ten sam. Jestem zamknięty w klatce z wielkim kołowrotkiem. Patrzę na niego przez jakiś czas. Nie mogę się powstrzymać, wchodzę. Zaczynam biec. Z każdym krokiem coraz szybciej. Po chwili zaczynam być zmęczony, chcę się zatrzymać, nie potrafię. Budzę się w momencie gdy nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Zawsze ten sam sen.
Budzik.
Ciuchy.
Twarz.
Zęby.
Drzwi.
Autobus.
Szkoła.
Mam dość. Każdy neuron mówi mi, że nie chce już czuć, każdy organ nie chce już dłużej pracować, każda szara komórka nie chce dłużej myśleć, pamiętać, istnieć.
Umrzeć, umrzeć szybko, bezboleśnie. Podobno człowiek po powieszeniu dusi się przez 10 minut. Nie mam pistoletu. Nie chcę utonąć. Prawdopodobieństwo przeżycia wypadku samochodowego jest zbyt duże. Wychodzę ze szkoły, wchodzę do pierwszego lepszego bloku. Kilka pięter, kilkaset schodów. Dach. Staję na krawędzi, chodnik kilkadziesiąt metrów pode mną nastraja mnie optymistycznie. Chcę zrobić krok, jedyny krok w moim życiu o którym to ja zadecydowałem.
Co powinienem zrobić przed śmiercią? Pomyśleć o tym, co osiągnąłem w życiu? Nic, skoro chcę się zabić. Żałować ze grzechy? Nie żałuję. Tak na wszelki wypadek wmówić sobie, że Bóg istnieje?
Coś trafia mnie w głowę. Odwracam się, pod moimi nogami leży wypalony do połowy papieros.
- Nie uważasz, że rzucenie się z dachu to mało oryginalny sposób na śmierć?
Nie zadziałała. Budzik dzwoni coraz głośniej, wydaję się, jakby krzyczał "Wstawaj, wstawaj, przeżyj kolejny identyczny dzień, pójdź do szkoły, wróć z powrotem, połóż się spać, do zobaczenia za 24 godziny."
Ciuchy.
Twarz.
Zęby.
Trzask zamykanych drzwi.
Ta sama droga.
Zawsze myślę sobie, że dobrze byłoby dzisiaj pójść inaczej, przez 5 minut widzieć inne drzewa, inne domy, dać się obszczekać innym psom myślącym, że jeśli nie zedrą na mnie gardła, to podejdę i obsikam każdy skrawek ich terytorium. Nim kończę rozważania o zmianie trasy jestem już na przystanku. Przystanek. Ci sami ludzie, zmierzający do pracy lub szkoły. Nie cierpię na nich patrzeć, myślę jak żałosne, puste i bezsensowne jest ich życie, doskonale wiedząc, że moje jest identyczne.
Autobus. Zawsze to samo siedzenie. Zawsze ta sama trasa. Wysiadka. Droga do szkoły, zawsze ta sama trasa.
2+2=4.
Chrzest Polski - 966r.
H2 + 02 = 2H20.
To samo od kilkunastu lat, co rok trudniej. Czytasz prosty wiersz w gimnazjum, żeby potem dowiedzieć się, że tak naprawdę chodzi w nim o coś kompletnie innego. W podstawówce uczysz się rzeczy, które okazują się zaledwie nic nie znaczącym wstępem do tego, co czeka Cię potem.
Przerwa.
Lekcja.
Przerwa.
Lekcja.
Rozmowa.
Przerwa.
Jestem robotem wśród milionów robotów. Zaprogramowany by robić to codziennie to samo, ze sztuczną świadomością, że mogę coś zmienić w moim życiu. Świadomością zakodowaną we mnie tak mocno, że nie potrafię się temu przeciwstawić.
Powrót to domu. Ta sama trasa.
Jestem zbyt zmęczony, żeby myśleć o tym, żeby coś zmienić.
Sen, codziennie ten sam. Jestem zamknięty w klatce z wielkim kołowrotkiem. Patrzę na niego przez jakiś czas. Nie mogę się powstrzymać, wchodzę. Zaczynam biec. Z każdym krokiem coraz szybciej. Po chwili zaczynam być zmęczony, chcę się zatrzymać, nie potrafię. Budzę się w momencie gdy nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Zawsze ten sam sen.
Budzik.
Ciuchy.
Twarz.
Zęby.
