Myśląc o tym, co chcę napisać wcale nie zastanawiam się nad tym, co chcę napisać i jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało rzeczywiście jest dziwne.
Bo to nie jest tak, że siadasz, mówiąc sobie "napiszę dziś o tym" i piszesz o tym, jakie "to" jest wspaniałe, w porównaniu do na przykład "tamtego", które już wcale takie wspaniałe nie jest. O "owym" nie wspominając.
I gdy tak myślisz o "tym", nie myśląc o "tamtym" wcale, zastanawiasz się w tej samej chwili (ale to tylko, gdy "myśleć" i "zastanawiać" jednocześnie nie sprawia problemów) czy to, o czym myślisz (jednocześnie się zastanawiając ale nie mieszajmy już, bo powstanie masło maślane, a za nie płaci się dwa razy więcej, na co nie stać nas z uwagi na kryzys literacki, autora oraz gospodarczy, świata, dotyczący autora również, ale w stopniu mniejszym) czy to, o czym myślisz (przypomnienie po długim nawiasie, przez który można całkiem zgubić wątek) czy to, o czym myślisz naprawdę ma sens.
Gdy po dłuższej (lub krótszej, ja nie oceniam) chwili namysłu uznasz swoje papierowe słowa za grafomanię włóż je do szuflady czekając na grafomanię w cenie lub ukryj je na strychu gdzie zostaną po latach odkryte i uznane za starą grafomanię, co będzie całkiem lepsze niż taka całkiem współczesna grafomania z bloga internetowego.
środa
wtorek
Przyłóż język.
IV.
Idąc przez miasto nawet rodowity Nowojorczyk czasem zastanawia się, "Gdzie ja kurwa jestem?". Tu po prostu wszystko wygląda identycznie. Pierdolona lodowa kraina z jej własną, morderczą wersją złej królowej śniegu.
Nawet dzieci przestały lubić zimę, a Coca-Cola na Święta zmieniła maskotkę z Mikołaja na surfującego, opalonego homoseksualistę. Żeby się dobrze kojarzyło.
Minąłem starszą kobietę, szarpiącą się z jakimś nastolatkiem. To pierwsza kradzież jaką widzę od półtora roku. Minąłem ich spokojnie i skręciłem za róg. Usłyszałem krzyk, więc pewnie udało mu się wyrwać jej torebkę. Biegł w moją stronę, kierował się do metra.
Dlaczego nie zareagowałem? Bo w taką pogodę każda ucieczka kończy się tak samo.
Schody do metra były oblodzone.
Spadając z samej góry zapewnił sobie kalectwo do końca życia.
Ktoś zadzwonił po policję, ktoś inny po karetkę. Ja obserwowałem starszą panią, która powoli zeszła po schodach i podniosła swoja torebkę.
Skala przestępczości w ostatnich latach spadła o 40%. Kradzieże stały się cięższe do zorganizowania, ucieczki wiążą się z dużym ryzykiem, a przestępcy są po prostu zbyt leniwi i wolą handlować dragami albo pobić kilka dziwek od czasu do czasu. Dla zabawy.
Niektórzy mówią, że to dar od Boga. Że w takich warunkach ludzie jednoczą się i działają wspólnie. Co ja myślę? Myślę, że przestępczość, po raz pierwszy w historii ludzkości, stała się po prostu nieopłacalna.
Wróciłem do domu. W lodówce mam tylko piwo i dwa plastry sera. Nie upiję się jednym piwem. Nie najem się dwoma plastrami sera. Dzisiejszy dzień zapowiada się wybornie.
Dzień minął mi na oglądaniu telewizji. Bardzo modne stały się filmy katastroficzne. Tak w ramach poprawiania humoru społeczeństwu. W końcu, mogło być gorzej.
Miałem dość. Powoli godzę się z jej śmiercią. Zemsta coraz mniej mnie interesuje. Przerażało mnie to, przecież sobie obiecałem.
Ale jestem realistą, Językoznawca jest sprytniejszy ode mnie i całej policji razem wziętej.
Wyrzuciłem wszystkie akta do kosza.
Jutro składam rezygnację.
Za oknem ktoś przewrócił kubły.
- Puść mnie, kurwa! - Znowu biją jakąś dziwkę za oknem.
Coś we mnie drgnęło. Wybiegłem z mieszkania.
Czwarte piętro.
Trzecie.
Drugie.
Pierwsze.
Parter.
Dlaczego mieszkam tak wysoko?
Leżała na ziemi z czymś metalowym w ustach. Ktoś powoli oddalał się od ciała.
Nie jestem kretynem, nie krzyknąłem "Stój!". Cicho szedłem za nim.
Ręce trzęsły mi się z zimna, nie zdążyłem wziąć płaszcza.
A może to był gniew?
Nie wytrzymałem. Zacząłem biec. Śnieg był mocno zmrożony, zacząłem hałasować.
Językoznawca odwrócił się, ale było za późno. Skoczyłem na niego. Obaj upadliśmy na ziemię. Zaczęliśmy się szamotać.
Wtedy zobaczyłem jego twarz. Była zaskakująco zadbana. Spodziewałem się... właściwie sam nie wiem czego się spodziewałem. Miał czarne włosy, był starannie ogolony, a przede wszystkim, wyraźnie zaskoczony wizytą.
Nie miałem więcej czasu na przyglądanie się, jego prawy sierpowy właśnie wylądował na mojej twarzy.
Wstał, zaczął kopać mnie w brzuch. Miałem dość, ale moje wkurwienie osiągnęło szczyt. Złapałem go za stopę i wykrzywiłem najmocniej jak mogłem. Pierwszy raz w życiu trzask łamanych kości sprawił mi przyjemność.
- Kuuurwaaa. - Upadł na ziemię i zaczął wyć z bólu.
Nie miałem siły wstać. Podszedłem do niego na czworaka i na ślepo okładałem po twarzy. Nie obchodziło mnie, jak naprawdę się nazywał, nie obchodziło mnie, jak udawało mu się wymykać policji, nie obchodziło mnie, jak zamazywał ślady.
Chciałem po prostu go zabić.
Usłyszałem strzał i w tej samej poczułem ból w okolicy brzucha. Ból nie do opisania. Jakby w moich trzewiach wybuchła mała bomba, jakby motylki, które czujesz, gdy się zakochasz nagle postanowiły uciec i wygryzały sobie drogę ucieczki.
Osunąłem się na niego bezwładnie. Zrzucił mnie i próbował wstać. Podparł się o drzewo i wycelował.
- Dobranoc.
Zemdlałem.
Idąc przez miasto nawet rodowity Nowojorczyk czasem zastanawia się, "Gdzie ja kurwa jestem?". Tu po prostu wszystko wygląda identycznie. Pierdolona lodowa kraina z jej własną, morderczą wersją złej królowej śniegu.
Nawet dzieci przestały lubić zimę, a Coca-Cola na Święta zmieniła maskotkę z Mikołaja na surfującego, opalonego homoseksualistę. Żeby się dobrze kojarzyło.
Minąłem starszą kobietę, szarpiącą się z jakimś nastolatkiem. To pierwsza kradzież jaką widzę od półtora roku. Minąłem ich spokojnie i skręciłem za róg. Usłyszałem krzyk, więc pewnie udało mu się wyrwać jej torebkę. Biegł w moją stronę, kierował się do metra.
Dlaczego nie zareagowałem? Bo w taką pogodę każda ucieczka kończy się tak samo.
Schody do metra były oblodzone.
Spadając z samej góry zapewnił sobie kalectwo do końca życia.
Ktoś zadzwonił po policję, ktoś inny po karetkę. Ja obserwowałem starszą panią, która powoli zeszła po schodach i podniosła swoja torebkę.
Skala przestępczości w ostatnich latach spadła o 40%. Kradzieże stały się cięższe do zorganizowania, ucieczki wiążą się z dużym ryzykiem, a przestępcy są po prostu zbyt leniwi i wolą handlować dragami albo pobić kilka dziwek od czasu do czasu. Dla zabawy.
Niektórzy mówią, że to dar od Boga. Że w takich warunkach ludzie jednoczą się i działają wspólnie. Co ja myślę? Myślę, że przestępczość, po raz pierwszy w historii ludzkości, stała się po prostu nieopłacalna.
Wróciłem do domu. W lodówce mam tylko piwo i dwa plastry sera. Nie upiję się jednym piwem. Nie najem się dwoma plastrami sera. Dzisiejszy dzień zapowiada się wybornie.
Dzień minął mi na oglądaniu telewizji. Bardzo modne stały się filmy katastroficzne. Tak w ramach poprawiania humoru społeczeństwu. W końcu, mogło być gorzej.
Miałem dość. Powoli godzę się z jej śmiercią. Zemsta coraz mniej mnie interesuje. Przerażało mnie to, przecież sobie obiecałem.
Ale jestem realistą, Językoznawca jest sprytniejszy ode mnie i całej policji razem wziętej.
Wyrzuciłem wszystkie akta do kosza.
Jutro składam rezygnację.
Za oknem ktoś przewrócił kubły.
- Puść mnie, kurwa! - Znowu biją jakąś dziwkę za oknem.
Coś we mnie drgnęło. Wybiegłem z mieszkania.
Czwarte piętro.
Trzecie.
Drugie.
Pierwsze.
Parter.
Dlaczego mieszkam tak wysoko?
Leżała na ziemi z czymś metalowym w ustach. Ktoś powoli oddalał się od ciała.
Nie jestem kretynem, nie krzyknąłem "Stój!". Cicho szedłem za nim.
Ręce trzęsły mi się z zimna, nie zdążyłem wziąć płaszcza.
A może to był gniew?
Nie wytrzymałem. Zacząłem biec. Śnieg był mocno zmrożony, zacząłem hałasować.
Językoznawca odwrócił się, ale było za późno. Skoczyłem na niego. Obaj upadliśmy na ziemię. Zaczęliśmy się szamotać.
Wtedy zobaczyłem jego twarz. Była zaskakująco zadbana. Spodziewałem się... właściwie sam nie wiem czego się spodziewałem. Miał czarne włosy, był starannie ogolony, a przede wszystkim, wyraźnie zaskoczony wizytą.
Nie miałem więcej czasu na przyglądanie się, jego prawy sierpowy właśnie wylądował na mojej twarzy.
Wstał, zaczął kopać mnie w brzuch. Miałem dość, ale moje wkurwienie osiągnęło szczyt. Złapałem go za stopę i wykrzywiłem najmocniej jak mogłem. Pierwszy raz w życiu trzask łamanych kości sprawił mi przyjemność.
- Kuuurwaaa. - Upadł na ziemię i zaczął wyć z bólu.
Nie miałem siły wstać. Podszedłem do niego na czworaka i na ślepo okładałem po twarzy. Nie obchodziło mnie, jak naprawdę się nazywał, nie obchodziło mnie, jak udawało mu się wymykać policji, nie obchodziło mnie, jak zamazywał ślady.
Chciałem po prostu go zabić.
Usłyszałem strzał i w tej samej poczułem ból w okolicy brzucha. Ból nie do opisania. Jakby w moich trzewiach wybuchła mała bomba, jakby motylki, które czujesz, gdy się zakochasz nagle postanowiły uciec i wygryzały sobie drogę ucieczki.
Osunąłem się na niego bezwładnie. Zrzucił mnie i próbował wstać. Podparł się o drzewo i wycelował.
- Dobranoc.
Zemdlałem.
sobota
Przyłóż język.
III.
3 tygodnie później.
Jest coraz zimniej. Coraz więcej ludzi mówi o epoce lodowcowej. Ortodoksy mówią o końcu świata i ostatecznej karze za grzechy ludzkości. Moim zdaniem, natura chce się nas po prostu pozbyć. I słusznie.
Odkąd zdobyłem akta zginęły cztery osoby. Zero nowych śladów.
Siedzę i czekam na telefon od Rudego. Rudy nie wie, że mówię na niego Rudy ale do tej pory każdy mój informator miał jakąś ksywkę. Co czasem mnie irytuje, bo zawsze gdy rozmawiałem z poprzednim informatorem miałem ochotę powiedzieć "Dzięki, Azor." Bo wyglądał trochę jak buldog.
Czekanie jest najgorsze. Boisz się wysikać, boisz się wyjść do sklepu, boisz się podejść do lodówki bo możesz nie zdążysz odebrać i stracić informację.
A w tym momencie liczyło się cokolwiek.
Telefon.
Ściszyłem telewizor. Wieczorne wiadomości w całości poświęcone były właśnie jemu. W mediach na dobre przyjął się pseudonim "Językoznawca", który powoli zaczął mnie męczyć.
- Dzień dobry, czy jest pan zainteresowany naszym...
- Blokujesz mi linię.
- Tak wiem, ale czy na pewno nie chcę pan spróbowa
Rozłączyłem się. To zadziwiające, że ci ludzie mają tak wielką moc moc zagadania cię, że czasem żal ci się rozłączyć. Ale nie tym razem.
Telefon.
- Miejskie lodowisko. Policja już jedzie.
- Dzięki R... dzięki.
Teren wokół miejsca zbrodni został otoczony żółtą taśmą, jakby w nadziei że jej magiczna moc spowoduje, że ludzie zapomną o policyjnej bezsilności.
Ale nie zapomną.
Bo ludzie boją się małej śmierci, działającej w czymś w rodzaju symbiozy z pogodą, która zamiast kosy nosi łom albo rurkę.
