Eli, Eli lama sabachthani,
pisane ścianą na kredce, żeby zacząć odwrotnie, i już na początku pozbyć się pozorów - nie popełnić tego samego błędu.
Zacznie się od krzyku umierających roślin - od zapachu łamanych widelców.
Byłem tam, stałem na głowie śmiejąc się z Ciebie, z Tobą, krwią nieobecny, bo cała była w mojej głowie.
Szukałem sensu w trawie, znalazłem tylko Twoje zdjęcie, które rzuciłem tu przed tygodniem, trochę już napuchłe deszczem i wyblakłe słońcem, więc zobaczmy jak krople spadają do nieba, nasycając od nowa kolory.
I choćbym na rękach ciemną chodził doliną, zawsze będą trochę więcej Twoje i trochę mniej moje, bo tak miało być, i na początku stała się światłość, ale nie tym razem.
Znowu mam je w oczach - ciesząc się, że trafiła w moją głowę dawka tego hormonu o śmiesznej nazwie - bo ostatnio wszystko rozpatruję pod względem reakcji chemicznych.
Widelce znów pachną w ten sposób, sztućce płaczą przy mnie, a najgorsze są noże, bo wchodzą jak w masło, rozumiesz?
Objąłem 'to' drzewo, pierwsze z brzegu, bo nigdy nie miałem tego specjalnego, i czekałem aż spadną wszystkie liście, ale po piętnastu minutach wróciłem do domu, bo, pamiętasz, pożegnania zawsze są do dupy.
I tak bardzo chciałbym dotknąć Cię palcem i na Twoim brzuchu położyć dwa małe kamienie, które krążyłyby potem jak dwie planety wokół naszych głów splecionych w tym śmiesznym tańcu kubków smakowych - jak nowego świata początek.
1 komentarz:
Aż nie wiem do czego się odwołać. Bo to ma za-głębszy sens. Tak, pożegnania zawsze są do dupy.
Prześlij komentarz