Drzwi.
Autobus.
Szkoła.
Mam dość. Każdy neuron mówi mi, że nie chce już czuć, każdy organ nie chce już dłużej pracować, każda szara komórka nie chce dłużej myśleć, pamiętać, istnieć.
Umrzeć, umrzeć szybko, bezboleśnie. Podobno człowiek po powieszeniu dusi się przez 10 minut. Nie mam pistoletu. Nie chcę utonąć. Prawdopodobieństwo przeżycia wypadku samochodowego jest zbyt duże. Wychodzę ze szkoły, wchodzę do pierwszego lepszego bloku. Kilka pięter, kilkaset schodów. Dach. Staję na krawędzi, chodnik kilkadziesiąt metrów pode mną nastraja mnie optymistycznie. Chcę zrobić krok, jedyny krok w moim życiu o którym to ja zadecydowałem.
Co powinienem zrobić przed śmiercią? Pomyśleć o tym, co osiągnąłem w życiu? Nic, skoro chcę się zabić. Żałować ze grzechy? Nie żałuję. Tak na wszelki wypadek wmówić sobie, że Bóg istnieje?
Coś trafia mnie w głowę. Odwracam się, pod moimi nogami leży wypalony do połowy papieros.
- Nie uważasz, że rzucenie się z dachu to mało oryginalny sposób na śmierć?
piątek
O rodzinnym oglądaniu telewizji. (częściowo)
Oglądamy telewizję. Mądry program giełdowy, każda porządna rodzina powinna obejrzeć od czasu do czasu jakiś mądry program, chociażby giełdowy. Cisza. To dobrze, od gadania jest rozmowa, telewizję ogląda się, żeby słuchać telewizora, a nie kogoś. Jeśli chcemy słuchać kogoś - rozmawiamy z nim. Z wyłączonym telewizorem, koniecznie. Chociaż to trudne, niektórzy potrafią prowadzić rozmowę tylko komentując wydarzenia na ekranie. Brak wspólnych tematów. Wchodzi on. Rzekomy żywiciel rodziny. Od razu zacznie gadać, wiem to. Zaczynam odliczanie. Ile wytrzymam tym razem?
Jeden. Dwa. On wie, czemu występują tak duże wahania na giełdzie.
Trzy. Cztery. On wie, jak im zaradzić.
Pięć. Sześć. On, kierowca.
Siedem. Osiem. Skup się, skup się na telewizorze, nie słyszysz go.
Dziewięć. Dziesięć. Skupienie nie pomaga, staram się wyłączyć słuch.
Jedenaście. Dwanaście. Dlaczego ludzie nie mogą wyłączyć narządu, którego w danej chwili nie chcą używać?
"Pstryk, nie słyszę, co do mnie mówisz, ale fajnie ruszasz ustami. Pstryk, nie widzę Cię, nie widzę że jesteś smutna, nie pocieszę Cię. Pstryk, nawet jakbym chciał, to nie mogę, przecież nie umiem mówić."
Trzynaście. Wyszedłem.
Jeden. Dwa. On wie, czemu występują tak duże wahania na giełdzie.
Trzy. Cztery. On wie, jak im zaradzić.
Pięć. Sześć. On, kierowca.
Siedem. Osiem. Skup się, skup się na telewizorze, nie słyszysz go.
Dziewięć. Dziesięć. Skupienie nie pomaga, staram się wyłączyć słuch.
Jedenaście. Dwanaście. Dlaczego ludzie nie mogą wyłączyć narządu, którego w danej chwili nie chcą używać?
"Pstryk, nie słyszę, co do mnie mówisz, ale fajnie ruszasz ustami. Pstryk, nie widzę Cię, nie widzę że jesteś smutna, nie pocieszę Cię. Pstryk, nawet jakbym chciał, to nie mogę, przecież nie umiem mówić."
Trzynaście. Wyszedłem.
poniedziałek
O anarchistach.