Policja też się boi, a nagroda za dostarczenie jakiejkolwiek informacji o Językoznawcy wynosi sto tysięcy dolarów.
I stawka rośnie.
Pokazałem odznakę grubemu policjantowi, którego zadaniem było odpędzanie tłumu(chęć zobaczenie martwego człowieka jest u ludzi tak wielka, że wychodzą na mrozy rzędu -30* C. To sępy, nie ludzie)i podszedłem do zwłok.
Kobieta, na oko 30 lat, nie wiadomo jeszcze, co robiła tutaj o tej porze(chociaż wygląda trochę jak dziwka), 8 ciosów zadanych w tył głowy. W ustach metalowy pręt. Żadnej poszlaki, nie ma nawet odcisków butów, śnieg pada bez przerwy.
Wciąż stoję w martwym punkcie.
Wróciłem do domu i upiłem się na smutno.
3 tygodnie później.
Jest coraz zimniej. Coraz więcej ludzi mówi o epoce lodowcowej. Ortodoksy mówią o końcu świata i ostatecznej karze za grzechy ludzkości. Moim zdaniem, natura chce się nas po prostu pozbyć. I słusznie.
Odkąd zdobyłem akta zginęły cztery osoby. Zero nowych śladów.
Siedzę i czekam na telefon od Rudego. Rudy nie wie, że mówię na niego Rudy ale do tej pory każdy mój informator miał jakąś ksywkę. Co czasem mnie irytuje, bo zawsze gdy rozmawiałem z poprzednim informatorem miałem ochotę powiedzieć "Dzięki, Azor." Bo wyglądał trochę jak buldog.
Czekanie jest najgorsze. Boisz się wysikać, boisz się wyjść do sklepu, boisz się podejść do lodówki bo możesz nie zdążysz odebrać i stracić informację.
A w tym momencie liczyło się cokolwiek.
Telefon.
Ściszyłem telewizor. Wieczorne wiadomości w całości poświęcone były właśnie jemu. W mediach na dobre przyjął się pseudonim "Językoznawca", który powoli zaczął mnie męczyć.
- Dzień dobry, czy jest pan zainteresowany naszym...
- Blokujesz mi linię.
- Tak wiem, ale czy na pewno nie chcę pan spróbowa
Rozłączyłem się. To zadziwiające, że ci ludzie mają tak wielką moc moc zagadania cię, że czasem żal ci się rozłączyć. Ale nie tym razem.
Telefon.
- Miejskie lodowisko. Policja już jedzie.
- Dzięki R... dzięki.
Teren wokół miejsca zbrodni został otoczony żółtą taśmą, jakby w nadziei że jej magiczna moc spowoduje, że ludzie zapomną o policyjnej bezsilności.
Ale nie zapomną.
Bo ludzie boją się małej śmierci, działającej w czymś w rodzaju symbiozy z pogodą, która zamiast kosy nosi łom albo rurkę.
Policja też się boi, a nagroda za dostarczenie jakiejkolwiek informacji o Językoznawcy wynosi sto tysięcy dolarów.
I stawka rośnie.
Pokazałem odznakę grubemu policjantowi, którego zadaniem było odpędzanie tłumu(chęć zobaczenie martwego człowieka jest u ludzi tak wielka, że wychodzą na mrozy rzędu -30* C. To sępy, nie ludzie)i podszedłem do zwłok.
Kobieta, na oko 30 lat, nie wiadomo jeszcze, co robiła tutaj o tej porze(chociaż wygląda trochę jak dziwka), 8 ciosów zadanych w tył głowy. W ustach metalowy pręt. Żadnej poszlaki, nie ma nawet odcisków butów, śnieg pada bez przerwy.
Wciąż stoję w martwym punkcie.
Wróciłem do domu i upiłem się na smutno.
poniedziałek
Przyłóż język.
II.
Do baru wszedł otyły mężczyzna. Był rudy i piegowaty, twarz miał mocno charakterystyczną. Spojrzał na mnie, podszedł i podał mi rękę. Nie siadał, wyraźnie mu się spieszyło.
- Zimno?
- Spierdalaj.
- Masz?
- Mam.
Wyjął spod płaszcza dwie teczki
- Wszystko co o nim mamy.
Zacząłem przeglądać pierwszą z nich. Było tego zaledwie dwie strony.
- Żartujesz?
- Nie, to wszystko.
- Kurwa.
Otworzyłem drugą teczkę, była znacznie grubsza. Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś więcej. Była pełna zdjęć.
Będzie ciężej niż myślałem. Westchnąłem.
- Tak czy siak, dzięki.
- Zapłacisz jak tylko będziesz mógł.
- Jasne.
Wyszedł szybkim krokiem. Zacząłem dokładnie przeglądać teczkę.
Mężczyzna, lat ok. 40, prawdziwe imię nieznane, urodzony prawdopodobnie w Polsce. Pierwsze informacje o jego przybyciu do Stanów pojawiają się w roku 1992 kiedy podjął pracę w pralni w Nowym Jorku. Nazywał się wtedy Gary Howard. Rok później zniknął aż do pojawienia się ponownie zimą w roku 1997 jako Jack Sanders, wtedy znaleziona została jego pierwsza ofiara(17 grudnia). Jego sposób działania jest prosty, nocą wypatruje losowe ofiary i zadaje im od kilku do kilkudziesięciu ran tłuczonych w głowę. Przez bardzo niskie temperatury panujące w związku ze zmianami klimatycznymi nikt nie jest w stanie określić dokładnego czasu zgonu. Znakiem charakterystycznym morderstw przez niego dokonywanych jest język ofiary przymarznięty do narzędzia zbrodni, najczęściej łomu lub innego metalowego przedmiotu. Policja wpadła na jego trop dopiero w roku 2007 kiedy bezdomny podał jego niezbyt dokładny rysopis, który pozwolił go jednak zidentyfikować. Nazywał się wtedy Adam Carter i pracował w urzędzie pocztowym. Policja nie jest w stanie określić jak często zmieniał nazwiska i dlaczego robił to nawet wtedy, gdy był poza podejrzeniami. Od 17 listopada '97 do 19 grudnia '09 miał na swoim koncie 157 morderstw z czego do 154 policja nie miała wątpliwości, tego kto jest ich sprawcą.
W dniu dzisiejszym poza dwuletnim rysopisem i sposobem działania nie wiadomo o nim nic więcej. Ale ja dowiem się więcej.
Czytałem te akta raz za razem. Chciałem wyłapać jakiś nowy szczegół, chciałem nauczyć się tego na pamięć ale też robiłem wszystko, żeby nie przeglądać drugiej teczki. Wiedziałem, że zobaczę tam jej zdjęcie.
Rozbolała mnie głowa. Napiłbym się.
Zacząłem przeglądać drugą teczkę. Zdjęcia ofiar ułożone w porządku chronologicznym wraz z krótkimi notatkami. Niemal każda z nich była taka sama. Kilkanaście ran tłuczonych na głowie, metalowy przedmiot w ustach, język zawsze ustawiony tak, żeby przymarzł do narzędzia zbrodni. Inne kończyny nienaruszone, nigdy też nie znaleziono śladów duszenia czy szarpaniny. Tylko głowa, która po kilkudziesięciu ciosach nie pozwala wystawić na pogrzebie otwartej trumny. Czas zgonu nieznany, tylko czas znalezienia ciała. Zero innych śladów. Postanowiłem mieć to za sobą. Zacząłem szukać zdjęcia z dnia 28 września 2008. Było tam. Kobieta. Lat 26. 13 uderzeń w głowę. W ustach kawałek stalowej rurki. Ledwo ją rozpoznałem.
Głowa zaczęła mnie boleć tak, jakbym sam dostał kilka ciosów w głowę. Na dziś mam dość. Muszę się napić.
Czy szukanie zemsty jest typowe? Może, ale ja nie mam wyboru. Muszę znaleźć. Ze względu na mnie. Ze względu na nią.
Do baru wszedł otyły mężczyzna. Był rudy i piegowaty, twarz miał mocno charakterystyczną. Spojrzał na mnie, podszedł i podał mi rękę. Nie siadał, wyraźnie mu się spieszyło.
- Zimno?
- Spierdalaj.
- Masz?
- Mam.
Wyjął spod płaszcza dwie teczki
- Wszystko co o nim mamy.
Zacząłem przeglądać pierwszą z nich. Było tego zaledwie dwie strony.
- Żartujesz?
- Nie, to wszystko.
- Kurwa.
Otworzyłem drugą teczkę, była znacznie grubsza. Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś więcej. Była pełna zdjęć.
Będzie ciężej niż myślałem. Westchnąłem.
- Tak czy siak, dzięki.
- Zapłacisz jak tylko będziesz mógł.
- Jasne.
Wyszedł szybkim krokiem. Zacząłem dokładnie przeglądać teczkę.
Mężczyzna, lat ok. 40, prawdziwe imię nieznane, urodzony prawdopodobnie w Polsce. Pierwsze informacje o jego przybyciu do Stanów pojawiają się w roku 1992 kiedy podjął pracę w pralni w Nowym Jorku. Nazywał się wtedy Gary Howard. Rok później zniknął aż do pojawienia się ponownie zimą w roku 1997 jako Jack Sanders, wtedy znaleziona została jego pierwsza ofiara(17 grudnia). Jego sposób działania jest prosty, nocą wypatruje losowe ofiary i zadaje im od kilku do kilkudziesięciu ran tłuczonych w głowę. Przez bardzo niskie temperatury panujące w związku ze zmianami klimatycznymi nikt nie jest w stanie określić dokładnego czasu zgonu. Znakiem charakterystycznym morderstw przez niego dokonywanych jest język ofiary przymarznięty do narzędzia zbrodni, najczęściej łomu lub innego metalowego przedmiotu. Policja wpadła na jego trop dopiero w roku 2007 kiedy bezdomny podał jego niezbyt dokładny rysopis, który pozwolił go jednak zidentyfikować. Nazywał się wtedy Adam Carter i pracował w urzędzie pocztowym. Policja nie jest w stanie określić jak często zmieniał nazwiska i dlaczego robił to nawet wtedy, gdy był poza podejrzeniami. Od 17 listopada '97 do 19 grudnia '09 miał na swoim koncie 157 morderstw z czego do 154 policja nie miała wątpliwości, tego kto jest ich sprawcą.
W dniu dzisiejszym poza dwuletnim rysopisem i sposobem działania nie wiadomo o nim nic więcej. Ale ja dowiem się więcej.
Czytałem te akta raz za razem. Chciałem wyłapać jakiś nowy szczegół, chciałem nauczyć się tego na pamięć ale też robiłem wszystko, żeby nie przeglądać drugiej teczki. Wiedziałem, że zobaczę tam jej zdjęcie.
Rozbolała mnie głowa. Napiłbym się.
Zacząłem przeglądać drugą teczkę. Zdjęcia ofiar ułożone w porządku chronologicznym wraz z krótkimi notatkami. Niemal każda z nich była taka sama. Kilkanaście ran tłuczonych na głowie, metalowy przedmiot w ustach, język zawsze ustawiony tak, żeby przymarzł do narzędzia zbrodni. Inne kończyny nienaruszone, nigdy też nie znaleziono śladów duszenia czy szarpaniny. Tylko głowa, która po kilkudziesięciu ciosach nie pozwala wystawić na pogrzebie otwartej trumny. Czas zgonu nieznany, tylko czas znalezienia ciała. Zero innych śladów. Postanowiłem mieć to za sobą. Zacząłem szukać zdjęcia z dnia 28 września 2008. Było tam. Kobieta. Lat 26. 13 uderzeń w głowę. W ustach kawałek stalowej rurki. Ledwo ją rozpoznałem.
Głowa zaczęła mnie boleć tak, jakbym sam dostał kilka ciosów w głowę. Na dziś mam dość. Muszę się napić.
Czy szukanie zemsty jest typowe? Może, ale ja nie mam wyboru. Muszę znaleźć. Ze względu na mnie. Ze względu na nią.
czwartek
Przyłóż język.
I.
Szedłem ulicą, słysząc tylko swoje kroki na śniegu. Zastanawiałem się, czy to bardziej chrupanie, ugniatanie czy szelest. Najmocniej kojarzyło mi się to z jedzeniem kruchych ciasteczek. Właściwie zjadłbym sobie teraz jedno.
Bolała mnie noga. Szedłem już tak od dłuższego czasu. Po drodze spotkałem tylko bezdomnego przykrytego dwoma gazetami. Prawdopodobnie już nie żył, ciężko przeżyć w takiej temperaturze pod kawałkiem "Niskie temperatury z roku na rok utrzymują się dłużej, gospodarka światowa na skraju załamania". Ktoś go jutro sprzątnie. Albo za tydzień, nie wiadomo kiedy go znajdą. Przy tej temperaturze pozostanie jednak świeży. Bo było kurewsko zimno.
Bar. Nigdy nie mogłem zapamiętać jak się nazywał, śnieg zakrywał wszystko poza drzwiami. Właściwie nie było tu dużo cieplej niż na zewnątrz. Nawet dziwki siedziały w zapiętych kurtkach. Ciężko odróżnić je od kobiet, które przyszły się napić, więc łatwo można dostać w twarz.
- Grzane piwo - powiedziałem starając się nie otwierać ust zbyt szeroko w obawie przed utratą ciepła.
Barman włożył kufel do mikrofalówki i ustawił na pięćdziesiąt trzy sekundy.
Starałem się myśleć o tym, dlaczego na akurat na pięćdziesiąt trzy sekundy, a nie o tym, dlaczego ze wszystkich barów ja musiałem wybrać taki, w którym grzane piwo jest z mikrofalówki.
Po pięćdziesięciu trzech sekundach mikrofalówka wydała dźwięk który brzmiał jak "kurwa" ocenzurowane w telewizji.
Barman nie przewidział, że kufel nagrzeje się i podając mi go poparzył się w rękę i upuścił go na ziemię. Odszedłem od baru i usiadłem przy stoliku w rogu. Już mi cieplej.
Barman rzucił kilkoma kurwami i zaczął sprzątać. Może to i lepiej, i tak nie miałem czym zapłacić.
"To już drugi miesiąc zimy stulecia... meteorolodzy alarmują... pozostać w domach... kolejne ciało znalezione... drugie morderstwo w tym tygodniu..."
Fragmenty dochodzące z telewizora wiszącego pod sufitem nie mówiły mi nic nowego. Media przyjęły sobie za zadanie informowanie wszystkich w sposób tak dokładny, jakby tylko oni widzieli, co dzieje się za oknem
Przez szybę zobaczyłem przejeżdżający wóz patrolowy. Wychodzenie o tej porze zostało właściwie zakazane, zbyt dużo ludzi zwyczajnie zamarzło. To dla naszego dobra, mówią. Schroniska są przepełnione. Hotele są zmieniane w schroniska. Nawet zwierzęce schroniska są zamieniane w ludzkie schroniska. Niektórzy podobną śpią w klatkach razem z psami. Lepiej tak, niż na dworze. Bo miejsc i tak brakuje. Wszystkie lotniska zostały zamknięte, głównie przez pogodę ale też dlatego, że nikt nie chce latać. Nikt nie chce nawet wyjść z domu.
Ale ja musiałem.
Szedłem ulicą, słysząc tylko swoje kroki na śniegu. Zastanawiałem się, czy to bardziej chrupanie, ugniatanie czy szelest. Najmocniej kojarzyło mi się to z jedzeniem kruchych ciasteczek. Właściwie zjadłbym sobie teraz jedno.
Bolała mnie noga. Szedłem już tak od dłuższego czasu. Po drodze spotkałem tylko bezdomnego przykrytego dwoma gazetami. Prawdopodobnie już nie żył, ciężko przeżyć w takiej temperaturze pod kawałkiem "Niskie temperatury z roku na rok utrzymują się dłużej, gospodarka światowa na skraju załamania". Ktoś go jutro sprzątnie. Albo za tydzień, nie wiadomo kiedy go znajdą. Przy tej temperaturze pozostanie jednak świeży. Bo było kurewsko zimno.
Bar. Nigdy nie mogłem zapamiętać jak się nazywał, śnieg zakrywał wszystko poza drzwiami. Właściwie nie było tu dużo cieplej niż na zewnątrz. Nawet dziwki siedziały w zapiętych kurtkach. Ciężko odróżnić je od kobiet, które przyszły się napić, więc łatwo można dostać w twarz.
- Grzane piwo - powiedziałem starając się nie otwierać ust zbyt szeroko w obawie przed utratą ciepła.
Barman włożył kufel do mikrofalówki i ustawił na pięćdziesiąt trzy sekundy.
Starałem się myśleć o tym, dlaczego na akurat na pięćdziesiąt trzy sekundy, a nie o tym, dlaczego ze wszystkich barów ja musiałem wybrać taki, w którym grzane piwo jest z mikrofalówki.
Po pięćdziesięciu trzech sekundach mikrofalówka wydała dźwięk który brzmiał jak "kurwa" ocenzurowane w telewizji.
Barman nie przewidział, że kufel nagrzeje się i podając mi go poparzył się w rękę i upuścił go na ziemię. Odszedłem od baru i usiadłem przy stoliku w rogu. Już mi cieplej.
Barman rzucił kilkoma kurwami i zaczął sprzątać. Może to i lepiej, i tak nie miałem czym zapłacić.
"To już drugi miesiąc zimy stulecia... meteorolodzy alarmują... pozostać w domach... kolejne ciało znalezione... drugie morderstwo w tym tygodniu..."
Fragmenty dochodzące z telewizora wiszącego pod sufitem nie mówiły mi nic nowego. Media przyjęły sobie za zadanie informowanie wszystkich w sposób tak dokładny, jakby tylko oni widzieli, co dzieje się za oknem
Przez szybę zobaczyłem przejeżdżający wóz patrolowy. Wychodzenie o tej porze zostało właściwie zakazane, zbyt dużo ludzi zwyczajnie zamarzło. To dla naszego dobra, mówią. Schroniska są przepełnione. Hotele są zmieniane w schroniska. Nawet zwierzęce schroniska są zamieniane w ludzkie schroniska. Niektórzy podobną śpią w klatkach razem z psami. Lepiej tak, niż na dworze. Bo miejsc i tak brakuje. Wszystkie lotniska zostały zamknięte, głównie przez pogodę ale też dlatego, że nikt nie chce latać. Nikt nie chce nawet wyjść z domu.
Ale ja musiałem.
O śmierci Michaela Jacksona.
Pogrzeb Michaela Jacksona był tak wesołym wydarzeniem, że bilety na to widowisko rozdawano za darmo a transmisje telewizyjne docierały do większości krajów na ziemi, żeby jak najwięcej ludzi mogło się nacieszyć jego śmiercią.
O tym, że jestem poprawny politycznie, bo napisałem "Murzyni" wielką literą.
- Wszyscy Murzyni skarżący się na brak poprawności politycznej i rasizm powinni brać przykład z Michaela Jacksona.
- Co, powinni zacząć śpiewać?
- Nie.
- Wybielić się?
- Nie.
- A co?
- Umrzeć.
(Żartuję, Bambo.)
- Co, powinni zacząć śpiewać?
- Nie.
- Wybielić się?
- Nie.
- A co?
- Umrzeć.
(Żartuję, Bambo.)
środa
O śmierci ludzi sławnych.
- Która śmierć bardziej Cię wzruszyła, Jana Pawła II czy Michaela Jacksona?
- To oni nie żyją?
- To oni nie żyją?
sobota
O ja pierdolę.
Słucham smutnej piosenki myśląc o smutnych rzeczach.
- Jak ci minął dzień?
- Heh.
- Zacząłem pisać pamiętnik!
- I co?
- W porządku, powoli go zapełniam.
- Dasz poczytać?
- Jasne.
Poniedziałek. Nic.
Wtorek. Nic.
Środa. Nic.
Czwartek. Nic.
Piątek. Nic.
- Interesujący!
Dlaczego grubi ludzie chodzą nad wodę?
- Kupiłem sobie książkę o manipulowaniu ludźmi.
- I co?
- Ciekawe to jest.
- W sumie, masz tu 10zł, kup sobie coś.
Bezsensowna losowość wyrwana z kontekstu.
Bo tak naprawdę wszyscy myślą bardzo podobnie.
(Przypadkowe spotkanie na ulicy.)
- Cześć. (Znowu on, kurwa.)
- No siema! (Znowu on, kurwa.)
- Co tam? (Czemu pytam?)
- A u Ciebie? (Czemu pytam?)
- W porządku. (Powiedz, że musisz iść.)
- Też nie narzekam. (Powiedz, że musisz iść.)
- Ja muszę lecieć, spieszę się
- No ja też. Się spieszę.
- To do zobaczenia. (Uff.)
- Trzymaj się. (Uff.)
Żona syna mojej babci.
- Irytujące.
Maraton nic nie robienia stylem dowolnie wolnym.
Atramentowe plamy natrzyj piwem.
Pora ściągnąć boczne kółka. Ale z czterema łatwiej.
- Starczy, co?
Tworząc ogród bylinowy dobierajmy tak do siebie gatunki aby harmonizowały ze sobą pod względem pokroju, wysokości i koloru, a jednocześnie były zbliżone ich wymaganie glebowe.
Mimo pięknej lipcowej pogody wielu regionom Polski grożą burze z opadami - ostrzegają meteorolodzy.
- Męczysz mnie.
Żeby złowić rybę wrzuć spławik do wody.
- Dlaczego?
- Dlaczego nie?
- Nie rozumiem?
- Tak.
- He?
- Proste.
Jezus patrzy.
- Cóż.
- Jak ci minął dzień?
- Heh.
- Zacząłem pisać pamiętnik!
- I co?
- W porządku, powoli go zapełniam.
- Dasz poczytać?
- Jasne.
Poniedziałek. Nic.
Wtorek. Nic.
Środa. Nic.
Czwartek. Nic.
Piątek. Nic.
- Interesujący!
Dlaczego grubi ludzie chodzą nad wodę?
- Kupiłem sobie książkę o manipulowaniu ludźmi.
- I co?
- Ciekawe to jest.
- W sumie, masz tu 10zł, kup sobie coś.
Bezsensowna losowość wyrwana z kontekstu.
Bo tak naprawdę wszyscy myślą bardzo podobnie.
(Przypadkowe spotkanie na ulicy.)
- Cześć. (Znowu on, kurwa.)
- No siema! (Znowu on, kurwa.)
- Co tam? (Czemu pytam?)
- A u Ciebie? (Czemu pytam?)
- W porządku. (Powiedz, że musisz iść.)
- Też nie narzekam. (Powiedz, że musisz iść.)
- Ja muszę lecieć, spieszę się
- No ja też. Się spieszę.
- To do zobaczenia. (Uff.)
- Trzymaj się. (Uff.)
Żona syna mojej babci.
- Irytujące.
Maraton nic nie robienia stylem dowolnie wolnym.
Atramentowe plamy natrzyj piwem.
Pora ściągnąć boczne kółka. Ale z czterema łatwiej.
- Starczy, co?
Tworząc ogród bylinowy dobierajmy tak do siebie gatunki aby harmonizowały ze sobą pod względem pokroju, wysokości i koloru, a jednocześnie były zbliżone ich wymaganie glebowe.
Mimo pięknej lipcowej pogody wielu regionom Polski grożą burze z opadami - ostrzegają meteorolodzy.
- Męczysz mnie.
Żeby złowić rybę wrzuć spławik do wody.
- Dlaczego?
- Dlaczego nie?
- Nie rozumiem?
- Tak.
- He?
- Proste.
Jezus patrzy.
- Cóż.
czwartek
"Tytuł zdradza za dużo" Sześć.
To był zwykły wakacyjny dzień. Padało. Znów. Właściwie zawsze pada. Po cichu liczę, że to biblijna powódź i podczas gdy zaleje nas nieskończony deszcz wymyje mi z głowy myśli, które się w niej kłębią. Ją.
Grzmi. Gdybym miał być zjawiskiem pogodowym (właściwie nie wiem czemu miałbym mieć taki wybór, nie wyobrażam też sobie, że ktoś chciałby być np. mżawką) byłbym burzą. Czemu? Nieuchwytność? Chyba.
Błyska. Ktoś używa wielkiej lampy błyskowej żeby robić zdjęcia idiotom którzy ze strachu chowają się w domach.
Zadzwonić? Napisać? Pójść?
Nie potrafię.
Burza przeszła. Teraz powinna pojawić się tęcza, z którą może być jednak problem, bo jest noc.
Następnym razem.
Nie pada. Nie ma powodzi. Noe 2 nie przepłynął pod moim oknem.
Następnym razem.
Prawie zebrałem się w sobie.
Prawie robi... nie. Prawie chuj.
Zawód za zawodem.
(Bo ludzie tacy są).
Przerwa.
***
DEM.
- Kocham Cię. - Ja też.
Dobranoc.
Grzmi. Gdybym miał być zjawiskiem pogodowym (właściwie nie wiem czemu miałbym mieć taki wybór, nie wyobrażam też sobie, że ktoś chciałby być np. mżawką) byłbym burzą. Czemu? Nieuchwytność? Chyba.
Błyska. Ktoś używa wielkiej lampy błyskowej żeby robić zdjęcia idiotom którzy ze strachu chowają się w domach.
Zadzwonić? Napisać? Pójść?
Nie potrafię.
Burza przeszła. Teraz powinna pojawić się tęcza, z którą może być jednak problem, bo jest noc.
Następnym razem.
Nie pada. Nie ma powodzi. Noe 2 nie przepłynął pod moim oknem.
Następnym razem.
Prawie zebrałem się w sobie.
Prawie robi... nie. Prawie chuj.
Zawód za zawodem.
(Bo ludzie tacy są).
Przerwa.
***
DEM.
- Kocham Cię. - Ja też.
Dobranoc.
środa
O polityce. (tylko trochę)
- Aleksander Sopliński z PSL-u chce ocenzurować telewizję wycinając z niej schabowego i inne "niezdrowe" potrawy, zastępując je zupami. Wszystko po to, aby promować wśród polaków zdrowe odżywianie. Swoją drogą, ciekawe, czy gdy żona zrobi mu schabowego to oburzony wyrzuca go do kosza i każe podać sobie trochę sałaty i tofu.
Ale gdy tak patrzę na niego i innych posłów, wydaję mi się, że widząc żonę podającą mu jakąś sałatkę każe jej się nie wygłupiać i dać mu kartofle i kawał mięsa.*
- Więc po co to wszystko?
- A co, mają zajmować się czymś sensownym? Po co? Żeby coś spieprzyli? Lepiej zadbać o dobre odżywianie Polaków. Zdrowie jest przecież najważniejsze!