Osoby nastoletnie, buntujące się przeciwko zjawiskom których nie rozumieją. Pojęcie "anarchia" i wszelkich ideałów z nią związanych znają z wikipedii albo tego, co opowie im starszy kolega. W przerwach od rozwieszania anarchistycznych plakatów i pogrążania świata w chaosie martwią się sprawdzaniem z matematyki. Jedyne, co robią dla obalenia "systemu" to gadanie o tym, jak fajnie by było go obalić. Żyją z pieniędzy zarobionych przez rodziców w korporacjach, z którymi "walczą". Uważają też, że korporacja jest zła, pod warunkiem że w niej nie jedzą albo nie ubierają się w niej, bo przecież głupio byłoby wyrzucić ulubione dżinsy. Każda ich wada wynika z tego, że im "wolno" i jest to swoiste jebanie systemu. Uwielbiają koszulki z symbolami których również nie rozumieją, wielką popularnością cieszą się te z Che Guevara(wykonywane przez wielkie korporacje, ale kto by się przejmował), człowiekiem, którego uważają za symbol, wiedząc o nim tyle, że "coś tam zrobił", pomijając to, że był komunistą uwielbiającym egzekucje. Ważne, że fajnie wygląda. Zostawienie ich samym sobie na więcej niż 3 dni grozi śmiercią z głodu i tęsknoty za domem.
sobota
O chaosie.
Chaos. Niektórzy boją się chaosu, niektórzy pragną chaosu. Pozbywamy się przecinków a to przecież od nich zależy niekiedy sens całego zdania. Głupi przecinek może zmienić właściwie wszystko. Pozbywamy się też kropek i wszelakich znaków interpunkcyjnych i dużych liter nie ma nic lepszego niż szukanie końca zdania w ciągu (może się wydawać) losowych słów pozbywamy się
spacjiniechwszystkozlejesiewjednącałośćutrudniającczytanietak
mocnojaktylkosiędapozbądźmysięteżlosowychliterpowiedzmyhiytak
wraziegdbtocodziejesieterazztekstemkomusniewstarczałoalama
kotaacaosktórzapanowałjestjużniedozniesienia więc na tym zakończymy.
Wątpię, czy ktokolwiek dotrze do tego momentu, raczej przeczyta go tylko dlatego, że oddzielam go przerwą od reszty. Nie dopiszę reszty, nie powiem, o co chodziło, nie pojawi się puenta. Życie bez odrobiny chaosu byłoby nudne, prawda?
spacjiniechwszystkozlejesiewjednącałośćutrudniającczytanietak
mocnojaktylkosiędapozbądźmysięteżlosowychliterpowiedzmyhiytak
wraziegdbtocodziejesieterazztekstemkomusniewstarczałoalama
kotaacaosktórzapanowałjestjużniedozniesienia więc na tym zakończymy.
Wątpię, czy ktokolwiek dotrze do tego momentu, raczej przeczyta go tylko dlatego, że oddzielam go przerwą od reszty. Nie dopiszę reszty, nie powiem, o co chodziło, nie pojawi się puenta. Życie bez odrobiny chaosu byłoby nudne, prawda?
piątek
O chorobie, takiej zwykłej.
Człowiek, który nie wie, że usta podczas kaszlania należy zasłonić. Idący szybko, pewnym krokiem, bo przecież śpieszy się do pracy. Nie przestaje kaszleć. Rozgląda się wokół, siejąc bakterie nie tylko przed siebie, ale i na boki. Pierdolona chodząca epidemia grypy. Nie da się jej zwalczyć, nie ma na to szczepionki, nie podziałają żadne szczepienia, tabletki, żadna profilaktyka. Więc olej to, otwórz usta szerzej, wciągnij cały syf tego świata, wszystkie wirusy, bakterie, choroby jakie tylko możesz, miej to za sobą, zachoruj. Im szybciej tym lepiej. Przeleż swoje, wyzdrowiej. Do następnego razu.
O chorobie nieuleczalej.
- Chciałbym być nieuleczalnie chory, mieć jakiegoś guza czy coś.
- Dlaczego?
- Jestem ciekaw kto by mnie odwiedzał w szpitalu, jak często, o ile w ogóle, co by mówili, jaka by była ich reakcja na to, że umieram i sposób, w jaki by się ze mną pożegnali.
- Jesteś chory.
- Nie, nie jestem. Chciałbym być.
- Dlaczego?
- Jestem ciekaw kto by mnie odwiedzał w szpitalu, jak często, o ile w ogóle, co by mówili, jaka by była ich reakcja na to, że umieram i sposób, w jaki by się ze mną pożegnali.
- Jesteś chory.
- Nie, nie jestem. Chciałbym być.
O śmierci.