* Najlepiej schabowego.
Ale gdy tak patrzę na niego i innych posłów, wydaję mi się, że widząc żonę podającą mu jakąś sałatkę każe jej się nie wygłupiać i dać mu kartofle i kawał mięsa.*
- Więc po co to wszystko?
- A co, mają zajmować się czymś sensownym? Po co? Żeby coś spieprzyli? Lepiej zadbać o dobre odżywianie Polaków. Zdrowie jest przecież najważniejsze!
* Najlepiej schabowego.
sobota
O wakacjach.
- Wakacje!!
- No!!
- Juhu!!
- Hurraa!!
- To co robimy??
- Hm...
- Może... niee...
- Albo, hmm...
- ...
- ...
- No!!
- Juhu!!
- Hurraa!!
- To co robimy??
- Hm...
- Może... niee...
- Albo, hmm...
- ...
- ...
czwartek
O tym, jak powstał świat.
Żartuję, nie wiem.
Próbując ogarnąć to rozumem. Jeśli wszechświat ciągle się rozszerza to co jest w miejscu, gdzie jeszcze nie dotarł? Jeśli świat zaczął się od Wielkiego Wybuchu(r), to co było wcześniej, i co Wielce Wybuchło? Czy to wszystko w ogóle ma początek?
- Zastanawiałeś się kiedyś, jak powstał świat?
- Mam wystarczająco dużo własnych problemów
- No ale nie fascynuje cię to?
- A wymyślę w tej sprawie coś nowego?
- No nie ale..
- Nie uważasz, że zamiast myśleć o czymś, czego nikt, nigdy nie ogarnie lepiej byłoby zająć się sobą albo starać się rozwiązać zdecydowanie bardziej przyziemne problemy, takie jak nie wiem, głód na świecie?
- Wszechświat jest ciekawszy!
- Powiedz to głodnym dzieciom.
- Co tam jakieś dzieci, w obliczu odkrycia największej zagadki ludzkości!
- Powiedz to ich matkom.
- Co tam jakieś matki, w obliczu prawdy ostatecznej!
- Czyli gdybyś miał wybór, nakarmić głodne dziecko a dowiedzieć się trochę więcej o wszechświecie wybrałbyś to drugie?
- Zdecydowanie.
- Ja też.
Próbując ogarnąć to rozumem. Jeśli wszechświat ciągle się rozszerza to co jest w miejscu, gdzie jeszcze nie dotarł? Jeśli świat zaczął się od Wielkiego Wybuchu(r), to co było wcześniej, i co Wielce Wybuchło? Czy to wszystko w ogóle ma początek?
- Zastanawiałeś się kiedyś, jak powstał świat?
- Mam wystarczająco dużo własnych problemów
- No ale nie fascynuje cię to?
- A wymyślę w tej sprawie coś nowego?
- No nie ale..
- Nie uważasz, że zamiast myśleć o czymś, czego nikt, nigdy nie ogarnie lepiej byłoby zająć się sobą albo starać się rozwiązać zdecydowanie bardziej przyziemne problemy, takie jak nie wiem, głód na świecie?
- Wszechświat jest ciekawszy!
- Powiedz to głodnym dzieciom.
- Co tam jakieś dzieci, w obliczu odkrycia największej zagadki ludzkości!
- Powiedz to ich matkom.
- Co tam jakieś matki, w obliczu prawdy ostatecznej!
- Czyli gdybyś miał wybór, nakarmić głodne dziecko a dowiedzieć się trochę więcej o wszechświecie wybrałbyś to drugie?
- Zdecydowanie.
- Ja też.
sobota
O Tobie, Tobie i Tobie.
Osoba zbyt głupia, aby mieć własne zdanie. Zbyt tchórzliwa, by głosić własne zdanie. Zbyt naiwna, by wątpić w zdanie innych. Zbyt słaba, by umieć się postawić. Zbyt, nie mam pojęcia jaka, żeby chcieć się postawić. Zbyt fałszywa, by powiedzieć coś wprost. Zbyt nijaka, żeby chcieć zrobić coś inaczej. I żebym ja chciał pisać coś więcej.
Jeśli myślisz, że to na pewno nie jest o Tobie, pomyśl jeszcze raz.
Jeśli myślisz, że to na pewno nie jest o Tobie, pomyśl jeszcze raz.
czwartek
O ilościach śladowych.
- Kupiłem dziś pestki dyni (łuskane).
Z tylu opakowania było napisane:
Wyprodukowano w Chinach.
Produkt może zawierać śladowe ilości orzechów ziemnych, orzechów laskowych, orzechów włoskich, orzechów nerkowca, migdałów, pistacji oraz sezamu.
- Brakuje ostrzeżenia o śladowych ilościach małych chińskich dzieci i części samochodowych.
- I dżinsów.
Z tylu opakowania było napisane:
Wyprodukowano w Chinach.
Produkt może zawierać śladowe ilości orzechów ziemnych, orzechów laskowych, orzechów włoskich, orzechów nerkowca, migdałów, pistacji oraz sezamu.
- Brakuje ostrzeżenia o śladowych ilościach małych chińskich dzieci i części samochodowych.
- I dżinsów.
O przyjaźni.*
* O tym, że nie każdy może mieć przyjaciela, o tym, że nie każdy powinien mieć (zasługuje na) przyjaciela, o tym, że nie każdy nadaje się na przyjaciela, o tym, że nie każdy (mało kto) wie, co to przyjaźń.
- Straciłem przyjaciela. Znaliśmy się dziesięć lat. Mówiliśmy sobie wszystko, wiedzieliśmy o sobie wszystko. Gdy w moim życiu pojawiły się kłopoty, powiedział, że nie chcę żeby moje problemy wpływały na jego życie i odszedł.
- Nie martw się. Ja też straciłem kiedyś przyjaciela. Ale już jest dobrze.
- Tak? A co się stało?
- Znudził mi się.
- Straciłem przyjaciela. Znaliśmy się dziesięć lat. Mówiliśmy sobie wszystko, wiedzieliśmy o sobie wszystko. Gdy w moim życiu pojawiły się kłopoty, powiedział, że nie chcę żeby moje problemy wpływały na jego życie i odszedł.
- Nie martw się. Ja też straciłem kiedyś przyjaciela. Ale już jest dobrze.
- Tak? A co się stało?
- Znudził mi się.
"Tytuł zdradza za dużo" Pięć.
- Sąsiad rozbiera dach z azbestu, nie otwieraj dzisiaj okna.
- Ok.
Poszedłem na górę, otworzyłem okno i wziąłem kilka głębokich wdechów. Robienie zawsze na odwrót sprawia mi chyba w życiu najwięcej frajdy. Westchnąłem z zadowoleniem.
Powietrze z azbestem działa na mnie lepiej niż to górskie.
Stojąc w oknie rozmyślałem o wczorajszym dniu. I właściwie nie wiedziałem co o tym myśleć. Właściwie było do kitu. Nie rozmawialiśmy. Nie umiem rozmawiać. To wszystko jej wina. To ona wywołuje u mnie wewnętrzną blokadę. To przy niej czuję się tak, jakby cokolwiek co miałbym powiedzieć będzie głupie i bezsensowne. Wciąż mam jej za złe, że była na tym dachu, że się poznaliśmy, że wciąż siedzi w mojej głowie. Wciąż mam jej za złe, że przez nią nie skoczyłem.
Gdyby ona próbowała skoczyć z dachu, dmuchałbym jej w plecy.
Gdyby ona próbowała łyknąć jakieś proszki, dałbym jej silniejsze.
Gdyby ona próbowała podciąć sobie żyły, podałbym jej ostrzejszy nóż.
Gdyby ona próbowała się powiesić, upewniłbym się, że zrobiłaś odpowiednią pętle.
Właściwie, mógłbym zabić się teraz.
Właściwie, nie mógłbym.
Pierdolę. Mam dość myślenia o tym wszystkim.
Dzień spędziłem na koszeniu trawy i porządkach w ogrodzie.
Od dwóch lat próbuję przekonać matkę o upodobnieniu ogrodu do afrykańskiej sawanny. Wysoka trawa, której nikt nigdy nie kosi. Naturalna dzikość, którą człowiek może tylko oglądać, nigdy w nią nie ingerować bo zaburzy ekosystem. Tylko, że nasza będzie taka lepsza, bo nie będzie tu lwów.
Gdy wróciłem do domu, w kontakcie włączony miałem środek na komary. Jeden z nich upadł mi na biurko i dogorywał.
- Co, męczysz się, skurwielu?
Nie, nie odpowiedział mi.
Naprawdę dziwne by było jakby mi odpowiedział.
Padał deszcz. Lubię jak pada. Zastanawiam się czy to nie dlatego, że siedzenie w domu jest wtedy uzasadnione.
Oglądałem jakiś film. Właściwie powinien mieć tytuł "Jakiś" bo był tak przewidywalny i sztampowy, że nie zasługiwał nawet na własną, oryginalną nazwę.
Kobieta i mężczyzna. (Jej przyjaciel gej. Jego przyjaciel rasowy macho.) Nie znoszą się na początku. On od dawna jest z inną. Zakochują się w sobie. Rzuca inną. Są ze sobą. Nieporozumienie wywoływane przez inną. Kryzys. Pogodzenie się. Ślub. Pokazanie, jak życie innej legło w gruzach. Happy end.
Lubię bawić się w "Zgadnij, co będzie dalej" oglądając filmy.
Nie lubię bawić się w "Zgadnij, co będzie dalej" myśląc o sobie.
Poszedłem spać w świetnym humorze wynikającym z niczego.
Śnił mi się sen bez nawiązań, znaczeń, i powodów do nieprawidłowej interpretacji.
Obudziłem się w beznadziejnym humorze wynikającym z niczego.
Jeśli miałbym uzasadniać każdą zmianę nastroju wynikałyby one chyba z tego, że ktoś koło mnie przeszedł albo przechyliłem głowę w prawo. Albo zobaczyłem jak ktoś otwiera okno. Albo przez chmurę, która była biała.
Łał.
- Ok.
Poszedłem na górę, otworzyłem okno i wziąłem kilka głębokich wdechów. Robienie zawsze na odwrót sprawia mi chyba w życiu najwięcej frajdy. Westchnąłem z zadowoleniem.
Powietrze z azbestem działa na mnie lepiej niż to górskie.
Stojąc w oknie rozmyślałem o wczorajszym dniu. I właściwie nie wiedziałem co o tym myśleć. Właściwie było do kitu. Nie rozmawialiśmy. Nie umiem rozmawiać. To wszystko jej wina. To ona wywołuje u mnie wewnętrzną blokadę. To przy niej czuję się tak, jakby cokolwiek co miałbym powiedzieć będzie głupie i bezsensowne. Wciąż mam jej za złe, że była na tym dachu, że się poznaliśmy, że wciąż siedzi w mojej głowie. Wciąż mam jej za złe, że przez nią nie skoczyłem.
Gdyby ona próbowała skoczyć z dachu, dmuchałbym jej w plecy.
Gdyby ona próbowała łyknąć jakieś proszki, dałbym jej silniejsze.
Gdyby ona próbowała podciąć sobie żyły, podałbym jej ostrzejszy nóż.
Gdyby ona próbowała się powiesić, upewniłbym się, że zrobiłaś odpowiednią pętle.
Właściwie, mógłbym zabić się teraz.
Właściwie, nie mógłbym.
Pierdolę. Mam dość myślenia o tym wszystkim.
Dzień spędziłem na koszeniu trawy i porządkach w ogrodzie.
Od dwóch lat próbuję przekonać matkę o upodobnieniu ogrodu do afrykańskiej sawanny. Wysoka trawa, której nikt nigdy nie kosi. Naturalna dzikość, którą człowiek może tylko oglądać, nigdy w nią nie ingerować bo zaburzy ekosystem. Tylko, że nasza będzie taka lepsza, bo nie będzie tu lwów.
Gdy wróciłem do domu, w kontakcie włączony miałem środek na komary. Jeden z nich upadł mi na biurko i dogorywał.
- Co, męczysz się, skurwielu?
Nie, nie odpowiedział mi.
Naprawdę dziwne by było jakby mi odpowiedział.
Padał deszcz. Lubię jak pada. Zastanawiam się czy to nie dlatego, że siedzenie w domu jest wtedy uzasadnione.
Oglądałem jakiś film. Właściwie powinien mieć tytuł "Jakiś" bo był tak przewidywalny i sztampowy, że nie zasługiwał nawet na własną, oryginalną nazwę.
Kobieta i mężczyzna. (Jej przyjaciel gej. Jego przyjaciel rasowy macho.) Nie znoszą się na początku. On od dawna jest z inną. Zakochują się w sobie. Rzuca inną. Są ze sobą. Nieporozumienie wywoływane przez inną. Kryzys. Pogodzenie się. Ślub. Pokazanie, jak życie innej legło w gruzach. Happy end.
Lubię bawić się w "Zgadnij, co będzie dalej" oglądając filmy.
Nie lubię bawić się w "Zgadnij, co będzie dalej" myśląc o sobie.
Poszedłem spać w świetnym humorze wynikającym z niczego.
Śnił mi się sen bez nawiązań, znaczeń, i powodów do nieprawidłowej interpretacji.
Obudziłem się w beznadziejnym humorze wynikającym z niczego.
Jeśli miałbym uzasadniać każdą zmianę nastroju wynikałyby one chyba z tego, że ktoś koło mnie przeszedł albo przechyliłem głowę w prawo. Albo zobaczyłem jak ktoś otwiera okno. Albo przez chmurę, która była biała.
Łał.
piątek
O Dniu Matki.
- Gdybym umiał rysować, rysowałbym zajebiście - pomyślał rysując na kartce ludziki składające się z koła i pięciu kresek ukrzyżowane na ogromnej butelce oranżady.
- Bo właściwie, co to znaczy ładnie rysować? - mówił dorysowując ludzikom trójkątne imprezowe czapeczki.
- Że niby widać każdy szczegół na twarzy? I co? Że niby w ogóle coś widać. Phi. Brzydkie rysunki są jak książki, trzeba wysilić wyobraźnie. Idioci tego nie potrafią.
Starannie, z wystawionym językiem dorysowywał rozmaite zwierzęta, żółwie, kotki i salamandry, które wyglądały bardziej jak zestaw sztućców.
- Nikt nie będzie oceniał tego, co ja tworzę. Nikt.
Podpisał się w prawym dolnym rogu. Zawsze podpisywał się w połowie tworzenia.
- No bo co to jest, ocena? Kto, poza mną, ma prawo oceniać?
Wziął czerwoną kredkę, odwrócił kartkę i zamazał całą stronę na czerwono. Piekło.
W piekle stały ludziki trzymające nad głowami kartki "Krytyk" i "Nigdy Cię nie lubiłem, Michał"
- Tak.
Z powrotem odwrócił kartkę i domalował ogromnego kreta trzymającego bukiet róż.
- Taak.
Wpadł w agonie. Na kartce pojawiało się coraz więcej kształtów. Ryby, styropian i trzy dachówki.
Rysunek coraz bardziej mu się podobał. I na pewno spodoba się jej. Czuł to.
- Jeszcze tylko tu.
Korkociąg.
- I tu.
Jezus (kółko, pięć kresek i broda).
- I tu!
W pustym miejscu na środku kartki, które starannie odgrodził siatką na początku rysowania, powoli, z ogromną dbałością, jak gdyby minimalny błąd miałby zniweczyć całą pracę napisał drukowanymi literami:
"Wszystkiego najlepszego Mamo"
- Bo właściwie, co to znaczy ładnie rysować? - mówił dorysowując ludzikom trójkątne imprezowe czapeczki.
- Że niby widać każdy szczegół na twarzy? I co? Że niby w ogóle coś widać. Phi. Brzydkie rysunki są jak książki, trzeba wysilić wyobraźnie. Idioci tego nie potrafią.
Starannie, z wystawionym językiem dorysowywał rozmaite zwierzęta, żółwie, kotki i salamandry, które wyglądały bardziej jak zestaw sztućców.
- Nikt nie będzie oceniał tego, co ja tworzę. Nikt.
Podpisał się w prawym dolnym rogu. Zawsze podpisywał się w połowie tworzenia.
- No bo co to jest, ocena? Kto, poza mną, ma prawo oceniać?
Wziął czerwoną kredkę, odwrócił kartkę i zamazał całą stronę na czerwono. Piekło.
W piekle stały ludziki trzymające nad głowami kartki "Krytyk" i "Nigdy Cię nie lubiłem, Michał"
- Tak.
Z powrotem odwrócił kartkę i domalował ogromnego kreta trzymającego bukiet róż.
- Taak.
Wpadł w agonie. Na kartce pojawiało się coraz więcej kształtów. Ryby, styropian i trzy dachówki.
Rysunek coraz bardziej mu się podobał. I na pewno spodoba się jej. Czuł to.
- Jeszcze tylko tu.
Korkociąg.
- I tu.
Jezus (kółko, pięć kresek i broda).
- I tu!
W pustym miejscu na środku kartki, które starannie odgrodził siatką na początku rysowania, powoli, z ogromną dbałością, jak gdyby minimalny błąd miałby zniweczyć całą pracę napisał drukowanymi literami:
"Wszystkiego najlepszego Mamo"
czwartek
O ludziach tłustych.
- Zawsze śmiejesz się z ludzi biednych, brzydkich, starych, martwych, upośledzonych, wierzących, z anarchistów czy z kalek. Dlaczego nigdy nie śmiejesz się z grubasów?
- Po prostu są na świecie rzeczy z których nie wypada się śmiać.
- Po prostu są na świecie rzeczy z których nie wypada się śmiać.
środa
O chujmnietoboliźmie.
Chujmnietobolizm - (od pochodzącego z języka polskiego powiedzenia "chuj mnie to boli") - zwana też mamtowdupizmem, ichujizmem; w psychopatii cecha osobowości, polegająca m.in. na braku uczuć wyższych, instrumentalnym traktowaniu innych i chłodnych relacjach interpersonalnych, zerową empatią w stosunku do drugiej osoby, traktowaniem ludzi z góry oraz nie przejmowaniem się losem zarówno swoim, jak i innych.
Osoby z tą cechą osobowości często manipulują innymi, chcąc osiągnąć zyski tylko dla siebie. Uważają się za jednostki lepsze od innych. Nie liczą się z potrzebami innych ludzi, nie przejmują się sytuacją dziejącą się w okół nich. Mają to w dupie.
Chujmnietobolizm przez niektórych uważany jest za połączenie zjawisk takich jak egoizm, makiawelizm, egocentryzm, arogancja, egotyzm oraz megalomania.
Znany jest też tzw. chujmnietobolizm sztuczny w którym osoba wmawia innym, a często sobie, że posiada wymienioną wyżej cechę, jednak w rzeczywistości głęboko ukrywa to, że nie potrafi poradzić sobie z problemem. Chujmnietobolizm sztuczny stwierdzany jest w niemal wszystkich znanych przypadkach chujmnietobolizmu.
Osoby z tą cechą osobowości często manipulują innymi, chcąc osiągnąć zyski tylko dla siebie. Uważają się za jednostki lepsze od innych. Nie liczą się z potrzebami innych ludzi, nie przejmują się sytuacją dziejącą się w okół nich. Mają to w dupie.
Chujmnietobolizm przez niektórych uważany jest za połączenie zjawisk takich jak egoizm, makiawelizm, egocentryzm, arogancja, egotyzm oraz megalomania.
Znany jest też tzw. chujmnietobolizm sztuczny w którym osoba wmawia innym, a często sobie, że posiada wymienioną wyżej cechę, jednak w rzeczywistości głęboko ukrywa to, że nie potrafi poradzić sobie z problemem. Chujmnietobolizm sztuczny stwierdzany jest w niemal wszystkich znanych przypadkach chujmnietobolizmu.
poniedziałek
O tym, że nieważne jak jest źle, lepiej jest żyć, niż nie żyć!
- Jak się czujesz?
- Na moim czole możesz smażyć jajka, z każdym kaszlnięciem wypluwam fragmenty płuc, a flegmy w gardle mam więcej niż śliny.
- Przynajmniej żyjesz!
- Weź spierdalaj.
Bo czasem zastanawiam się, czy nie lepiej jest nie mieć nogi niż mieć grypę.
Brak nogi nie boli, puste miejsce po nodze nie gorączkuje, nie kaszle jak pies i nie leje się z niego flegma.
Jednakże współczuję chorym na grypę kalekom.
- Na moim czole możesz smażyć jajka, z każdym kaszlnięciem wypluwam fragmenty płuc, a flegmy w gardle mam więcej niż śliny.
- Przynajmniej żyjesz!
- Weź spierdalaj.
Bo czasem zastanawiam się, czy nie lepiej jest nie mieć nogi niż mieć grypę.
Brak nogi nie boli, puste miejsce po nodze nie gorączkuje, nie kaszle jak pies i nie leje się z niego flegma.
Jednakże współczuję chorym na grypę kalekom.
czwartek
O szczęściu.
- Masz tak czasem, że mimo, że wszystko pozornie się układa, wciąż czujesz się źle, nie wiesz co z sobą zrobić i wydaje ci się, że wszystko i tak się spieprzy?
- A da się inaczej?
- No, to się chyba nawet jakoś nazywa. "Szczęście"? "Radość"? Coś w tym stylu.
- Nigdy nie słyszałem. To się zjada czy jak?
- A da się inaczej?
- No, to się chyba nawet jakoś nazywa. "Szczęście"? "Radość"? Coś w tym stylu.
- Nigdy nie słyszałem. To się zjada czy jak?
sobota
O śmierci Jezusa Chrystusa.
Wisiał na krzyżu uśmiechając się lekko.
- Co cię tak bawi?
- Ty.
Zaczęli go biczować. Krew ściekała po ustach wykrzywionych w spokojnym uśmiechu.
- Rzeczywiście zabawne. Umrzesz. Jeśli nie za parę godzin od wiszenia, to od dzidy, którą zaraz Cię ukłuję w... lewy czy tam prawy bok, nie wiem, mam napisane, zaraz sprawdzę.
Wyjął kartkę, którą znalazł dziś rano koło łóżka. Nagłówek głosił: "Jak efektownie i boleśnie zabić tego złego żyda Jezusa (aby jego śmierć przemówiła do wyobraźni milionów)". Było tam co najmniej piętnaście podpunktów. Uznał, że postępowanie wg niej będzie ciekawe.
- Prawy.
- Prawy. - wyszeptał Jezus w tej samej chwili.
- Skąd wiesz?
- Czy to, że jestem synem Boga może mieć z tym coś wspólnego? Idiota.
- Zamknij się skurwielu!
Dźgnął go w lewy bok.
- Miał być prawy bok, PRAWY! Lewy profil mam gorszy! Nie będzie tak efektownie! I miałeś mnie dźgnąć po tym jak umrę, PO ŚMIERCI! A moja matka nie jest kurwą, uwierz na słowo.
- O czym ty kurwa mówisz?
- No nie jest, nawet się nie pieprzyła.
- Nie to. Jaka kurwa efektowność?
Ponownie wyciągnął swoją kartkę. Zwrócił uwagę na dopisek "(aby jego śmierć przemówiła do wyobraźni milionów)"
- O co tu do cholery chodzi?
Rozmyślenia przerwał mu grom.
- Kurwaaaa tatoo za wcześnie, żyję jeszcze! Poza tym nie powiedziałem słowa-klucza: "Wykonało się!" - krzyknął patrząc w niebo.
Znów zagrzmiało.
- Kretyn.
Godzinę później:
- Długo jeszcze?
- He?
- No ile to jeszcze potrwa? Nudzę się.
- Długo, dlatego to taka straszna śmierć, hehe.
- Jesteś żałosny. Widziałeś gdzieś moją matkę, Maryję?
- Pobiegła gdzieś. Krzyczała coś o jakimś całunie.
- Nie zdążyła. Będą musieli go podrobić, trudno.
- Trudno? Własna matka Cię olała.
- Głupi jesteś, nic nie rozumiesz.
- Oświeć mnie.
- Nie zasługujesz.
- Czy ta twoja śmieszna religia nie mówi, że każdy zasługuję na wybaczenie i odkupienie?
- Ty nie. Spierdalaj.
Dwie godziny później:
Jeden z dwóch ludzi wiszących obok Jezusa zaczął mamrotać.
- Jestem winny, ale szczerze żałuję swoich win. Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa.
- ZAMKNIJ MORDĘ! - Krzyknął Jezus jednocześnie z drugim wiszącym.
- Dzięki. Zaprawdę, powiadam ci: dziś ze mną będziesz w raju.
Trzy godziny później:
- Dlaczego to robisz? Dlaczego dobrowolnie dałeś się zabić?
- Żeby odkupić twoje grzechy, uwolnić cię od szatana itp.
- A tak naprawdę?
- Powiem ci, ale i tak mi nie uwierzysz. Żeby nasi wysłannicy na ziemi mogli was kontrolować jak zwierzęta.
- "Nasi"?
- Moi i taty.
- Ale skoro Bóg jest tak potężny, to czemu po prostu nie użyje swojej mocy żeby samemu pokierować ludźmi?
- Nie może. Pieprzona ludzka wolna wola.
Jakiś czas później:
- Boże mój, Boże mój, czemuś mnie... pieprzę to, nie będę tego krzyczał, dopiszą to sobie potem.
- He? Dlaczego czasem mówisz tak dziwnie?
- Będą to potem cytować. Dajcie ocet, pić mi się chcę.
- Ok, ale umrzyj już wreszcie.
- Taki jest plan.
Chwilę później:
- Wykonało się!
Cisza. Wszystko było zaskakująco spokojne.
- Wykonało się!!
Cisza. Ludzie zaczęli spoglądać na Jezusa z politowaniem większym, niż dotychczas.
- WYKONAŁO SIĘ KURWA!!!
Niebo rozświetliło się od błyskawic, pioruny zaczęły walić o ziemię.
Jezus umarł.
- Co cię tak bawi?
- Ty.
Zaczęli go biczować. Krew ściekała po ustach wykrzywionych w spokojnym uśmiechu.
- Rzeczywiście zabawne. Umrzesz. Jeśli nie za parę godzin od wiszenia, to od dzidy, którą zaraz Cię ukłuję w... lewy czy tam prawy bok, nie wiem, mam napisane, zaraz sprawdzę.
Wyjął kartkę, którą znalazł dziś rano koło łóżka. Nagłówek głosił: "Jak efektownie i boleśnie zabić tego złego żyda Jezusa (aby jego śmierć przemówiła do wyobraźni milionów)". Było tam co najmniej piętnaście podpunktów. Uznał, że postępowanie wg niej będzie ciekawe.