Nie palę fajek i nie przechodzę na czerwonym świetle, więc albo umrę na raka płuc albo potrąci mnie jakiś pijany kierowca.
niedziela
O Dniu Kobiet. (wpis smutny)
- Kupujesz komuś kwiatka?
- Nie.
- Czemu? Ach, niech zgadnę. Dzień Kobiet, tak samo jak Tłusty Czwartek jest jakimś spiskiem, z tym że nie cukierników tylko kwiaciarzy, tak? Chodzi o sprzedaż ogromnych ilości kwiatów pod pretekstem robienia tego dla osoby którą darzymy szczególną sympatią? I jeszcze pewnie dodasz coś o tym, że kwiaty powinno dawać się bez okazji a nie z powodu jakichś głupich świąt? I pewnie wpleciesz w to komunistów.
- Nie, po prostu nie mam komu go dać.
- Nie.
- Czemu? Ach, niech zgadnę. Dzień Kobiet, tak samo jak Tłusty Czwartek jest jakimś spiskiem, z tym że nie cukierników tylko kwiaciarzy, tak? Chodzi o sprzedaż ogromnych ilości kwiatów pod pretekstem robienia tego dla osoby którą darzymy szczególną sympatią? I jeszcze pewnie dodasz coś o tym, że kwiaty powinno dawać się bez okazji a nie z powodu jakichś głupich świąt? I pewnie wpleciesz w to komunistów.
- Nie, po prostu nie mam komu go dać.
O religii.
- Ludzie się nas nie słuchają, przydałoby się coś takiego żeby ich łatwo kontrolować.
- Może wymyślmy niewidzialnego starca, którego nazwiemy, nie wiem, Bóg, siedzącego w chmurach, oceniającego nas za każdy uczynek, który decyduje o tym, czy po śmierci będziemy potępieni czy zbawieni, według praw, które sami wymyślimy?
- Daj spokój, nawet największy kretyn w to nie uwierzy.
- Może wymyślmy niewidzialnego starca, którego nazwiemy, nie wiem, Bóg, siedzącego w chmurach, oceniającego nas za każdy uczynek, który decyduje o tym, czy po śmierci będziemy potępieni czy zbawieni, według praw, które sami wymyślimy?
- Daj spokój, nawet największy kretyn w to nie uwierzy.
piątek
O przytakiwaniu.
- Masz tak czasem, że bardzo mocno chciałbyś podyskutować na jakiś temat ale zwyczajnie brakuje Ci słów i jesteś w stanie tylko i wyłącznie przytaknąć?
- Tak.
- Tak.
O cyganach - temat niewdzięczny.
- Daj Pan 10 groszy.
- Nie mam.
- Daj Pan, na bułkę...
- Mogę Ci kupić bułkę.
- Nie, 10 groszy.
- Bułka.
- 10 groszy.
- Buł.. zaraz, czemu ja się kurwa z tobą targuję?!
- Dwadzieścia?
- Piętnaście.
***
- ...
- ...
- Ekhm-khm.
- ?
- No, pieniądze, daj.
- Słucham?
- No tak z 50 groszy.
- To już nawet się nie wysilisz, żeby wymyślić jakiś powód żebym dał Ci te jebane 50 groszy? Nie wiem, masz gronkowca, twoja matka umiera, nie masz na pociąg, potrzebujesz leków, dziecko nie ma książek do szkoły?
- To z dzieckiem dobre, dzięki.
- Nie mam.
- Daj Pan, na bułkę...
- Mogę Ci kupić bułkę.
- Nie, 10 groszy.
- Bułka.
- 10 groszy.
- Buł.. zaraz, czemu ja się kurwa z tobą targuję?!
- Dwadzieścia?
- Piętnaście.
***
- ...
- ...
- Ekhm-khm.
- ?
- No, pieniądze, daj.
- Słucham?
- No tak z 50 groszy.
- To już nawet się nie wysilisz, żeby wymyślić jakiś powód żebym dał Ci te jebane 50 groszy? Nie wiem, masz gronkowca, twoja matka umiera, nie masz na pociąg, potrzebujesz leków, dziecko nie ma książek do szkoły?
- To z dzieckiem dobre, dzięki.
czwartek
O naszej-klasie.