- Prawy.
- Prawy. - wyszeptał Jezus w tej samej chwili.
- Skąd wiesz?
- Czy to, że jestem synem Boga może mieć z tym coś wspólnego? Idiota.
- Zamknij się skurwielu!
Dźgnął go w lewy bok.
- Miał być prawy bok, PRAWY! Lewy profil mam gorszy! Nie będzie tak efektownie! I miałeś mnie dźgnąć po tym jak umrę, PO ŚMIERCI! A moja matka nie jest kurwą, uwierz na słowo.
- O czym ty kurwa mówisz?
- No nie jest, nawet się nie pieprzyła.
- Nie to. Jaka kurwa efektowność?
Ponownie wyciągnął swoją kartkę. Zwrócił uwagę na dopisek "(aby jego śmierć przemówiła do wyobraźni milionów)"
- O co tu do cholery chodzi?
Rozmyślenia przerwał mu grom.
- Kurwaaaa tatoo za wcześnie, żyję jeszcze! Poza tym nie powiedziałem słowa-klucza: "Wykonało się!" - krzyknął patrząc w niebo.
Znów zagrzmiało.
- Kretyn.
Godzinę później:
- Długo jeszcze?
- He?
- No ile to jeszcze potrwa? Nudzę się.
- Długo, dlatego to taka straszna śmierć, hehe.
- Jesteś żałosny. Widziałeś gdzieś moją matkę, Maryję?
- Pobiegła gdzieś. Krzyczała coś o jakimś całunie.
- Nie zdążyła. Będą musieli go podrobić, trudno.
- Trudno? Własna matka Cię olała.
- Głupi jesteś, nic nie rozumiesz.
- Oświeć mnie.
- Nie zasługujesz.
- Czy ta twoja śmieszna religia nie mówi, że każdy zasługuję na wybaczenie i odkupienie?
- Ty nie. Spierdalaj.
Dwie godziny później:
Jeden z dwóch ludzi wiszących obok Jezusa zaczął mamrotać.
- Jestem winny, ale szczerze żałuję swoich win. Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa.
- ZAMKNIJ MORDĘ! - Krzyknął Jezus jednocześnie z drugim wiszącym.
- Dzięki. Zaprawdę, powiadam ci: dziś ze mną będziesz w raju.
Trzy godziny później:
- Dlaczego to robisz? Dlaczego dobrowolnie dałeś się zabić?
- Żeby odkupić twoje grzechy, uwolnić cię od szatana itp.
- A tak naprawdę?
- Powiem ci, ale i tak mi nie uwierzysz. Żeby nasi wysłannicy na ziemi mogli was kontrolować jak zwierzęta.
- "Nasi"?
- Moi i taty.
- Ale skoro Bóg jest tak potężny, to czemu po prostu nie użyje swojej mocy żeby samemu pokierować ludźmi?
- Nie może. Pieprzona ludzka wolna wola.
Jakiś czas później:
- Boże mój, Boże mój, czemuś mnie... pieprzę to, nie będę tego krzyczał, dopiszą to sobie potem.
- He? Dlaczego czasem mówisz tak dziwnie?
- Będą to potem cytować. Dajcie ocet, pić mi się chcę.
- Ok, ale umrzyj już wreszcie.
- Taki jest plan.
Chwilę później:
- Wykonało się!
Cisza. Wszystko było zaskakująco spokojne.
- Wykonało się!!
Cisza. Ludzie zaczęli spoglądać na Jezusa z politowaniem większym, niż dotychczas.
- WYKONAŁO SIĘ KURWA!!!
Niebo rozświetliło się od błyskawic, pioruny zaczęły walić o ziemię.
Jezus umarł.
O ludziach zwykłych. (wywiad #1)
Jak się nazywam? Nie, to nie ważne, wie pani, w dzisiejszym świecie lepiej pozostać anonimowym. Nie wychylać się.
Lat mam 37.
Coś o sobie? Jestem kawalerem, od roku mieszkam sam, wcześniej z rodzicami, wie pani, nadszedł czas żeby się usamodzielnić <śmiech>. Radzę sobie świetnie.
Coś o moim życiu? Kocham moje życie. Jestem spełnionym człowiekiem. Pracuję... gdzie? Jestem informatykiem. Mam kochających rodziców, dach nad głową, chodzę do kościoła. Czego więcej mi potrzeba?
Miłości? Nie wierzę w miłość. Nie potrzebuję nikogo. Nie chcę mieć Dobrze czuję się sam.
Dlaczego nie chcę mieć nikogo? Dodatkowe zobowiązania. Problemy. Mam rodziców, to mi wystarczy. Hoduję też paprotkę.
Czy uważam że moje życie jest nudne? Nie, zdecydowanie nie. Cały czas staram się je urozmaicać. Wie pani, chodzę do pracy inną drogą, kupuję olej innej firmy albo przesuwam łóżko. Zdecydowanie mi to wystarcza.
Czy zrobiłem w życiu coś szalonego? Tak, żeby to raz <śmiech>. Aż sam się sobie dziwię bo na ogół jestem człowiekiem raczej spokojnym. Raz oblizałem nóż podczas robienia sobie kanapek do pracy. Gdy myślę o tym, co mogło mi się wtedy stać dostaję drgawek. Nie chcę nic mówić o odpuszczeniu niedzielnej mszy, ten wywiad pewnie będzie czytać zaprzyjaźniony z moją rodziną proboszcz, każdy mój znajomy już wie o tym, że go udzielam.
Moi znajomi? Wie Pani, ciężko znaleźć dobrych znajomych. Zawsze lepiej dogadywałem się ze starszymi ludźmi, moi znajomi to znajomi moich rodziców. Serdecznie ich pozdrawiam.
Marzenia? Nie marzę o niczym. Dobrze mi tak, jak jest teraz. Chociaż nie, jest jedno.
Reklamują teraz w telewizorze opiekacz do tostów, naprawdę chciałbym go sobie kupić.
Czy chciałbym osiągnąć w życiu coś więcej? Nie, nie czuję takiej potrzeby. Bo po co? Po co męczyć się, skoro to życie to tylko wstęp do życia wiecznego? Uważam, że moim jedynym celem teraz jest spokojne, pobożne życie.
Tak, jestem bardzo wierzący. Żyję tak, aby Bóg był ze mnie zadowolony.
Co zostanie po mnie gdy umrę?
Lat mam 37.
Coś o sobie? Jestem kawalerem, od roku mieszkam sam, wcześniej z rodzicami, wie pani, nadszedł czas żeby się usamodzielnić <śmiech>. Radzę sobie świetnie.
Coś o moim życiu? Kocham moje życie. Jestem spełnionym człowiekiem. Pracuję... gdzie? Jestem informatykiem. Mam kochających rodziców, dach nad głową, chodzę do kościoła. Czego więcej mi potrzeba?
Miłości? Nie wierzę w miłość. Nie potrzebuję nikogo. Nie chcę mieć Dobrze czuję się sam.
Dlaczego nie chcę mieć nikogo? Dodatkowe zobowiązania. Problemy. Mam rodziców, to mi wystarczy. Hoduję też paprotkę.
Czy uważam że moje życie jest nudne? Nie, zdecydowanie nie. Cały czas staram się je urozmaicać. Wie pani, chodzę do pracy inną drogą, kupuję olej innej firmy albo przesuwam łóżko. Zdecydowanie mi to wystarcza.
Czy zrobiłem w życiu coś szalonego? Tak, żeby to raz <śmiech>. Aż sam się sobie dziwię bo na ogół jestem człowiekiem raczej spokojnym. Raz oblizałem nóż podczas robienia sobie kanapek do pracy. Gdy myślę o tym, co mogło mi się wtedy stać dostaję drgawek. Nie chcę nic mówić o odpuszczeniu niedzielnej mszy, ten wywiad pewnie będzie czytać zaprzyjaźniony z moją rodziną proboszcz, każdy mój znajomy już wie o tym, że go udzielam.
Moi znajomi? Wie Pani, ciężko znaleźć dobrych znajomych. Zawsze lepiej dogadywałem się ze starszymi ludźmi, moi znajomi to znajomi moich rodziców. Serdecznie ich pozdrawiam.
Marzenia? Nie marzę o niczym. Dobrze mi tak, jak jest teraz. Chociaż nie, jest jedno.
Reklamują teraz w telewizorze opiekacz do tostów, naprawdę chciałbym go sobie kupić.
Czy chciałbym osiągnąć w życiu coś więcej? Nie, nie czuję takiej potrzeby. Bo po co? Po co męczyć się, skoro to życie to tylko wstęp do życia wiecznego? Uważam, że moim jedynym celem teraz jest spokojne, pobożne życie.
Tak, jestem bardzo wierzący. Żyję tak, aby Bóg był ze mnie zadowolony.
Co zostanie po mnie gdy umrę?
środa
O(ho-ho), O(jaCię) i O(dkurz'acz)
Japonia. Prawdopodobnie z patologicznej potrzeby napisania czegokolwiek. Z chorej ochoty kliknięcia w guzik "Publikuj posta." I co? Gówno. Tak oto powstaje najgorszy wpis tego bloga, bo zawsze musi być jakiś najgorszy wpis. Tak żeby te inne, też słabe, wydały się lepsze, mocniej kolorowe i bardziej. Juhu. Więc bawmy się. Czad. Akcja. Styropian. Czy azbestowi jest smutno, że jest niezdrowy i ludzie boją się nim oddychać? Czy kamień wie, że się nie rusza? Czy jeśli przedmiot ma duszę, to po połączeniu dwóch przedmiotów ich dusze łączą się? Czy powinienem napisać o czymś sensownym? Nie. Czemu? Bo nic sensownego nie mam do powiedzenia? Tak. Czy ma to związek z tym, że (jeśli ty jesteś szczęśliwa to ja) mam grypę, która nie pozwala mi sensownie myśleć? Tak, tak będę się tłumaczył. I nie mam zdania, pora ściągnąć boczne kółka. Jeśli od dziecka każdy dzień nazywalibyście jak rozdział książki, jak nazywałby się dzisiejszy?
*
Jak wiele z nich nazywałoby się identycznie? Pewnie dużo. Smutne, żałosne. Grypa, ehe, taka, która blokuje mózg. Dlaczego świńska i ptasia grypa grozi nam bardziej niż ta ludzka? Czy ja jestem bardziej świnio-ptakiem niż człowiekiem? I wenę, tak, wenę też! I ten 10. Japonia. Myślałem też trochę o zapiekankach. Właściwie to nie mam pojęcia, o co jej chodziło. Trudno. Chociaż tak gównie to zastanawiam się ostatnio tylko nad tym, co by było, gdyby po prostu. Myślałem też o muzyce. Takiej prawdziwej, najlepiej z drewna. Współczucie? Słyszałem, podobno dobre jak się posoli. Wychodzi na to, że niemało myślę. Ech. Za dużo? Chyba. Kapkę. Troszkę. Ciupkę. Tkę? Właściwie nie wiem, co to znaczy. Publikuj posta. Orgazm. Kontekst. Japonia.
*Reklama.
*
Jak wiele z nich nazywałoby się identycznie? Pewnie dużo. Smutne, żałosne. Grypa, ehe, taka, która blokuje mózg. Dlaczego świńska i ptasia grypa grozi nam bardziej niż ta ludzka? Czy ja jestem bardziej świnio-ptakiem niż człowiekiem? I wenę, tak, wenę też! I ten 10. Japonia. Myślałem też trochę o zapiekankach. Właściwie to nie mam pojęcia, o co jej chodziło. Trudno. Chociaż tak gównie to zastanawiam się ostatnio tylko nad tym, co by było, gdyby po prostu. Myślałem też o muzyce. Takiej prawdziwej, najlepiej z drewna. Współczucie? Słyszałem, podobno dobre jak się posoli. Wychodzi na to, że niemało myślę. Ech. Za dużo? Chyba. Kapkę. Troszkę. Ciupkę. Tkę? Właściwie nie wiem, co to znaczy. Publikuj posta. Orgazm. Kontekst. Japonia.
*Reklama.
czwartek
O chceniu i niechceniu. (Nie chcę nie chcieć, bardzo chcę chcieć)
Nie chcę pamiętać o połknięciu witamin.
Chcę zapomnieć śniadania.
Nie chcę omijać nieznajomego.
Chcę wziąć od niego cukierka.
Nie chcę myć rąk przed posiłkiem.
Chcę zjeść go nie używając widelca.
Nie chcę być ostrożnym.
Chcę spaść z każdego drzewa, na jakie wejdę.
Nie chcę warzyw do obiadu.
Chcę się przed nim najeść słodyczy.
Nie chcę mówić "Dzień dobry" sąsiadom.
Chcę wystawiać język i używać brzydkich słów.
Nie chcę uczyć się dobrego wychowania.
Chcę położyć łokcie na stół.
Nie chcę zachowywać się jak przystało.
Chcę dłubać w nosie i smarkać w rękaw.
Nie chcę kłaść się wcześnie.
Chcę oglądać filmy dla dorosłych.
Nie chcę iść prosto do domu.
Chcę chodzić tylko ciemnymi zaułkami.
Nie chcę patrzeć w lewo, w prawo, a potem znów w lewo.
Chcę przechodzić na czerwonym świetle.
Nie chcę myśleć o tym, co chcę robić w życiu.