Jesteś stary. Powiedzmy, 60 lat, wnuczek pokazuje Ci tą genialną stronkę. Zakładasz konto. Z radością odkrywasz, że ktoś dodał twoją starą, licealną klasę, ba, są tam nawet ludzie. Pięć osób. Pytasz co z resztą. Większość już umarła. Twój kumpel z ławki też. Zaczynasz o tym myśleć. Też niedługo umrzesz. Nie wrócisz do tamtych czasów. Jesteś już stary, to wszystko bezpowrotnie minęło, zostało Ci tylko ten profil i garstka wspomnień. Dostajesz wiadomość. Zaproszenie na pogrzeb. Przez naszą-klasę, bo nie mogli się z Tobą inaczej skontaktować. W tą sobotę. Twoja szkolna miłość. Rak. Odpisujesz, że będziesz. Zastanawiasz się nad tym chwilę. Zakładasz jej konto pamiątkowe. Zaczynasz rozsyłać zaproszenia do każdego napotkanego profilu.
środa
O trudnej sztuce parzenia herbaty.
- Dlaczego znowu ją wylałeś? Była dobra!
- Za mocna.
- Parzyła się jakieś 10 minut, była idealna!
- Co najmniej jedenaście.
- Co za różnica? Dziesięć, jedenaście?
- Spora. Nie lubię mocnej herbaty.
- Z tym że wczoraj też ją wylałeś.
- Wczorajsza parzyła się za krótko, była za słaba. Nie cierpię słabej.
- Czy Ty kiedykolwiek zaparzyłeś dobrą herbatę?
- Nie.
- Więc po co codziennie ją parzysz?
- Bo kiedyś musi mi wyjść herbata idealna.
- A nie możesz po prostu odmierzyć dziesięciu minut przy pomocy zegarka, tak jak robi każdy normalny człowiek?
- Normalny człowiek nie odczuje satysfakcji zaparzenia idealnej herbaty.
- Ale pije DOBRĄ herbatę. Codziennie.
- Za mocna.
- Parzyła się jakieś 10 minut, była idealna!
- Co najmniej jedenaście.
- Co za różnica? Dziesięć, jedenaście?
- Spora. Nie lubię mocnej herbaty.
- Z tym że wczoraj też ją wylałeś.
- Wczorajsza parzyła się za krótko, była za słaba. Nie cierpię słabej.
- Czy Ty kiedykolwiek zaparzyłeś dobrą herbatę?
- Nie.
- Więc po co codziennie ją parzysz?
- Bo kiedyś musi mi wyjść herbata idealna.
- A nie możesz po prostu odmierzyć dziesięciu minut przy pomocy zegarka, tak jak robi każdy normalny człowiek?
- Normalny człowiek nie odczuje satysfakcji zaparzenia idealnej herbaty.
- Ale pije DOBRĄ herbatę. Codziennie.
O tym, że dobrze jest mieć kogoś.
- Nie dam rady.
- Dasz.
- Nie dam.
- Dasz.
- Nie dam.
- Nie dasz.
- Spierdalaj, dam!
- Wiem.
- Dasz.
- Nie dam.
- Dasz.
- Nie dam.
- Nie dasz.
- Spierdalaj, dam!
- Wiem.
poniedziałek
O narkotykach.
- Czy Bóg może krzyknąć "O mój Boże"? Czy w ten sposób wytworzyłby nowego Boga? Czy byłby to grzech wzywania imienia Pana Boga nadaremnie?
- Weź to odstaw.
- Weź to odstaw.
O lekcjach i przesadzaniu.
- Dlaczego ludzie zawsze oczekują że im pomożesz a gdy Ty jesteś w potrzebie totalnie Cię olewają, udają że ich nie ma bądź mówią, że są zajęci, byle by tylko wymigać się od pomocy Tobie, mimo że wydawało Ci się że są twoimi przyjaciółmi?
- Daj spokój, to tylko lekcje.
- Daj spokój, to tylko lekcje.
piątek
O ludziach genetycznie niedojebanych.