Chcę po prostu robić to, na co mam ochotę.
Chcę zapomnieć śniadania.
Nie chcę omijać nieznajomego.
Chcę wziąć od niego cukierka.
Nie chcę myć rąk przed posiłkiem.
Chcę zjeść go nie używając widelca.
Nie chcę być ostrożnym.
Chcę spaść z każdego drzewa, na jakie wejdę.
Nie chcę warzyw do obiadu.
Chcę się przed nim najeść słodyczy.
Nie chcę mówić "Dzień dobry" sąsiadom.
Chcę wystawiać język i używać brzydkich słów.
Nie chcę uczyć się dobrego wychowania.
Chcę położyć łokcie na stół.
Nie chcę zachowywać się jak przystało.
Chcę dłubać w nosie i smarkać w rękaw.
Nie chcę kłaść się wcześnie.
Chcę oglądać filmy dla dorosłych.
Nie chcę iść prosto do domu.
Chcę chodzić tylko ciemnymi zaułkami.
Nie chcę patrzeć w lewo, w prawo, a potem znów w lewo.
Chcę przechodzić na czerwonym świetle.
Nie chcę myśleć o tym, co chcę robić w życiu.
Chcę po prostu robić to, na co mam ochotę.
wtorek
O kawie, wenie i problemach.
Kawa wyszła.
Wena wyszła.
Siedział w pokoju głupio wpatrując się w klawiaturę. Myślał o gównie. Nie, nie o niczym. Dosłownie, o gównie. Z gówna myśli przeszły mu na pomidory. Po pomidorach zaczął myśleć o życiu. Dzień bez bezcelowego myślenia o życiu jest dniem straconym - powiedział sobie w myślach. Bo przecież nie mówił głośno, gdyby mówił głośno będąc w pokoju sam uznali by go za czubka. Chyba że miałby zestaw głośnomówiący. Ale nie miał. Więc nie mówił. Myślał. Nie wymyślił nic nowego, ale odhaczył to z listy "Rzeczy bezcelowych jakich w sumie nie muszę, ale je zrobię, dzisiaj, sam nie wiem dlaczego". Na liście było też zajrzenie do lodówki bez wyciągania czegokolwiek, położenie się na łóżku odwrotnie niż leżą poduszki i kilka innych, równie nudnych, dziwnych i bezcelowych zajęć. Ale lubił to. Mając nadzieję, że to nie dlatego, że nie ma nic lepszego do roboty. Po przemyśleniach na temat robienia bezcelowych czynności zaczął zastanawiać się, czemu ostatnio tak często pisze o sobie w trzeciej osobie. Ależ to głupie - pomyślał sobie i zaczął pisać coś w nadziei, że w końcu napisze coś sensownego.
"Kawa wyszła.
Wena wyszła."
Może być - pomyślał sobie i zaczął myśleć o gównie.
Wena wyszła.
Siedział w pokoju głupio wpatrując się w klawiaturę. Myślał o gównie. Nie, nie o niczym. Dosłownie, o gównie. Z gówna myśli przeszły mu na pomidory. Po pomidorach zaczął myśleć o życiu. Dzień bez bezcelowego myślenia o życiu jest dniem straconym - powiedział sobie w myślach. Bo przecież nie mówił głośno, gdyby mówił głośno będąc w pokoju sam uznali by go za czubka. Chyba że miałby zestaw głośnomówiący. Ale nie miał. Więc nie mówił. Myślał. Nie wymyślił nic nowego, ale odhaczył to z listy "Rzeczy bezcelowych jakich w sumie nie muszę, ale je zrobię, dzisiaj, sam nie wiem dlaczego". Na liście było też zajrzenie do lodówki bez wyciągania czegokolwiek, położenie się na łóżku odwrotnie niż leżą poduszki i kilka innych, równie nudnych, dziwnych i bezcelowych zajęć. Ale lubił to. Mając nadzieję, że to nie dlatego, że nie ma nic lepszego do roboty. Po przemyśleniach na temat robienia bezcelowych czynności zaczął zastanawiać się, czemu ostatnio tak często pisze o sobie w trzeciej osobie. Ależ to głupie - pomyślał sobie i zaczął pisać coś w nadziei, że w końcu napisze coś sensownego.
"Kawa wyszła.
Wena wyszła."
Może być - pomyślał sobie i zaczął myśleć o gównie.
poniedziałek
O zdradzie.
Jak się czujesz, zdradzając przyjaciół? Odczuwasz radość? Dreszczyk emocji? Podniecenie? Ten słodki smak władzy, możliwości wpłynięcia na czyjś los, możliwości zniszczenia osoby paroma słowami. Świadomość, że ktoś zaufał Ci na tyle, by powierzyć sekrety, nad którymi panujesz. Robisz z nimi co zechcesz. To nie jest przestroga, to nie jest upomnienie, to nie jest kazanie. To wyraz zazdrości. Zazdrości, że mimo to, potrafisz żyć. Potrafisz się uśmiechać. Potrafisz jeść, pić, spać, funkcjonować - tak, jakby nic się nie stało. Udajesz, że nic się nie stało. A może nie udajesz?
O przypadkach.
- Wierzysz w przypadki?
- Jedyne przypadki, w które wierzę to te, przez które się odmienia. Kiedyś przypadkowo coś wybuchło, przypadkowo rodząc wszechświat, na którym przypadkowo zaczęło rozwijać się życie, które całkiem przypadkowo zaczęło ewoluować w ludzi, którym całkiem przypadkowo wytworzył się mózg zdolny do abstrakcyjnego myślenia. Wszelkie odkrycia były przypadkami. Ktoś by się nie urodził i wciąż żylibyśmy w jaskini. Ktoś by się urodził i już teraz zwiedzalibyśmy marsa. I przede wszystkim - nasze życie - przypadek, zbieg okoliczności, szansa jedna na sto milionów. Ułamek sekundy w wyścigu plemników i nie byłoby Cię tutaj. Na pewno? Twoje życie nie jest jedynie zbiorem przypadków. Jest sumą świadomych wyborów. Twoich wyborów.
- Jedyne przypadki, w które wierzę to te, przez które się odmienia. Kiedyś przypadkowo coś wybuchło, przypadkowo rodząc wszechświat, na którym przypadkowo zaczęło rozwijać się życie, które całkiem przypadkowo zaczęło ewoluować w ludzi, którym całkiem przypadkowo wytworzył się mózg zdolny do abstrakcyjnego myślenia. Wszelkie odkrycia były przypadkami. Ktoś by się nie urodził i wciąż żylibyśmy w jaskini. Ktoś by się urodził i już teraz zwiedzalibyśmy marsa. I przede wszystkim - nasze życie - przypadek, zbieg okoliczności, szansa jedna na sto milionów. Ułamek sekundy w wyścigu plemników i nie byłoby Cię tutaj. Na pewno? Twoje życie nie jest jedynie zbiorem przypadków. Jest sumą świadomych wyborów. Twoich wyborów.
sobota
"Tytuł zdradza za dużo" Cztery.
Nie mogłem zasnąć. Cały czas miałem wrażenie, że wychodząc stamtąd popełniłem cholernie duży błąd. Postanowiłem, że jutro tam wrócę. Wcale nie przez nią. Wcale.
Śniły mi się drzewa. Nie mam pojęcia dlaczego śniły mi się drzewa.
Spędziłem na tym dachu kilka godzin, jednak wcale nie miałem zamiaru wrócić do domu. Przebywanie tam było zaskakująco przyjemne, pomimo faktu, że wczoraj chciałem tu umrzeć.
-Przestępcy zawsze wracają na miejsce zbrodni.
Poznałem ten głos. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. A raczej coś, co było by uśmiechem, gdyby nie to, że nieużywane mięśnie zanikają i to co miało nim być, stało się dziwnym grymasem, który zniknął zanim zdążyłem się odwrócić.
- Co ty tu robisz?
Zawsze ale to zawsze, gdy jestem w pobliżu osoby, która nie jest mi obojętna, mówię rzeczy głupie, odległe od tego co naprawdę chcę powiedzieć i uczucie, że powiedziałem coś nie tak, towarzyszy mi przez całą rozmowę.
- Och, codziennie przychodzę tu sprawdzać, czy jakiś idiota nie przyszedł się zabić.
- Heh.
Jest ze mną coraz gorzej. Nie umiem mówić.
- Au! To naprawdę zabolało, trafiłeś mnie w mój czuły punkt! Z tobą naprawdę jest coraz gorzej. Masz ochotę się przejść?
- Do KFC?
- Nie, w Macu jest promocja na szejki.
Szliśmy w ciszy. Miałem ochotę zapytać o wszystko, wiedzieć o każdej rzeczy związanej z jej życiem, z nią samą i z jej sposobem bycia, nie wiedziałem jak zacząć, uznałem ze to będzie głupie i uzna mnie za dziwaka.
Nie wiem jak zachować się w tej sytuacji. Zdałem sobie sprawę, że jestem niedorozwinięty jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie. Umysłowy impotent. Brzydkie, samotne zwierzątko. Pierwszy raz w życiu naprawdę źle się z tym czułem.
Śniły mi się drzewa. Nie mam pojęcia dlaczego śniły mi się drzewa.
Spędziłem na tym dachu kilka godzin, jednak wcale nie miałem zamiaru wrócić do domu. Przebywanie tam było zaskakująco przyjemne, pomimo faktu, że wczoraj chciałem tu umrzeć.
-Przestępcy zawsze wracają na miejsce zbrodni.
Poznałem ten głos. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. A raczej coś, co było by uśmiechem, gdyby nie to, że nieużywane mięśnie zanikają i to co miało nim być, stało się dziwnym grymasem, który zniknął zanim zdążyłem się odwrócić.
- Co ty tu robisz?
Zawsze ale to zawsze, gdy jestem w pobliżu osoby, która nie jest mi obojętna, mówię rzeczy głupie, odległe od tego co naprawdę chcę powiedzieć i uczucie, że powiedziałem coś nie tak, towarzyszy mi przez całą rozmowę.
- Och, codziennie przychodzę tu sprawdzać, czy jakiś idiota nie przyszedł się zabić.
- Heh.
Jest ze mną coraz gorzej. Nie umiem mówić.
- Au! To naprawdę zabolało, trafiłeś mnie w mój czuły punkt! Z tobą naprawdę jest coraz gorzej. Masz ochotę się przejść?
- Do KFC?
- Nie, w Macu jest promocja na szejki.
Szliśmy w ciszy. Miałem ochotę zapytać o wszystko, wiedzieć o każdej rzeczy związanej z jej życiem, z nią samą i z jej sposobem bycia, nie wiedziałem jak zacząć, uznałem ze to będzie głupie i uzna mnie za dziwaka.
Nie wiem jak zachować się w tej sytuacji. Zdałem sobie sprawę, że jestem niedorozwinięty jeśli chodzi o kontakty międzyludzkie. Umysłowy impotent. Brzydkie, samotne zwierzątko. Pierwszy raz w życiu naprawdę źle się z tym czułem.
O kontaktach z ludźmi.
- Odkryłem, że bycie miłym dla ludzi ma swoje dobre strony!
- Serio?
- Serio, jak będziesz dla nich miły i zaufają Ci, to po zranieniu ich cierpią jeszcze bardziej!
- Serio?
- Serio, jak będziesz dla nich miły i zaufają Ci, to po zranieniu ich cierpią jeszcze bardziej!
poniedziałek
"Tytuł zdradza za dużo" Trzy.
Nie umiem opisać tego miejsca. KFC. Po prostu. Stoły, krzesła. My. Ona jedząca skrzydełko. Dlaczego KFC? Nie wiem.
- A ty nic nie chcesz?
- Nie wziąłem kasy. Zazwyczaj za samobójstwo się nie płaci, uznałem że mi się nie przyda.
- Fakt.
Łapczywość z jaką jadła skrzydełko kurczaka z niewiadomych przyczyń mnie fascynowała.
- Więc, co my tu robimy?
- Ja jem. Ty patrzysz na mnie jak kretyn.
Odwróciłem wzrok. Poza nią jedynym miejscem, w którym się coś działo było to, co działo za szybą. Z morza przechodniów wypłynęła przeraźliwie gruba, nastoletnia dziewczyna poruszająca się z gracją, bez gracji. W koszulce "Born to be star". Właściwie napis się zgadza, pod warunkiem że mówimy tu o gwieździe astronomicznej. Różnice w rozmiarach są minimalne.
W głowie momentalnie pojawił mi się obraz astronoma-amatora obserwującego niebo, który z dumą odkrywa nową "gwiazdę", która, nie wiadomo dlaczego, przypomina z wyglądu człowieka. Z dumą dzwoni do instytutu badawczego i informuje ich o swoim odkryciu. Nazwałby ją
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Co? Przecież jesz.
Nazwałby ją
- Jedzenie nie przeszkadza mi w mówieniu.
- Ale mi przeszkadza. Mlaskasz.
Nazwałby ją
- Wcale nie.
-Och, posłuchaj się chociaż przez chwilę. Jesz te skrzydełka tak, jakbyś pierwszy raz miała w ustach coś innego niż mleko matki.
Pierdolę jakby ją nazwał.
- Dowiem się w końcu, o co chodzi?
- Mówiłam ci już.
- Powiedzmy, że mi to nie wystarcza. Powiedziałaś "Pokażę ci coś", co?
- Nic. Nie poszedłbyś, gdybym tak nie powiedziała.
- Owszem. Ściągnęłaś mnie z dachu. Obywatelski obowiązek spełniony. Możesz być z siebie dumna. Szkoda, że nie było świadków, nie napiszą o tobie w gazecie. Możemy się rozejść?
- Ok. Cześć.
Nie patrząc w moją stronę wróciła do swoich skrzydełek. Strasznie mlaskała.
Wyszedłem zdenerwowany na samego siebie.
- A ty nic nie chcesz?
- Nie wziąłem kasy. Zazwyczaj za samobójstwo się nie płaci, uznałem że mi się nie przyda.
- Fakt.
Łapczywość z jaką jadła skrzydełko kurczaka z niewiadomych przyczyń mnie fascynowała.
- Więc, co my tu robimy?
- Ja jem. Ty patrzysz na mnie jak kretyn.
Odwróciłem wzrok. Poza nią jedynym miejscem, w którym się coś działo było to, co działo za szybą. Z morza przechodniów wypłynęła przeraźliwie gruba, nastoletnia dziewczyna poruszająca się z gracją, bez gracji. W koszulce "Born to be star". Właściwie napis się zgadza, pod warunkiem że mówimy tu o gwieździe astronomicznej. Różnice w rozmiarach są minimalne.
W głowie momentalnie pojawił mi się obraz astronoma-amatora obserwującego niebo, który z dumą odkrywa nową "gwiazdę", która, nie wiadomo dlaczego, przypomina z wyglądu człowieka. Z dumą dzwoni do instytutu badawczego i informuje ich o swoim odkryciu. Nazwałby ją
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
- Co? Przecież jesz.
Nazwałby ją
- Jedzenie nie przeszkadza mi w mówieniu.
- Ale mi przeszkadza. Mlaskasz.
Nazwałby ją
- Wcale nie.
-Och, posłuchaj się chociaż przez chwilę. Jesz te skrzydełka tak, jakbyś pierwszy raz miała w ustach coś innego niż mleko matki.
Pierdolę jakby ją nazwał.
- Dowiem się w końcu, o co chodzi?
- Mówiłam ci już.
- Powiedzmy, że mi to nie wystarcza. Powiedziałaś "Pokażę ci coś", co?
- Nic. Nie poszedłbyś, gdybym tak nie powiedziała.
- Owszem. Ściągnęłaś mnie z dachu. Obywatelski obowiązek spełniony. Możesz być z siebie dumna. Szkoda, że nie było świadków, nie napiszą o tobie w gazecie. Możemy się rozejść?
- Ok. Cześć.
Nie patrząc w moją stronę wróciła do swoich skrzydełek. Strasznie mlaskała.
Wyszedłem zdenerwowany na samego siebie.
piątek
O pogrzebie.
- Jak brzmiały by słowa które chciałbyś, żeby zostały przeczytane na twoim pogrzebie?
- Nie wiem, pewnie podziękował bym rodzinie i znajomym za to, że tyle ze mną wytrzymali, dodał parę słów o tym, że śmierć to dopiero początek i żeby żyli dalej nie przejmując się zbytnio. A twoje?
- Wiem, że przyszliście tutaj tylko po to, żeby się nażreć. Rozumiem to. Tak naprawdę większość z was mnie nie zna. Jeśli mnie zna, pewnie mnie nie lubi. Rozumiem to. Dlatego mam wam do przekazania tylko cztery słowa: wypierdalać, stypy nie będzie.
- Nie wiem, pewnie podziękował bym rodzinie i znajomym za to, że tyle ze mną wytrzymali, dodał parę słów o tym, że śmierć to dopiero początek i żeby żyli dalej nie przejmując się zbytnio. A twoje?
- Wiem, że przyszliście tutaj tylko po to, żeby się nażreć. Rozumiem to. Tak naprawdę większość z was mnie nie zna. Jeśli mnie zna, pewnie mnie nie lubi. Rozumiem to. Dlatego mam wam do przekazania tylko cztery słowa: wypierdalać, stypy nie będzie.
O Poście Wielkim.
Post jest dla ludzi biednych, nie mających pieniędzy na jedzenie.
Post jest dla ludzi słabych, którzy potrzebują Boga, żeby powstrzymać się przed jedzeniem.
Post jest dla ludzi głupich, którzy dla religii ograniczają podstawowe życiowe potrzeby.
Post jest dla ludzi naiwnych, którzy wierzą, że jednodniowe powstrzymanie się od wpierdalania kiełbasy odkupi ich grzechy.
Post jest dla ludzi wierzących.
Post jest dla ludzi słabych, którzy potrzebują Boga, żeby powstrzymać się przed jedzeniem.
Post jest dla ludzi głupich, którzy dla religii ograniczają podstawowe życiowe potrzeby.
Post jest dla ludzi naiwnych, którzy wierzą, że jednodniowe powstrzymanie się od wpierdalania kiełbasy odkupi ich grzechy.
Post jest dla ludzi wierzących.
środa
O świętach.
- Wiesz czego najbardziej nie lubię w świętach?
- Ty? Radości?
- Nie. Prezentów.
- Dlaczego? Każdy kocha prezenty.
- Prezenty świąteczne to małe lub większe przedmioty, których zadaniem jest pranie mózgów.
- O czym ty mówisz?
- Wiesz kto wymyślił prezenty na święta?
- Korporacje?
- Skąd. Kościół. Od małego dają Ci prezenty w święta kościelne, dlaczego? Żebyś od dziecka kojarzył je z czymś dobrym, żebyś zawsze ich oczekiwał, PAMIĘTAŁ o nich, żebyś zawsze święcił koszyczek we Wielkanoc, żebyś śpiewał kolędy w Boże narodzenie, po to, by tradycję utrzymywały twoje dzieci i choćby pozornie żyły w duchu chrześcijańskim. Gdyby nie to, każdy miałby te święta w dupie, a kościół straciłby lwią część wiernych, a przy okazji przychodów. Czy ktokolwiek przejmuje się wniebowstąpieniem Marii? Czy jakikolwiek nieortodoksyjny chrześcijanin w ogóle wie, kiedy to jest? Nie sądzę. Zacznijmy dawać z tej okazji więcej prezentów niż na gwiazdkę, za 10 lat będzie to najważniejsze święto kościelne w kalendarzu, gwarantuję Ci to.
- Ty? Radości?
- Nie. Prezentów.
- Dlaczego? Każdy kocha prezenty.
- Prezenty świąteczne to małe lub większe przedmioty, których zadaniem jest pranie mózgów.
- O czym ty mówisz?
- Wiesz kto wymyślił prezenty na święta?
- Korporacje?
- Skąd. Kościół. Od małego dają Ci prezenty w święta kościelne, dlaczego? Żebyś od dziecka kojarzył je z czymś dobrym, żebyś zawsze ich oczekiwał, PAMIĘTAŁ o nich, żebyś zawsze święcił koszyczek we Wielkanoc, żebyś śpiewał kolędy w Boże narodzenie, po to, by tradycję utrzymywały twoje dzieci i choćby pozornie żyły w duchu chrześcijańskim. Gdyby nie to, każdy miałby te święta w dupie, a kościół straciłby lwią część wiernych, a przy okazji przychodów. Czy ktokolwiek przejmuje się wniebowstąpieniem Marii? Czy jakikolwiek nieortodoksyjny chrześcijanin w ogóle wie, kiedy to jest? Nie sądzę. Zacznijmy dawać z tej okazji więcej prezentów niż na gwiazdkę, za 10 lat będzie to najważniejsze święto kościelne w kalendarzu, gwarantuję Ci to.
sobota
"Tytuł zdradza za dużo" Dwa.
Stała przede mną dziewczyna. Na oko 17 lat. Miała skrzyżowane ręce, jakby z nudów. Nie zwróciłem uwagi na żaden szczegół z nią związany. Wyglądała po prostu normalnie.
- Słucham?
Słucham to najmądrzejsze słowo jakie przyszło mi do głowy.
- No wiesz, skok z dachu, sprytne. Jakim cudem nikt wcześniej na to nie wpadł?
- Słabo ironizujesz.
- Słabo popełniasz samobójstwo.
- Skąd wiesz, że chcę się zabić? Przyszedłem popatrzyć.
- Z rozłożonymi rękoma? Więcej widać?
- To gadanie ma mnie powstrzymać?
- Skąd. Skacz.
Zatkało mnie. Podświadomie chciałem, żeby ktoś był na tym dachu. Żeby powiedział mi "Nie skacz!"
- Skacz.
Spodziewałem się że ktoś powie mi, że byłem wyjątkowy.
- Nie byłeś nikim wyjątkowym. Jeśli zabijesz się teraz twoja śmierć będzie jedną z wielu. Skacz.
Spodziewałem się że ktoś powie mi, że moje życie jest zbyt cenne, żeby się zabić.
- Twoje życie jest gówno warte. Skacz.
Spodziewałem się, że ktoś za wszelką cenę będzie chciał mnie powstrzymać.
- Skaczesz czy nie?
Nie. Nie teraz. W tym momencie przestała to być moja decyzja. Ta dziewczyna właśnie odebrała mi jedyną rzecz, nad jaką mogłem przejąć kontrolę. Znałem ją od paru minut a już szczerze jej nienawidziłem. Odsunąłem się od krawędzi.
- Zmieniłeś zdanie?
Szedłem bez słowa w kierunku drzwi. Minąłem ją.
- Więc tak po prostu odejdziesz, mimo że uratowałam Ci życie?
Zdałem sobie sprawę, że to prawda. Każde inne gadanie, każda inna reakcja zakończyła by się tym, że skoczyłbym. Znienawidziłem ją jeszcze bardziej.
- Nie jesteś pępkiem świata. Świat ma Cię w dupie. Albo się z tym pogodzisz i będziesz żył dalej albo myślenie o tym przytłoczy cię tak bardzo, że znów będziesz chciał się zabić. A ja następnym razem siądę tu z popcornem i popatrzę.
Nie wytrzymałem.
- Więc co? Mam dziękować Tobie i Bogu za drugą szansę, wrócić do domu i zacząć cieszyć się życiem? Zacznę chodzić do kościoła, traktować kolejny dzień jak dar dany mi przez Stwórcę, zachwycać się nad cudem życia?
- A może po prostu olej to? Olej to wszystko. Chodź, pokażę Ci coś.
- Masz zamiar zabrać mnie do parku i pokazać jakąś szczęśliwą rodzinkę? A może do przytułku dla bezdomnych gdzie wolontariusze totalnie bezinteresownie wydają bezdomnym jedzenie? Tak, to z pewnością pomoże.
- Zamknij się.
Poszliśmy do KFC.
- Słucham?
Słucham to najmądrzejsze słowo jakie przyszło mi do głowy.
- No wiesz, skok z dachu, sprytne. Jakim cudem nikt wcześniej na to nie wpadł?
- Słabo ironizujesz.
- Słabo popełniasz samobójstwo.
- Skąd wiesz, że chcę się zabić? Przyszedłem popatrzyć.
- Z rozłożonymi rękoma? Więcej widać?
- To gadanie ma mnie powstrzymać?
- Skąd. Skacz.
Zatkało mnie. Podświadomie chciałem, żeby ktoś był na tym dachu. Żeby powiedział mi "Nie skacz!"
- Skacz.
Spodziewałem się że ktoś powie mi, że byłem wyjątkowy.
- Nie byłeś nikim wyjątkowym. Jeśli zabijesz się teraz twoja śmierć będzie jedną z wielu. Skacz.
Spodziewałem się że ktoś powie mi, że moje życie jest zbyt cenne, żeby się zabić.
- Twoje życie jest gówno warte. Skacz.
Spodziewałem się, że ktoś za wszelką cenę będzie chciał mnie powstrzymać.
- Skaczesz czy nie?
Nie. Nie teraz. W tym momencie przestała to być moja decyzja. Ta dziewczyna właśnie odebrała mi jedyną rzecz, nad jaką mogłem przejąć kontrolę. Znałem ją od paru minut a już szczerze jej nienawidziłem. Odsunąłem się od krawędzi.
- Zmieniłeś zdanie?
Szedłem bez słowa w kierunku drzwi. Minąłem ją.
- Więc tak po prostu odejdziesz, mimo że uratowałam Ci życie?
Zdałem sobie sprawę, że to prawda. Każde inne gadanie, każda inna reakcja zakończyła by się tym, że skoczyłbym. Znienawidziłem ją jeszcze bardziej.
- Nie jesteś pępkiem świata. Świat ma Cię w dupie. Albo się z tym pogodzisz i będziesz żył dalej albo myślenie o tym przytłoczy cię tak bardzo, że znów będziesz chciał się zabić. A ja następnym razem siądę tu z popcornem i popatrzę.
Nie wytrzymałem.
- Więc co? Mam dziękować Tobie i Bogu za drugą szansę, wrócić do domu i zacząć cieszyć się życiem? Zacznę chodzić do kościoła, traktować kolejny dzień jak dar dany mi przez Stwórcę, zachwycać się nad cudem życia?
- A może po prostu olej to? Olej to wszystko. Chodź, pokażę Ci coś.
- Masz zamiar zabrać mnie do parku i pokazać jakąś szczęśliwą rodzinkę? A może do przytułku dla bezdomnych gdzie wolontariusze totalnie bezinteresownie wydają bezdomnym jedzenie? Tak, to z pewnością pomoże.
- Zamknij się.
Poszliśmy do KFC.
Subskrybuj:
Posty (Atom)