Widzisz ich. On wygląda jak połączenie przyczepy kempingowej ze stu dwudziestoma kilogramami podgnitej dziczyzny, ona jak spalony martwy płód z długimi blond włosami. On ma dres, ona białe kozaczki. Łączy ich wiele. Oboje kochają techno. Oboje mieli problemy w podstawówce. Oboje nie odróżniają bynajmniej od przynajmniej. Oboje lubią solarium, które spala im twarze tak mocno, że muszą nosić sztuczne brwi ale przy okazji OBOJE nie muszą się golić. Słuchasz o czym gadają z wielką uwagą, ale po trzydziestu sekundach nie możesz sobie przypomnieć, co to było. Nie przejmujesz się tym faktem zbytnio, myśląc po prostu o tym, żeby jak najszybciej stracić ich z oczu. Nie możesz jednak przestać myśleć o tym, że ludzie tacy z pewnością uprawiają seks, z pewnością kiedyś wpadną, z pewnością nie raz, nie dwa, najpewniej pięć. W najgorszym wypadku dzieci się urodzą, w najlepszym zostanie przeprowadzonych pięć aborcji. Myślisz o tym dalej. Masz przed oczami piątkę dzieci... Nie. Stop. Nie chcesz wiedzieć co będzie dalej. Rozmarzyłeś się na temat wirusa zabijającego za upodobania muzycznie, iloraz inteligencji i ilość godzin spędzonych na solarium. Błogo się uśmiechasz.
Za co dostajesz w ryj.
Za co dostajesz w ryj.
O śniegu.
- Do czego porównałbyś płatki śniegu?
- Do imigrantów. Są ich miliony, nikt ich nie lubi, nie da się ich powstrzymać, odbierają ci chęć do życia, czasem tracisz przez nich pracę, a najchętniej potraktowałbyś ich łopatą.
- Do imigrantów. Są ich miliony, nikt ich nie lubi, nie da się ich powstrzymać, odbierają ci chęć do życia, czasem tracisz przez nich pracę, a najchętniej potraktowałbyś ich łopatą.
czwartek
O tłustego czwartku początkach.
- Zróbmy jeden dzień w roku w którym sprzedamy wszystkie pączki, które nie zeszły w ciągu ostatniego miesiąca i dowalmy do tego ideologię, że to taki dzień w którym nawet grubasy mogą jeść pączki!
- Ok!
- Ok!
wtorek
O starości.
Nie mogę przestać myśleć o tym, że kiedyś będę stary, i z łezką wspomnień w oku będę myślał jak fajnie było być młodym i myśleć o tym, o czym będę myślał jak będę stary.
O związkach. (cała prawda)
- Wkurza mnie, że bez przerwy mówisz o rzeczach które ja osobiście mam w dupie.
- I informujesz mnie o tym dopiero teraz, po dwóch latach?
- Wiesz, głupio by było milczeć przez dwa lata.
- I informujesz mnie o tym dopiero teraz, po dwóch latach?
- Wiesz, głupio by było milczeć przez dwa lata.
poniedziałek
O się-wkurwianiu.
Czasem wkurwiam się na to, że tak dużo rzeczy mnie wkurwia, a czasem na to, że akurat dzisiaj nie wkurwia mnie nic, co jest chyba jeszcze bardziej wkurwiające, niż to, gdy coś wkurwia mnie z sensownego powodu, bo to po części takie szukanie wkurwienia na siłę. Zdarza mi się wkurwianie gdy ktoś koło mnie przejdzie albo po prostu istnieje. A czasem wkurwiające jest gdy nikogo nie ma w pobliżu. Często wkurwiają mnie osoby, które lubię, a raczej sam fakt, że ich lubię, bo lubienie kogoś niesie za sobą całą masę mniejszych i większych podkurwień. Co i tak jest mniej wkurwiające niż nie lubienie kogoś, co jest tak oczywiste, że aż wkurwiające. Więc wychodzi na to, że w przerwach od wkurwiania zazwyczaj się wkurwiam, przerywając to krótkimi momentami na chwilę wkurwienia.
O dojrzewaniu.
14 lat to dziwny wiek. Stojąc przy kasie kupując sobie Klocki Lego i Kaczora Donalda, jednoczenie nie można przestać patrzeć na cycki sprzedawczyni, myśląc o tym, jak fajnie byłoby się z nią przespać.
wtorek
O szpitalnych poczekalniach.
Czekanie na ratunek, śmierć, lub receptę. W akompaniamencie rozmów starych ludzi o ich chorobach, dolegliwościach ich dzieci, prostacie ich mężów i żylakach sąsiadki. Szeptem, ale tak żeby wszyscy słyszeli.
czwartek
O kurwie mać.
Dlaczego, mimo że zdaję sobie sprawę, że jak na razie nic w życiu nie zrobiłem, nic nie próbuję osiągnąć i do niczego się nie zabrałem na poważnie olewam to i dalej żyję równie chujowo?
Subskrybuj:
Posty (Atom)